Off-road na trzech kołach. Podróże w wersji red. Miejsce na Ziemi - Kraków - ale nie tylko.

Wpisy z tagiem: kraków

wtorek, 21 lutego 2012
Pa-lec pod bud-kę... czyli urodzinowe rozdawnictwo!

Pa-lec pod bud-kę... czyli urodzinowe rozdawnictwo!

Trzy lata... nam mijają...

Kura jest już dużym chłopczykiem... nie ma już wprawdzie czerwonego wózka, czerwonego laufrada zamienił na żółtego Puky... ale ciągle jesteśmy w duszy red;) Przepraszam za zaniedbania, przepraszam... ale wiele w zeszłym roku się wydarzyło! I jak w mordę strzelił -pasuje do matki cytat książki, którą czyta obecnie:

"Ludzie nie tylko wybierają role zgodne z ich wrodzonymi zdolnościami i cechami osobowości, ale również poszukują typu środowiska sprzyjającego ich naturalnym skłonnościom"

E.O. Wilson

Kto śledzi ten wie, że matka rysuje...śpiących rycerzy, księżniczki papierowe, patctwo na trzech nogach... a wszystko zaczęło się dzięki Kurze. On to nabazgrolił na kartce coś, co matka na niewielkiej przestrzeni szkicownika przekształciła w pasiastego prosiaka... Kura inspiruje cały czas ale i matka inspiruje Kurę;)

wszytskie rysunki, historyjki oraz źródła inspiracji do obejrzenia na:

http://www.lookarna.blogspot.com

 

W związku z urodzinami, podwójnymi, bo i Lookarna świętuje w lutym, zapraszam do zabawy w urodzinowe rozdawictwo.

Komu się spodoba czerwony Wilk - rozmiar 15x15, oprawiony w czarne passe-partout i antyramę 20x20 tego zapraszam do:

 pozostawienia komentarza

polubienia redoffroudu na FB 

P.s.  kto chce zwiększyć swoje szanse zapraszam na www.lookarna.blogspot.com bo tam też czai się Wilk!

Wilk ręką matki nakreślony;)

www.lookarna.blogspot.com

 

 

 

wtorek, 14 lutego 2012
Kładka Ojca Bernatka, czyli krakowski most miłości

Kładka Ojca Bernatka, czyli krakowski most miłości

W zeszły piątek matka była na wywiadówce. Porządnej, godzinnej rozmowie. Wysłuchała matka wiele ciepłych słów na temat Kury. Nie dość, że grzeczny, posłuszny, to jeszcze mądry i ładnie wysławiający się i logiczny o szerokim światopoglądzie. Rozwój emocjonalny – książkowy. Matka zbiera żniwo wielu wspólnych rodzinnych wypraw.
Książkowym zjawiskiem jest też chęć ożenku z matką, któremu Kura dał się rzecz jasna ponieść. Do tej pory Kura deklarował miłość i ożenek tylko matce własnej. Matka wcale nie mówi, że jest to niemożliwe, by nie stresować małego chłopczyka. Mały chłopczyk wydorośleje i sam dojdzie do poprawnych wniosków. Tym czasem, w nowym przedszkolnym roku pojawiła się konkurencja - Pani Ela. Matka związku nie pochwala, ale cóż… serce nie sługa.

14 lutego – niektórzy celebrują ten dzień w szczególnie romantyczny sposób. A u nas dziś wpis tematycznie ze stanem zakochania związany, bo my – ludzie mieszkający w Krakowie - swój „most miłości” mamy, który to most często wiosną Kura przemierza w kierunku Podgórza.

Modę na mosty rozpropagowała niewątpliwie książka dla młodzieży „Trzy metry nad niebem” - Federico Mocca. Mosty takowe posiadają wielkie miast tego świata: Rzym i jego stary most Mulwijski, Paryż, Florencja, Praga, Seul. Moda na mosty zawitała również do nas. Ma i Wrocław i Gdańsk i Warszawa, gdzie złomiarze miłosne kłódkowe wyznania mieli za nic, rozkłódkowując most do cna.
Krakowski most miłości, czyli kładka Bernatka jest nowym traktem pieszo - rowerowym przerzuconym przez Wisłę. Forma pięknego łuku wpisała się już w miejski krajobraz, ożywiając tę stronę miasta i spacerowo i turystycznie, dając większe szanse ciągle rodzącemu się życiu kulturalnemu Podgórza. Od początku budziła sporo kontrowersji. Nazwa bynajmniej nie jest efektem rymu, lecz celowym przypomnieniem postaci ojca Laetusa Bernatka, zakonnika konwentu Bonifratrów żyjącego na przełomie XIX i XX wieku. Zakonnik wsławił się tym, że podczas epidemii cholery i ospy, zorganizował w murach zakonnych szpital zakaźny, a potem stał się inicjatorem budowy szpitala Bonifratrów.  Imię zakonnika połączyło  więc dwie stare dzielnice Krakowa.

I tak to Kura na swoim laufradzie , bez szumu aut i tramwajów za plecami, może spokojnie z Kazimierza na Podgórze przejechać.  Długość kładki (130m) jest w przypadku Kury niewspółmierna do czasu, w jakim tę kładkę pokonać można. Kura bowiem, musi dotknąć absolutnie każdej kłódki, a kłódek na moście cale mnóstwo. Jedne wyszperane spośród domowych szpejów, od rdzy brązowe. Inne nowe, połyskujące w słoneczny dzień, specjalnie na tę okazję zakupione. Jedne łyse z dziurą po kluczu, wyrzuconym w mętne wody Wisły, drugie opatrzone napisami wymalowanymi na wszelkie sposoby flamastrami lub farbami. Inne jeszcze, te najbardziej zaangażowane, mają grawerunek imienny lub miosną sentencję. Są też kłódki, które ktoś bezskutecznie bardzo chciał usunąć. Być może wielkie uczucie właśnie się zakończyło, jak to często z wielkimi uczuciami w wieku nastoletnim bywa. Kura długo delektuje się kolorowymi kłódkami nie mając pojęcia ile mogą znaczyć...

Jeśli przejście takim mostem spowoduje zwolnienie kroku, uśmiech i pewnego rodzaju zadumę nad skomplikowaną sferą, jaką są uczucia, to owszem, jeśli temu ma służyć to jak najbardziej jesteśmy za, choć... od wieszania kłódki jesteśmy daleko;)
A dziś wszystkim celebrującym życzymy, żeby to święto nie było tylko pretekstem do przysłowiowych fochów z powodu nieotrzymania pudełka czekoladek;)

Kładka Ojca Bernatka

Kładka Ojca Bernatka, Kraków

Kładka Ojca Bernatka, Kraków

Kładka Ojca Bernatka, Kraków

Kładka Ojca Bernatka, Kraków

Miejsce: Kładka Ojca Bernatka

poniedziałek, 13 lutego 2012
Wawel Zaginiony, czyli dziecko w muzeum dla całkiem dorosłych!

Wawel Zaginiony, czyli dziecko w muzeum dla całkiem dorosłych.


Na stałą wawelską ekspozycję „Wawel Zaginiony”, nietrudno było namówić Kurę.
"Legendy Wawelskie" bardzo przypadły do Kurzego gustu. Kura czuje niedosyt. Dał się więc ponieść muzealnej fali i na tejże fali kupujemy bilety na interesującą, nawet czterolatka, ekspozycję.
Matka na wystawie była razy dwa, choć „nic dwa razy się nie zdarza”… Wiedziała zatem, jak zachęcić dziecko do obejrzenia muzeum dla całkiem dorosłego człowieka. Wystarczyło wspomnieć o krętych pomostach, porozwieszanych nad mrocznymi przestrzeniami roziskrzonymi punktowym światłem... Brzmi magicznie?

Przed wyjściem z  Centrum Promocji i Informacji, kupujemy bilety. Osoba dorosła – 7 zł, w sezonie cena wzrasta o złotówkę. Kura - jeszcze darmocha.

Szczelnie ubrani, ruszamy w kierunku budynku zamykającego od zachodniej strony dziedziniec królewski, tam gdzie latem znajduje się mało stylowa kawiarnia na wolnym powietrzu. 
Poniemiecki budynek z lat 40 XXwieku, wzniesiony na miejscu dawnych królewskich kuchni. Dziś świeżo po remoncie i zgodnie z obowiązującymi normami zbudowano piękny podjazd. Z łatwością wjedzie tu i niepełnosprawny i rodzic pchający wózek. Dalej ciężkie drzwi i jesteśmy w środku. Miła pani sprawdza datę na biletach, przedziera je i wraca do "Jolki". Zastanawiające jest to, że w naszych najważniejszych zabytkach muzealnych nikt nie prześwietla toreb. Nie ma szatni, a rozebrać się trzeba. Z betami Kury upchanymi do torby i własnymi pod pachą, idziemy zwiedzać, a matka modli się, żeby wypchaną do granic możliwości torbą, nie potrącić jakiegoś obiektu... i już matka wspomina historię słynnej greckiej wazy Francois pochodzącej z ok. 570 p.n.e, która zostaje rozbita na 638 kawałków przez strażnika zdenerwowanego napływającym tłumem...

Wózek lub duże nosidło musi zostać pod czujnym okiem pani od biletów. Pani informuje nas, że na terenie dziedzińca królewskiego jest bezpłatna przechowalnia bagażu. W muzeach na całym świecie, bagaże są skanowane, a wózki, duże torby, nosidła, muszą pozostać w przechowalni bagażu. Do Bazyliki Św. Piotra nie mogliśmy wjechać wózkiem… a Kurka tak słodko spał. W Alhambrze, która jest olbrzymim terenem, również musieliśmy pozostawić nosidło i zmęczonego Kurkę transportować od czasu do czasu na rękach.

W muzeum pusto.  Para obcokrajowców. Najpierw oglądamy makietę, pokazującą jak wyglądała zabudowa wzgórza w XVIII wieku. Kura zerka, ale jest zbyt mocno ukierunkowany na mosty. Wchodzimy do mrocznej sali. Nadwieszone chodniki prowadzą Kurze nóżki ku reliktom naszego chrześcijaństwa. Przez małe okienka wpada dzienne światło, nieśmiało oświetlające relikty najstarszej świątyni wawelskiej – Rotundę NMP. Pochodząca z ok. 1000 roku, wzniesiona na planie koła z przyległymi czterema absydami, rozglifionymi oknami, częściowo zrekonstruowana, zwana później Rotundą Św. Św. Feliksa i Adaukta, być może pełniła rolę kaplicy przy palatium książęcym. Oglądamy relikty ściany zachodniej, oraz zachowany pochówek szkieletowy, od którego Kura nie może oderwać swych błękitnych oczu. To pierwszy jego szkielet.
Pomysł z pomostami rewelacyjny. Są na tyle szerokie, że osoba na wózku z łatwością zwiedzi tę część muzeum. Pomosty prowadzą nas dalej, ku pomieszczeniom dawnej wozowni i małej kuchni. Ekspozycję Wawel Zaginiony otworzono w 1975 roku. Pełni ona rolę swoistego rezerwatu. W gablotach mieści zabytki znalezione podczas prowadzonych tu prac archeologicznych. Na szczęście gabloty umieszczone są w bezpiecznej odległości od pomostów. Stłuczenie torbą nie wchodzi w grę. Matka pokazuje Kurze, naczynia, monety, obuwie, ozdoby. Zainteresowanie skorupami rzecz jasna – marne;) Pomosty tak cieszą Kurę, że całość okrążamy cztery razy. Przechodzimy jeszcze przez salę, gdzie podziwiamy już w tempie ekspresowym nadproża, kapitele oraz ozdobne kafle. Kura ma dość i chce wędrować na dziedziniec zamkowy, gdzie jako raczkujący niemowlak, siedział na rozgrzanych letnim słońcem płytach. Dziś zimno. Resztki śniegu. Topniejący lód. Z rzygaczy leje się woda. Echo niesie dziecięcy śmiech. Pogoda się załamuje. Matka jednak musi nieść Kurę, który nie lubi, kiedy wielkie płatki śniegu siadają mu na nosie.

Wawel Zaginiony

Makieta XVIII - wiecznej zabudowy wzgórza

Wawel Zaginiony, Kraków

Nadwieszone chodniki

Wawel Zaginiony, Kraków

Kura i rotunda

Wawel Zaginiony, Kraków

Ozdobny kafel

Wawel Zaginiony, Kraków

Dziedziniec arkadowy zimą

Wawel, dziedziniec arkadowy

Miejsce; Wawel

piątek, 27 stycznia 2012
Wystawa „Legendy Wawelskie”, czyli Kura i kultura.

Wystawa „Legendy Wawelskie”, czyli Kura i kultura.

Kura chorował bite dwa tygodnie. Trzeci tydzień postanowiliśmy spędzić w domu, celem dochodzenia do siebie i nabrania nieco odporności. Zgodnie jak nigdy, Kura przystaje na propozycję matki, aby uczcić zakończenie tygodnia wycieczką na Wawel i obejrzenie pokonkursowej wystawy ilustracji do wawelskich legend.
Kura zna dwie legendy związane z Krakowem: o Smoku Wawelskim (lepiej) i o Panu Twardowskim (gorzej). I choć Kura w Smoczej jamie już był (TU), to smoka się przez chwilę bał. Teraz rysuje go wyposażając w wielkie zębiska i wiadro siarki.

Podekscytowanie wycieczką jest ogromne zarówno u Kury jak i u matki, co swobodę i wolność poczuła w nozdrzach. Tak! Na Wawel nam trzeba. Liznąć nieco kultury i kulturowego dziedzictwa.
Aby wyjść z domu matka  nie musi powtarzać 100 razy „ubieraj się”. Kura w podskokach biegnie na ukochany tramwaj nr 8 zapowiadając z rozbrajającą szczerością, że matka nie będzie musiała go nieść, bo on - Kura, ma "duuuuuzo siły".

Zza chmur wygląda słonce. Ściany zamku jakoś tak pięknie wyglądają. Wdrapujemy się łagodnym podejściem od strony skrzyżowań ulic: Stradom, św. Gertrudy i Bernardyńskiej. Mijamy Bramę Bernardyńską, za którą zaraz skręcamy w prawo, aby nowo udostępnionym wejściem przy Baszcie Sandomierskiej, osiągnąć 228 m n.p.m wapiennego wzgórza.
Stajemy przy ceglanych ścianach gmachu dawnego szpitala, który po rok 1991 pełnił rolę reprezentacyjnych apartamentów Rady Ministrów, a następnie Kancelarii Prezydenckiej. Dziś mury oddano użytkowi publicznemu umieszczając w nich Centrum Promocji i Informacji, rozbudowywanego przez rok za 2,2 mln.

Oczom naszym ukazują się jasne i przestronne wnętrza gdzie: informacja turystyczna i kasy biletowe, sklepiki z pamiątkami i biuro rezerwacji i zwiedzania, kawiarnia i poczta. W lśniącej posadzce odbija się iluminacja i my. W piątkowy poranek mało zwiedzających. Nikogo nie ma przy jedynym pracującym okienku kasowym. Grzecznie pytamy o wystawę „Legendy Wawelskie” celem nabycia biletu. Wystawa jest bezpłatna i mieści się na piętrze.
Korzystamy z toalety, w której znajdujemy przewijak dla niemowląt. Czysto i pięknie. Toaleta dla niepełnosprawnych, jak donosi strona główna znajduje się w południowej części budynku obok Kawiarni pod Basztą Aby obejrzeć wystawę trzeba się wdrapać na pierwsze piętro. Windy brak niestety. Niepełnosprawne dziecko chcące obejrzeć ilustratorskie dzieła, będzie zawiedzione.
W szatni na górze zostawiamy okrycia wierzchnie. Wystawa pokonkursowa zajęła trzy pomieszczenia, z których każde wyłożono, ku uciesze najmłodszych, inną w kolorze wykładziną. Po obejrzeniu (w miarę uważnie) pierwszej sali, Kura chce biegać i wałkonić się po poduchach i smoku co pękł, ale go na nowo poskładać można, bo jest miękki i puzzlowaty. Kiedy Kura zajmuje się przeciąganiem owcy w stronę smoka, matka uważnie ogląda 61 pięknych prac, powieszonych na wysokości oczu małego widza. Różnorodne w technice, barwne lub monochromatyczne, bajkowe, graficzne, klasyczne, współczesne. Matka podziwia warsztat uznanych już ilustratorów oraz tych, ktorzy dopiero się uczą.  Matce wystawa prac bardzo się podobała, Kurze też, ale z innych względów. Kura mógł biegać po kolorowej wykładzinie, dokarmiać owcą smoka i usiąść na miękkim tronie. Konkurencji w zabawie niemal żadnej. Zwiedzających mało. Wystawę można zwiedzać codziennie od 10- 15. Trwa od 5 listopada, a przedłużono ją do 29 lutego. Wstęp bezpłatny.

Polecamy bardzo. Wystawa, gdzie można się turlać i pobawić, może być jednym z pierwszych spotkań malucha z muzeum i jego regułami. Nieoficjalny styl i kolory na pewno zachęcą malucha do innych propozycji tego typu. Kura bardzo chętnie zgadza się na odwiedzenie tego dnia wystawy stałej „Wawel Zagiony

Styczniowy Wawel

Wawel, katedra

Wnętrza wystawowe Centrum Promocji i Informacji na Wawelu

Centrum Promocji i Informacji na Wawelu, wystawa "Legendy Wawelskie"

Kilka przepięknych ilustracji

Jedna ze zwycięzkich ilustracji  Piotra Sochy

Centrum Promocji i Informacji na Wawelu, wystawa "Legendy Wawelskie"

Ilustracja Joanny Wieruszewskiej

Centrum Promocji i Informacji na Wawelu, wystawa "Legendy Wawelskie"

Edyta Burliga - Estela

Centrum Promocji i Informacji na Wawelu, wystawa "Legendy Wawelskie"

Maria Ekier

Centrum Promocji i Informacji na Wawelu, wystawa "Legendy Wawelskie"

Miejsce: Centrum Propmocji i Informacji na Wawelu

Cel: wystawa pokonkurskowa "Legendy Wawelskie"

 

 

poniedziałek, 23 stycznia 2012
Cafe Bajarka i księgarnia "Dialog"

Cafe  Bajarka i księgarnia "Dialog"

Drugiego stycznia 2012 roku Kura idzie do przedszkola, trzeciego stycznia Kura nie idzie do przedszkola i pójdzie dopiero dziś. Tak to Kura wkroczył w nowy rok. Pochorował się jak zwykle, kiedy za „M” i jego plecakiem, zamknęły się drzwi. I oto matka przez dwa tygodnie rozmawia tylko z czterolatkiem, nie licząc krótkich sprawozdań telefonicznych oraz jednej, wieczornej, zaopatrzeniowej wizyty „W”.
Dwa tygodnie spędziliśmy tylko razem! Nie wychodząc z domu. 24 godziny na dobę. 60 metrów kwadratowych. Uziemieni. I sprawdziło się powiedzenie, które matka słyszała wielokrotnie od swojego dawnego współpracownika, doświadczonego handlowca Pana „L”najważniejsze żeby się okopać! Amen!

Żyjemy i kochamy się nadal;)
Są takie rzeczy, bez których byłoby trudno. Przecież dorosła osoba nie może w nieskończoność bawić się zabawkami, oglądać Toy Story i czytać dziecięcej literatury.

Absolutne i niezastąpione od drugiego Kurzego roku życia - klocki LEGO!
Kredki, papier, nożyczki i plastelina!
You tube!
Wspomniana literatura dziecięca! Bo cóż lepiej utuli gorączkującego smyka jak nie kolana i ciepły głos matki;)

Matka niejednokrotnie zastanawiała się nad wyborem książeczek dla małego Kurki. Bo żeby edukacyjne i ładne, mądre i trwałe, zmywalne i jadalne. Niewątpliwie doskonałym źródłem zaopatrzenia w literaturę mądrą i pięknie zilustrowaną, stał się sklepik „Figi” dziś „Famigi (nasze opisy TU i TU) i to waśnie tu kupiliśmy książeczkę „Jest tam kto” (Anna Clara Tidhholm) dzięki której Kura mając 20 miesięcy zaskoczył matkę na spacerze nazywając (jeszcze bełkotliwie) kolory zaparkowanych samochodów. Nieśmiertelna pozycja „Gdzie jest tort”(The Tjong-Khing),wałkowana miesiącami całymi – i gdzież ta książka z nami nie była, jadąc w parze z drewnianą kuchenną łyżką.

Dziś źródłem wiedzy o współczesnej literaturze dziecięcej, (bo warto wyjść poza literaturę znaną z własnych lat dziecięctwa), są matki ulubione tematyczne blogi z recenzjami:

http://czytanki-przytulanki.blogspot.com/
http://zaczytani.blox.pl/html
http://poleczkazksiazkamibeel2.blox.pl/html

oraz rzecz jasna księgarnie, bo dobrze książkę przed zakupem poobracać jednak w dłoniach.
I kiedy przechodząc kiedyś przez Plac Inwalidów w kierunku Rynku, natknęliśmy się na szyld, ze znanym nam z sieci logotypem – internetowej księgarni,  postanowiliśmy, nie bacząc na uciekający nam tramwaj, wstąpić do Cafe Bajarka

Na początek schody. Brak podjazdu. Wózek można zostawić za drzwiami wejściowymi do kamienicy i udawać, że go wcale nie widać i udawać, że wózek jest do kradzieży przedmiotem słabo nadającym się. Matka tak udawała, kiedy wchodziła do mieszczącego się w tej samej kamienicy, sklepu z ubrankami „Jaś i Małgosia”.
Korytarz prowadzi do słabo oznakowanych drzwi. Otwieramy je i z półmroku klatki schodowej docieramy do rozświetlonego żarówkami korytarza, a potem kolejnych schodów, tym razem w dół. Jesteśmy w księgarni „Dialog” Księgarnia zaopatrzona w przeróżne wydawnictwa, mniej lub bardziej ambitne. Oprócz książek dla dzieci są tu i poradniki. Pani miła i sympatyczna opowiada o nowościach – ładnie zilustrowanych książkach autorów hiszpańskich. Oprowadza nas po rodzącej się dopiero wtedy Cafe Bajarce, która w założeniach miała być połączeniem księgarni, kawiarni, miejscem zabaw i warsztatów dla dzieci w wieku przedszkolnym.
Pomieszczenia, w których odbywać się mają zajęcia, oraz planowane półkolonie letnie, są przestronne, ale nie robią oszałamiającego wrażenia. Kilka krzesełek stoliki, drabinka przy ścianie, miękkie duże klocki, kilka zabawek ustawionych na parapecie. Chciałoby się czegoś więcej, troszkę polotu dizajnerskiego… Miejmy nadzieję, że przez ten rok Cafe Bajarka rozwinęła mocno skrzydła. W końcu dizajn nie jest tak ważny, jak przyjazna i twórcza atmosfera. Że dzieje się tu dużo, tak właśnie, jak ze strony internetowej wywnioskować można!


Czterolatek może mieć ulubioną książkę i jest nią „PanamaJanoscha. Matka przywiozła dla Kury z podłódzkiej wsi, swoją ukochaną książkę z dzieciństwa, autorstwa Astrid Lindgren „Bracacia Lwie Serce”. Smutna to książka, ale jakże piękna. Matka czeka, aż Kura odpowiedni wiek osiągnie, żeby mu ją ze specjalną dedykacją podarować.

Plac Inwalidów

Cafe Bajarka, Kraków

Księgarnia "Dialog"

Księgarnia Dialog, Cafe Bajarka, Kraków

sale zabaw twórczych w Cafe Bajarka

Cafe Bajarka, Kraków

Cafe Bajarka, Kraków

Miejsce: Cafe Bajarka

sobota, 14 stycznia 2012
Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa przy ulicy Kopernika czyli Kura, Xawery i zmodernizowany historyzm.

Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa przy ulicy Kopernika, czyli Kura, biały Jezus spod wiaduktu, Xawery i zmodernizowany historyzm.

Matka rano za okno spojrzała. Ziemia pokryta białym puchem. Świat jakby złagodniał. Na ślepej uliczce pusto. Do samotnie stojącego biurowca nikt nie przyjechał. Sobota. Od czasu do czasu ktoś z psem przejdzie i rzuci patykiem. Matka wczoraj wieczorem napisała zjadliwy tekst, ale dziś… dziś nie czuje złości, tylko smutek. Smuci się matka nad losem małych innowierców, małych ludzi wychowywanych na ateistów w szacunku do innych kultur. Mały człowiek zostaje na poziomie przedszkolnym wtłoczony w machinę nietolerancji i wielkich zdziwionych oczu.

 

We wrześniu Kura rozpoczął drugi rok przedszkolny. Po pierwszym tygodniu uczęszczania wyśpiewuje piosenkę o piesku, co się budzi, wita słonko i biegnie do swego pana. W połowie września odbyło się spotkanie z rodzicami. No i okazało się, że od tego przedszkolnego roku obowiązuje Kurę  - w myśl ustawy - uczęszczanie na lekcje religii w wymiarze dwóch godzin tygodniowo. Wspomnę tylko, że w kraju należącym do Unii Europejskiej, te same zasady nie dotyczą edukacji języka angielskiego!
Matkę olśniło. Piosenka nie jest o piesku, co biegnie do swego pana, tylko jest piosenką o Panu – tym Panu! Matka dostała do podpisania deklarację, że tak, zgadza się na uczęszczanie dziecka na religię. Kiedy zapytała, jaką ma alternatywę, bo choć matka w Boga wierzy, to z antyklerykalną postawą się obnosi. W odpowiedzi matka zobaczyła parę zdziwionych oczu i usłyszała slowa: dziecku będzie przykro, bo będzie siedziało w oddzielnym pomieszczeniu. Ups. I jak tu nie wierzyć w dyskryminację?  Ooo jak bardzo chciałaby usłyszeć tak proste zdanie: ZROBIMY WSZYSTKO ŻEBY DZIECKU NIE BYŁO PRZYKRO…

Matka opowiada Kurze o arce Noego, opowiada o Bożym Narodzeniu, o Jonaszu, który jak Tomcio Paluch trafił do rybiego brzuszyska bo wie, że bez znajomości Pisma Świętego (również i mitów greckich) nie ma zrozumienia wielu dzieł sztuki i literatury.
Matka spotyka się z katechetką w celu rozmowy i upewnienia się, że nie będzie straszyć czterolatka piekłem i jego ogniem. W koncu różnych Bozia ma lokatorów. I tak to nieochrzczony Kura, wraz z dwójką innych dzieci, nie mając innej alternatywy, na religię uczęszcza.

Matka chciała zaznajomić Kurę z obrzędem mszy. W tym celu, wieki temu, wybrała się na dziecięcą mszę, do kaplicy przy kościele Najświętszego Serca Pana Jezusa, na ulicy Kopernika. Opis zajścia tutaj:

http://redoffroad.blox.pl/2009/04/Prosze-ksiedza-To-nie-smok-To-krokodyl-z-Ikei.html


Ileż to razy matka po nocy wracała ulicą Kopernika, do wynajmowanego pokoiku na ulicy Łazarza. Pracowała wtedy w knajpce, która mieściła się w podworcu kamienicy Szarej… ale to oddzielna historia;) I matka patrzyła na ciężką sylwetkę kościoła jezuitów, zaprojektowaną na początku XX wieku, przez krakowskiego architekta Franciszka Mączyńskiego.  Jedna z najwyższych wież w Krakowie (68 metrów) posępnie odcinała się od granatowego nieba.

Kwiecień. Wiosna w pełni.  Przechadzamy się ulicą Kopernika ku szpitalom, gdzie odwiedzamy babcię "A". Pod wiaduktem graffiti – biały Jezus i napis „pójdźcie do mnie wszyscy”. Czemu nie. W dzień ceglana budowla nie wydaje się tak zwalista. Autor projektu czerpał z architektury i romańskiej i gotyckiej i barokowej (zmodernizowany historyzm).  Wchodzimy do środka, choć Kurze nie jest łatwo zrezygnować z wiosennego słońca. W tym celu pokonujemy kilka schodów, bez podjazdu. Nad naszymi głowami mozaika portalu przedstawiająca "Przebicie boku Chrystusa". Powyżej posępne i zwaliste rzeźby, tak charakterystyczne dla ich projektanta – Xawerego Dunikowskiego. Potężny centralny Chrystus i grupy boczne Mnisi i Rodzina, jakby szukająca pocieszenia w rozpostartych ramionach Chrystusa. Jakiż to ciekawy artysta rzeźbiarz był. Z jednej strony niezwykle utalentowany, obsypywany nagrodami, porównywany do Rodena, z drugiej zaś stony, awanturnik o nieciekawej posturze. Artysta rzeźbiarz postrzeliwszy śmiertelnie  innego artystę - malarza, w prawdzie uniewinniony, ale potrafiący kompletować sobie wrogów, wyjezdża w końcu dla oczyszczenia atmoswry zasmakować innych światów. W czasach wojny trafia na pięć długich lat do obozu koncentracyjnego. Dwa lata leczy się poobozowo, a potem daje wtłoczyć w socjalistyczną machinę. Matka o Dunikowskim czytała w podstawówce, chłonąc podręcznik od plastyki. Podobały się matce czarno - białe reprodukcje rzeźb, przedstawiających brzemienne kobiety, tak krytykowane w swoich czasch.

Matka zadziera głowę w niepokoju, czy wielki Chrystus nie spadnie.
Wchodzimy do przedsionka pod wieżą, gdzie wita nas Święty Krzysztof. W kruchcie duża scena figuralna przedstawiając przebicie boku Chrystusa,  zapowiadająca bogactwo dekoracji.
Wnętrze trójnawowe, sklepienie z żelbetu, wykonano tu po raz pierwszy w Krakowie. Pokrywa je wielobarwna polichromia o secesyjnym zacięciu. Posadzki na modłę starochrześcijańskich kościołów z klarownym podziałem.
50 metrów długości Kura przemierza dziarsko i wkracza w mozaikowy świat. Patrzy dookoła i nie potrafi skupić wzroku. Matka też tak ma. Po pierwsze wie, że Kura zażąda za chwilę odwrotu, więc trzeba szybko ogarnać wzrokiem co się da, po drugie, ze względu na mnogość dekoracji.
Nad ołtarzem głównym, wsparta na kolumnach koncha, pokryta mozaiką kapiącą od testamentowych symboli. W przestrzeniach nad kolumnami oddzielającymi nawy, również mozaiki - przedstawiają hołd składany Jezusowi przez świętych, błogosławionych oraz naród. Matka tłumaczy co to konfesjonał, bo to dla Kury najbardziej intrygujący element, do którego ten bardzo chce się dostać. I już matka wspomina, jak to sama, siedząc w nawie bocznej swojego kościoła parafialnego na podłódzkiej wsi, wlepiała wzrok w jasne drewno konfesjonału. I matka nie wie, jak jej własnej matce udało się poskromić w kościele dwoje dzieci tak, że grzecznie siedziały na swoich miejscach. Co niedzielna masza o 11. Trzy kilometry pokonane rowerem, równo i gęsiego. Potem czesanie grzywek żółtym grzebykiem przed wejściem w progi świątyni. Jak bardzo matka nie lubiła tego uścisku za brodę, celem podtrzymania głowy. I mówi się, że swoim dzieciom trzeba wpoić, to co samemu się otrzymało...
Małym ludziom wpoić trzeba wiarę w człowieka, ciekawość kultur i szacunek do różnych religii tego świata amen. Wychodzimy.

"Pójdźcie do mnie wszyscy", czyli bialy Jezus spod wiaduktu

graffiti pod wiaduktem przy ul. Kopernika, Kraków

Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa i jego wieża 

Kościół Najświetszego Serca Pana Jezusa przy ul Kopernika, Kraków

Rzeźby projektu Xawerego Dunikowskiego

Xawery Dunikowski, kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa, Kraków

Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa, Kraków ul. Kopernika

sklepienie z piękną polichromią

Kościół Naświętszego Serca Jezusa, Kraków ul. Kopernika

Miejsce: Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa, Kraków ul. Kopernika

wtorek, 08 marca 2011
Jesienny park Wyspiańskiego

Jesienny park Wyspiańskiego

O tym, że zdjęcia dziecku robić trzeba każdy rodzic wie. Czas ucieka zastraszająco szybko i farmazony o tym, że najbardziej upływ czasu widać po rosnących dzieciach, jest tu na miejscu. Matka ogląda pierwsze Kury zdjęcia w jesiennych liściach. Pierwsze Kury jesienne liście odbyły się w parku Wyspiańskiego, który to park ukochał sobie Kura bezgranicznie.

Niedziela październikowa. Biją dzwony, lud z w strojach niedzielnych po mszy zakończonej przemierza park, mocno już ażurowy. Jesienny opad liści niemal zakończony. Kura pędzi rowerkiem przez alejki. Zdejmujemy kurtki i wygrzewamy kości w ostatnich tej jesieni tak ciepłych promieniach. Kura wpada w liście. To już trzecia sesja w liściach, a liść trochę zbutwiały przez wrześniowe opady. Szczęście dziecka ogromne. Plac zabaw stał się nagle mało atrakcyjny, gonitwy przez zbutwiałe liście ciekawsze i weselsze.
Patrzy matka na stare zdjęcia, patrzy n nowe. To niesamowite jak mały człowiek rośnie. Ledwie raczkował, a dziś chce sam jeździć po alejkach i sam znienacka wypożycza pieska. Piesek biały, z oczkami jak węgielki poraził Kurę. Właścicielem jest chłopiec uczący się jeździć na rolkach. Kura pozyskuje smycz i dumnie, nie zdejmując nawet kasku pokazuje się światu jako wielbiciel małych, białych czworonogów. Banan wymalowany na twarzy Kury – bezcenny, tak jak jesienna fotografia.

Jesienny park

Park Wyspiańskiego, Kraków

Gonitwa przez liście

Park Wyspiańskiego, Kraków

Miłośnik małych, białych piesków

Park Wyspiańskiego, Kraków

Miasto: Kraków

Miejsce: Park Wyspiańskiego

środa, 09 lutego 2011
Kino pod Baranami i Kura w ramach jubileuszu!

Kino pod Baranami i Kura w ramach jubileuszu!

 

Dziś dmuchamy świeczki! Dziś nasz blog kończy dwa lata. Kura mierzy jakie 105 centymetrów. Wypowiada pełne zdania, logicznie ripostuje i stosuje groźby. Nie bierze jeńców, jest krzykliwy i spierający się o wszystko. Poprawia nastrój ciekawymi dialogami. Chce się ożenić z matką. Jeśli się tuli, to się tuli! Ulubiony kolor – nadal zielony. Ulubiona cyfra – 4. Potrafi w Wordzie samodzielnie napisać TATA. Dyktuje listy do IKEA o treści „Otwórz się IKEO”. Znalazł 10 PLN na chodniku i kupił sobie 15 dkg mieszanki krakowskiej. Chciał jeszcze kupić „kaluzelę dla niepełnosplawnych z cholobą lokomocyjną” – ale nie starczyło pieniędzy, a matce serce zadrżało, bo dziecko pomyślało o niej! Chodzi spać przed 21. Budzi się koło 7. Mniej choruje. Umie się bawić bez zabawek wykorzystując wszystko co znajdzie -  dobrze rokuje na podróżniczą przyszłość.  Coraz częściej wspomina o jakimś zwierzątku, najchętniej – psie, co źle rokuje na podróżniczą przyszłość. Zaczyna opowiadać sny. Pewnego poranka, ze snem jeszcze pod Kurzymi powiekami zapytał: „cemu na Litwie szlabany kichają?” Odwiedza Kura wiele miejsc w mieście Krakowie, odwiedza też wiele miejsc poza nim. Nasz czuły punkt to place zabaw. Krecia robota czyniona też przez znane wszystkim rodzicom „Mini Mini”. "Mini Mini" jednak chyba odpuściła sobie place na rzecz bawialni. Matka i Kura znaleźli się przez przypadek na jednym ze zdjęć "Mini Mini", kiedy Kura eksplorował plac zabaw przy Misjonarskiej. Przez przypadek również, Kura i jego matka znaleźli się na zdjęciu jednego z partnerów „Baranków w pieluchach”. Znaczy to, że bywamy tu i tam, a nic tak nie kształci jak podróże, nawet te malutkie!
Z okazji drugiej rocznicy, zapraszamy więc do Kina pod Baranami!
Kura się ucieszył na wieść, że pójdzie do kina, choć nie wiedział do końca, co to oznacza.

Rynek Główny 27. Pałac pod Baranami. Źródła donoszą, iż w narożnej kamienicy przy Rynku, prowadzono gospodę, a na jej dziedziniec spędzano barany przeznaczone na handel.
Okazały Pałac powstał z trzech mniejszych kamienic. W XVI w, dwie istniejące gotyckie kamienice połączył Justus Ludwig Decjusz. Przechodząc z rąk do rąk magnackich, w XVII w za Radziwiłłów, rozrósł się o następną kamienicę, świadcząc tym samym o zamożności właścicieli. W drugiej połowie XIX w, pałac doczekał się remontu i podwyższenia o jedno piętro, co dodatkowo zespoliło stylistycznie budynek. Nad portalem trzy rzeźbione głowy baranów wspierające balkon. Na parterze knajpki, w piwnicach słynna Piwnica pod Baranami i resztki gotyckich sklepień. Wyżej mamy już klasycyzm i kino, które działa tu od 1969 roku.

W bramie półgodzinny repertuar dla dzieci, w ramach letniej, niedzielnej akcji: "Baranki Dzieciom". Trafiamy na "Gąskę Balbinkę" i "Koziołka Matołka". Cena biletu 10 zł, opiekunowie gratis. Wejście z dziedzińca. Obszerny hol z ogromną klatką schodową. Matka pyta portiera, czy może zostawić wózek. Raczej nie. Kino na drugim piętrze. Matka wnosi wózek, poruszajac się po pół piętra asekurując gramolącego się Kurę. Decyzja zapada. Wózek zostaje na pierwszym piętrze, przy kasie. Gramolimy się wyżej, nadal podziwiając klatkę. Kiedyś to był rozmach! Matka zapomniała wody dla Kury. Chce kupić napój. W porannej ofercie - tylko zimne, prosto z lodówy. Miły chłopiec, ten sam co kasuje bilety, oferuje swą pomoc i idzie poszukać napoju – nie z lodówy. Udaje się. Mamy wodę! Mała sala. Kilkoro dzieci czeka na seans. Wybieramy początkowe rzędy. Kura nie chce siedzieć na kinowym krzesełku i wybiera kolana matki. Jest wyciszony. W sali panuje półmrok, ale światła gasną. Matka pierwszy raz ogląda “Gąskę Balbinkę” i stwierdza, że ta produkcja z ubiegłego stulecia do najmądrzejszych nie należy. Nijak nie wpisuje się w edukacyjny, współczesny nurt. Matka despotka, ojciec fajtłapa i wtłoczona pomiędzy - rozrabiajaca Balbinka. Jest dość głośno. Głośniej niż matka się spodziewała. "Koziołek Matołek na Dzikim Zachodzie", czyli strzelanka. Kura wymięka, matka też. Opuszczamy salę przed zakończeniem seansu. W holu młoda dziewczyna przygotowuje zajęcia plastyczne, które organizowane są po seansie. Kura pragnie swobody udowadniając po raz kolejny, że nie lubi ciemnych, małych przestrzeni. Kino musi jeszcze poczekać na swoje pięć minut.
W Kinie pod Baranami organizuje się też seanse z cyklu „Baranki w pieluchach” – dla mam z totalnymi maluszkami, które ledwie na oczy widzą. Raz w tygodniu, mamy mogą tu zajrzeć ze swymi maluszkami i obejrzeć premierowy film. Podobno sala nie jest całkowicie zaciemniona i podobno dźwięk odpowiednio sciszony (miejmy nadzieję bardziej niż na naszym seansie). Z informacji na stronie wynika, że nieosiągalne drugie piętro, jest osiągalne przy pomocy pracowników kina, czego wszystkim mamom -melomankom –  życzymy!

Kino nieosiągalne dla osoby niepełnosprawnej.

Pałac pod Baranami - Rynek Główny 27

Pałac Pod Baranami, Kraków, Rynek Główny 27

Jedna z trzech baranich głów

Pałac Pod Baranami, Kraków

Oszałamiająca klatka schodowa

Pałac Pod Baranami, Kraków, Kino pod Baranami

Kinowo i klimatycznie

Kino pod Baranami, Kraków

Miasto: Kraków

Miejsce: Pałac pod Baranami, Kino pod Baranami

 

wtorek, 08 lutego 2011
Czwarte spotkanie Dziewczyn z patologii

Czwarte spotkanie Dziewczyn z patologii

Matka pamięta te dwie nieprzespane noce na szpitalnej wieloosobowej sali. Oddział Patologii Ciąży. Piękny wrzesień. Pidżama w chmurki kupiona na Kleparzu. Wszystkie pacjentki w zaawansowanej ciąży. Jedna rodzi, druga szeleści opakowaniem od ciastek, a matka niemiłosiernie skrzypi łóżkiem. Wspólne śniadanie. Inka. Kto by pomyślał, że zawarte w amoku porodowym znajomości przetrwają.  Następny dzień. Sądny. Kolejne przygotowania do porodu i zwiększona dawka oksytocyny. Przenoszony 10 dni, Kura musi ujrzeć światło dzienne. Trzy lata temu nie padało. Matka finiszowała „Traktat o łuskaniu fasoli” Myśliwskiego. Oksytocyna dała o sobie znać. „M” spakował rzeczy z szuflady obok skrzypiącego łóżka i matka już na tę wieloosobową salę nie wróciła.

 Wspomnienia tamtych jesiennych dni zostały dnia 25.09.2010 rozgrzebane. Czwarte spotkanie „Dziewczyn z Patologii” odbyło się!

Trudno znaleźć dogodny dla wszystkich termin. Tym razem w liczbie sześciu matek i jednego taty „Dziewczyny z patologii” spotkały się na terenie basenu AGH. Trzeba było matkom poszukać miejsca, gdzie trzylatki mogą choć na chwilę zająć się bieganiem po konstrukcjach, zjeżdżalniach i basenach z piłeczkami. Taki małpi gaj, bezpieczny dla dzieci, znajduje się na pierwszym piętrze budynku basenowego. Ukrop. Dzieci porozbierane do majtek. Bose stópki człapią po posadzce. Kawa z kawiarni na dole. Dziewczynki mają już kucyki, „W” nadal piękne usta. Kura ustawia z ikeowych krzesełek pociąg i nie pozwala do niego wsiąść innym dzieciom. Pisk i lament. W zamieszaniu mała „J” wsiada do windy. Matka, która poszła odkupić ciastka, które pożarł Kura, przechwyca ją na dole. Ot przygoda. Wszystkie mamy mniej lub bardziej wystrojone. Wszystkie mamy opowiadające o dokonaniach swych pociech, które właśnie do przedszkoli poszły. Jak w kurniku. Małpi gaj spełnia normy bezpieczeństwa. Konstrukcja do wspinaczki i zjeżdżalnie do basenu z piłeczkami. Idealne miejsce aby dosuszyć dziecko po basenie. Opcja niestety dodatkowo płatna. Kura rozczarowany, że nie może się potaplać w prawdziwym, przez duże szyby obserwuje kąpiące się dzieci. Po dwóch godzinach szumu, pisku, szurania i ukropu „Dziewczyny z Patologii” rozpierzchają się obiecując ponowne spotkanie.

Wcześniejsze spotkania:

http://redoffroad.blox.pl/2009/07/Dziewczyny-z-patologii.html

http://redoffroad.blox.pl/2009/09/Patologiczne-indywidua.html

Basen z tarasu na piętrze: Kura i mała uciekinierka "J"

Basen AGH - spotkanie Dziewczyn z patologii

Miasto: Kraków

Miejsce: basen AGH

Cel: Spotkanie Dziewczyn z patologii

 

czwartek, 27 stycznia 2011
Pierwsze Kury Kilimandżaro z Parkiem Krakowskim w tle

Pierwsze Kury Kilimandżaro z Parkiem Krakowskim w tle

Przechodząc wielokrotnie nocą przez Park Krakowski, matka długo nie postrzegała go jako park. Raczej jako skwerek z kilkoma drzewami, z fontanną w tle. Wtłoczony między Aleje Słowackiego a ulicę Lea, którą aż do Urzędniczej matka kiedyś uciekała przed pijanym Szwedem, swoimi granicami sięga do Czarnowiejskiej. Przelatywaliśmy z Kurą przez ten park tranzytem w kierunku Parku Jordana, bo dziś park przyjazny dzieciom nie jest.

Nie dość, że usytuowany przy ruchliwej alei, to nie posiada placu zabaw, a jedynie zanieczyszczoną piaskownicę. Słabo więc ze spacerami z niemowlakami, bo dzieci w wózkach leżą na wysokości rur wydechowych, a ciągły szum i dźwięk klaksonów nie sprzyja należytemu wypoczynkowi. Słabo z zatrzymaniem tu dwulatka żądnego zjeżdżalni i karuzel, choć Kura bardzo lubił obserwować fontannę. W drodze do Jordana konieczne było posiedzenie przy malowniczej sadzawce wyremontowanej w 2007 roku. To jedyna pozostałość po dawnej świetności parku założonego w 1885r. Dziś zajmuje zaledwie 5 h zredukowany przez rozwój miasta i jego arterii, oraz budynków mieszkalnych. Kiedyś… kiedyś był zielonym obszarem miasta, założonym na wzór wiedeńskich parków. Latem koncerty, zimą lodowisko, huśtawki dla dzieci, muzyka, zwierzyniec, teatr letni.

Piękny wrześniowy dzień. Pogoda na dżinsy i bluzę, taka jak lubimy. Słońce przedziera się przez resztki soczystej zieleni. Kura dosiada swój rowerek i dojeżdża do parku. Pierwsze kroki kieruje do działającej jeszcze fontanny. Pomarańczowo od kwiatów. Teren przy sadzawce zadbany. Ławeczki zajęte przez emerytki patrzące jednym okiem na opadające strumienie wody, drugim na pędzące samochody. Szumią i samochody, szumi i fontanna. Polar Kury wilgotny od kropel niemal natychmiast. Trudno go odciągnąć, bo atrakcji innych w parku brak. Kilka rozsypujących się rzeźb z lat 70 – tych, rzeźb niewątpliwe ciekawych, ładnie wpisujących się w parkowy trawnik. Nikt dziś jednak nie pamięta, która jest czyja. Matka nie wie, która plenerowo – pomnikowa realizacja należy do Stefana Borzęckiego, który zrekonstruował sukiennicowe Maszkarony strącone na oczach matki (kiedy szła przez Rynek z siatką wypełnioną dwoma kilogramami cytryn) przez nagłą wichurę w 2002 roku.

Matka proponuje Kurze zabawę w piaskownicy, którą wprawdzie wiosną wypełniono świeżym pisakiem. Jesienią piaskownica słabo do zabawy się nadaje, więc Kura dosiada laufrada i dobre pół godziny udaje lokomotywę jeżdżąc wokół pustej sadzawki (chyba) skutecznie zakłócając gołębiom wrześniowy spokój.

Pierwszego września Kura poszedł do przedszkola. Punktów mało. Miejsce zdobyte cudem. W pierwszo - wrześniowy poranek lało. Kura idzie ochoczo i tak chodzi przez następne trzy dni. Matka ma ściśnięte gardło widząc małe plecki znikające za białymi drzwiami. Wraca do pustego domu i nie może opowiedzieć mężowi wtulając się w jego ramiona (bo ten zdobywa dzielnie Kilimandżaro) o tym, że od tej chwili nie ma już bezwzględnego wpływu na wychowanie syna. O tym jak po weekendzie Kura zaprotestował, nie chcąc więcej wejść do różowej (o zgrozo) sali, a dnia następnego z domu. Dwudniowy bunt, stłumiony resztką sił matki minął. Kura zrozumiał, że wtłoczenie na kilka godzin w różowe mury przedszkola nie oznacza końca beztroskich i długich spacerów. To pierwsze Kury Kilimandżaro.

Matka patrzy na swojego Kurę, który być może właśnie zawiera znajomości mające szansę przetrwać lat kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt. Matka patrzy na swojego Kurę, jeżdżącego wokół nieczynnej sadzawki w parku Krakowskim i słucha jak śpiewa piosenkę, której słów nie zna…

Malownicza sadzawka z fontanną

Kraków, Park Krakowski

Rzeźby plenerowe z lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia

Kraków, Park Krakowski

Kraków, Park Krakowski

Lokomotywa z pieśnią na ustach - nieczynna sadzawka

Kraków, Park Krakowski

Parkowa alejka

Kraków, Park Krakowski

Miasto: Kraków

Miejsce: Park Krakowski

 

 

 

wtorek, 18 stycznia 2011
Fortepian, Kura i fontanna

Fortepian, Kura i fontanna

Matce muzyka Chopina nigdy nie przysparzała emocji. Wysłuchać jednak koncertów Chopina na lekcjach muzyki w podstawówce trzeba było. Matka wraca pamięcią do tych zajęć. Szybko zapadający zmrok i smutne niebieskie zimowe cienie za oknem. Urodził się Chopin w lutym, więc okres aktywności nauczycielskiej w tej kwestii przypadał na zimę. Matka pamięta ohydną zieleń starych, szkolnych ławek podkreślaną przez sztuczne światło. Na ścianach portrety znanych kompozytorów i „Kapela dziecięca” T. Makowskiego oprawiona w cienką drewnianą ramkę.
Pracownia polonistyczna była dokladnie nad muzyczną. Tutaj z kolei w klasie chyba trzeciej matka czytała opowiadanie: „Frycek w Szafarni” M. Jaworczakowej, które przeniosło młody, chłonny, dziecięcy umysł między wierzby rosochate. Nauczyciele dmuchali i chuchali na Frycka, w konsekwencji młody i chłonny umysł zakodował obraz cherlawego chłopca, który zamiast zażywać świeżego powietrza podczas zabaw z innymi dziećmi wolał siedzieć przy klawiaturze ( starajmy się, kochani rodzice, nie hodować małych Chopinów)

Rok Chopinowski opiewający 200 rocznicę narodzin kompozytora właśnie się zakończył. Oczywiście uroczystości główne przypadły na luty, kiedy to na Wawelu w Krypcie Wieszczów, odsłonięto marmurowy medalion, kopię pochodzącą z nagrobka znajdującego się na paryskim Pere – Lachaise. Koncertom i recytacjom norwidowskiego „ Fortepianu Chopina” końcom nie było. Cóż… matce i jej podobnym, oraz dzieciom małym i trochę starszym nic po koncertach i odsłonach kolejnych pomników w mieście. Na szczęście powstał projekt „Chopin w mieście” zorganizowany przez Krakowskie Biuro Festiwalowe, który zakładał namacalne, spotkania ze zjawiskiem - Chopin. Projekt zakładał pojawienie się w różnych kątach miasta 6 nieaktywnych fortepianów (drewniana klawiatura), przystrojonych ręką różnych osobowości świata artystycznego oraz różnego rodzaju instalacji rzeźbiarsko muzycznych oraz wystawy prac Dudy Gracza na bulwarze wiślanym.

Kura w swych wędrówkach po mieście spotkał się namacalnie z projektem. Zasiadł przy fortepianie na Rynku i nie chciał od niego odejść, choć kilku, kilkunastu przechodniów - turystów bardzo chciało sobie przy nim zdjęcie zrobić. Matka tłumaczy Kurze, że na chwilę tylko opuści stołeczek. Kura słucha, ale zaraz się wyrywa i biegnie zajmując na wszelki wypadek dogodne miejsce, aby ponownie wskoczyć na stołeczek, a przy okazji załapać się na cudze rodzinne zdjęcie przynajmniej jedną kończyną. Wreszcie matka obiecuje zniecierpliwionemu Kurze inny fortepian i kolejne posiedzenie półgodzinne odbywa się na Placu Wszystkich Świętych przy fortepianie Pągowskiego. Kolorowy i zapadany zwabia Kurę w te strony miasta nie jeden raz w sezonie letnim. W ramach projektu u wylotu z Szewskiej ustawiono multimedialny przystanek (nie działał) nadającym się świetnie jako schronienie przed deszczem, oraz instalacją „Upadły Fortepian” na Plantach w pobliżu Teatru Słowackiego.

Rok Chopinowski się zakończył, instalacje poznikają. Jest jednak pewien pomnik, który wabi dzieci i wzrok dorosłych i nieodzownie kojarzy się z fortepianem i Chopinem. Fontanna, która swą nowoczesną formą od 2006 roku okrasza Planty u wylotu z Franciszkańskiej w kierunku Filharmonii. Fontannę zaprojektowała Maria Jarema a jej gipsowy prototyp przeleżał w kazamatach Muzeum Narodowego pół wieku! Mimo, że półwieczny to chyba jeden z najładniejszych współczesnych projektów – inwestycji miasta. Nieduża i prosta w formie. Młoteczki z mocnymi, strumieniami wody nawet u małych dzieci wzbudzą skojarzenie z instrumentem muzycznym. Kura snuje się wokół chcąc dotykać strumieni. Bluza niemal natychmiast wilgotna od unoszących się w powietrzu kropelek. Kura fascynatem wody jest, więc fontanna wprawdzie nie przenosi go do krainy wierzb rosochatych, ale zabawia na długie minuty!

Fortepian na Rynku

Rynek Główny, projekt "Chopin w mieście"

Fontanna projektu Marii Jaremy na Plantach

Fontanna projektu Marii Jaremy

Malownicze strumienie

Strumienie fontanny na Plantach

Miasto: Kraków

poniedziałek, 17 stycznia 2011
Rejs po Wiśle i pierożki "U Vincenta"

Rejs po Wiśle i pierożki „U Vincenta”

Zima w pełni, a my wbrew wszystkiemu wracamy myślą do ostatnich sierpniowych promieni słońca. Umówiwszy się nad Wisłą z pewną sympatyczną rodziną rolkarzy (model 2+2) czli P i M oraz rówieśniczka Kury H z braciszkiem J. Wsiadamy w jedną z łódek zacumowaną przy brzegu. Dla dzieci to nielada frajda. Kura podekscytowany, jak przez mgłę pamięta zeszłoroczną przejażdżkę (TU). Drewniana łódka w typie gondoli zabiera nas na półgodzinny rejs od "mostu do mostu". Kura + matka to jakieś 25 PLN. Wózek szybko rozłożony na dwie części, został zapakowany na rufę i nikomu nie przeszkadza. Kura zasiada na ławeczce, z podekscytowania majta nogą. Kiedy łódka rusza owiewa Kurę przyjemna bryza. Wisła najczystszą rzeką Europy raczej nie jest. Kiedy matka – jako nastolatka chyba jeszcze -  przyjechała do Krakowa na konkurs piosenki religijnej ”Wincentjana” (o matko!) zasiadła na bulwarze wiślanym pod Wawelem i z obrzydzeniem obserwowała unoszącego się na fali napęczniałego, różowego świniaka. I z tym napęczniałym, różowym prosiakiem pod powieką opływa matka Wawel trzymając za szarą bluzę Kurę, żeby ten prawie trzylatek, za burtą jednak się nie znalazł. Kura szczęśliwy. Jasny włos rozwiany, wzrok śmiało podąża ku kolejnym mostom. Na wysokości Salwatora następuje zwrot. Kura bujany falą nie zaśnie tym razem. Kura nie śpi w południe od niemal roku. Kura po rejsie pobiegnie jeszcze na plac zabaw, ten przy krakowskiej „Plaży” (TU) i zabawi tam do godzin popołudniowych. Potem zje pierożki ze szpinakiem „U Vincenta”. To mały lokalik przy ulicy Bożego Ciała 12 na Kazimierzu. Z wózkiem trudno się tam zmieścić, szczególnie w porze obiadowej. Zostawiamy nasz na zewnątrz, na chodniku jak najbliżej ściany. Meble toporne, drewniane. Kura wspina się po nich czekając na swoją porcję. Menu pierożkowe obfite i smaczne. Od tradycyjnych ruskich przez brokułowe, meksykańskie, z kurkami po mięsne i kapuśniacze. Kura głodny zjada ze smakiem i rusza Krakowską do Wawelu, potem Grodzką do Rynku, Sławkowską do Krowoderskiej i byle do Młynówki. Matka dziś z rozrzewnieniem wspomina ten spacer. Przed Kurą jakże emocjonujący wrzesień!

Kura na łódce

Rejs Po Wiśle, Kraków 

Miasto: Kraków

Miejsce: Wisła

piątek, 14 stycznia 2011
Młynówka Królewska

Młynówka Królewska


Młynówka dla Kury jest kawałkiem jego własnej historii. Tu odbył pierwszy spacer w pięknym październikowym słońcu, tu zdobywał szlify w grudniowym doskonaleniu chodzenia, tu wlazł w swoją pierwszą w życiu psią kupę, tu witał i żegnał namalowanego na murze misia, którego pieskiem w zeszłym roku zastąpiono, tu w czerwonym kasku, jak mały powstaniec, śmigał tegorocznej wiosny na pierwszym rowerku.
Kura więc, tak jak i rzesze podobnych mu dzieciaków, zakochane pary, emerytki z siatkami leków oraz emeryci z pieskami okupujący licznie na całej długości rozstawione ławeczki, stał się częścią historii Młynówki.

Historii niebagatelnej, bo sięgającej aż XIII wieku. Wykopano wówczas kanał doprowadzający wodę z Rudawy w Mydlnikach aż do kościoła Dominikanów przecinając Rynek. Dostarczono wodę do codziennego użytku oraz celów obronnych zasilając fosę okalającą miasto w miejscu dzisiejszych plant. Na rozkaz Łokietka, w 1327 roku zbudowano jaz spiętrzający wodę, dostarczając tym samym wodę do okolicznych wsi, stawów hodowlanów, i młynów. Rurmusy zbudowane w okolicy dzisiejszej ulicy Asnyka, skanalizowały niemal miasto dostarczając wodę nawet do królewskich komnat. Potem jak grom z nieba spadł na nas Potop szwedzki (1655) sprawiając, ze cofnęliśmy się o kilka wieków wstecz (żądać odszkodowań)! Do XX wieku krakowianie czerpią wodę ze studzienek.
Po powodzi w 1903 roku, która, jak to powódź wielkie szkody wyrządziła również w centrum, przekierowano wody w okolice Salwatora, a w drugiej połowie XX wieku koryto zasypano.

Nic tak nie cuci jak noworoczny spacer z dzieckiem. Człowiek się mobilizuje do ruchu wprawiając w stan aktywności fizycznej przede wszystkim uśpiony mózg. Odrobina mroźnego, złudnie czystego powietrza, ruch i wzmożona uwaga, kiedy obok plącze się dziecię wymaga koncentracji, a więc jest większa szansa na dojście do siebie.
Kura zdeklarował w tym roku, że zimy nie lubi po tym, jak zmarzł jadąc na sankach. Prawie zasnął, a matka raz po raz nawoływała – tylko nie zasypiaj! Sanki stoją teraz porzucone w kącie, a na noworoczny spacer Kura zabiera rower.
Młynówka to najbliższy nam pas zieleni. Park, trakt spacerowo – rowerowy ciągnący się od Mydlnik, przez Bronowice, Łobzów aż po Aleje Słowackiego. O zieleń, będącą pozostałością po drzewostanie łęgowym dba się tu bardzo. Modernizuje się place zabaw(choć z wymianą piasku w piaskownicach jest kiepsko), maluje na wiosnę ławki, przycina trawę, co jakiś czas wymienia się fragment asfaltowej nawierzchni na ozdobną kostkę. dbając o podjazdy dla wózków. Wciąż nie ma tu jednak należytego oświetkenia przez co reguralnie dochodzi do zniszczeń, a Młynówka po zmroku staje się niebezpieczną częścią miasta.

Kura cieszył się jak dziecko mogąc dosiąść swój mały rowerek. Zaliczył kilka kontrolowanych upadków i dojechał do „wielkiej łopaty” czyli Ogrodu Łobzów. Tu zażądał ciepłej kanapki. Tato skoczył na stację benzynową i oprócz wymarzonej kanapki zakupił kubek gorącej kawy, która mocno umysł rozjaśniła i wielce pokrzepiła. To był bardzo udany spacer upstrzony wspomnieniami. Jak to Kura wyjechał pierwszy raz w swej czerwonej gondoli… potem ledwie łażąc karmił gołębie i żegnał się z grafficiarskim misiem…
Noworocznie życzymy Młynówce naszej Królewskiej solidnego oświetlenia!!!

Młynówkowe murale, prawdziwe perełki!

Miś, którego już nie ma...

Młynówka Królewska - graffiti

Znikający już piesek...

Młynówka Królewska - graffiti

Kurka, również powoli zamazywana...

Młynówka Królewska - graffiti

Kura z matką - noworoczny spacer

Mlynówka Królewska, Kraków

Miasto: Kraków

Miejsce: Młynówka Królewska

środa, 05 stycznia 2011
WOŚP - dla naszych dzieci

WOŚP - dla naszych dzieci!

Kura urodził się o 17. 25, 28 września 2007 roku. Waga 3940, wzrost 56. Na żadnym USG nie dopatrzono się węzła prawdziwego na pępowinie. Urodził się w 41 tygodniu ciąży, na szczęście zrów i dziś może biegać po Krakowie.

Badanie słuchu Kurzego wykonano za pomocą nowoczesnych urządzeń ufundowanych przez WOŚP. Matka wraz z Kurą chciałaby po swojemu wesprzeć akcję, aby kasy na nowoczesne sprzęty pomagające potrzebującym maluszkom było jak najwięcej!

Zapraszam wszyskich zaglądaczy na naszą allegrową aukcję:

http://aukcje.wosp.org.pl/show_item.php?item=444095

 

Pozdrawiamy i zdrowia w Nowym Roku!

Bohomaz by matka

Dla WOŚP - martwa natura by matka

 

P.s. Aukcja zakończona! Bohomaz matki sprzedano za 152,50 PLN. Bardzo, bardzo serdecznie dziekujemy wszystkim zainteresowanym, a zwycięzcy gratulujemy. Pieniadze trafią do potrzbujących, a bohomaz w ręce dobrego człowieka;)

 

 

 

wtorek, 04 stycznia 2011
Franciszkańska szopka

Franciszkańska szopka

Matka pochodzi z dużej rodziny, mimo to w pamięci pozostała jej jedna tylko wigilia, o której może powiedzieć, że była magiczna. U babci „Z” stawiły się wszystkie dzieci: dwie córki i dwaj synowie, każde z własną rodziną, czyli łącznie 12 dorosłych (pradziadkowie matki też) i 11 wnucząt. Choinka z włosem anielskim, na który babcia „Z” przez niemieckie roboty mówi do dziś - lameta i nieco zawilgocony brokat na "kuglach" – jak mawia na bąbki. Matka nie wierzyła już w świętego Mikołaja. Usiadła mu jednak na kolanach i do dziś nie wie, kto nim był. Matka matki wmówiła wtedy matce, że wino z etykietką, na której przedstawiono byka, to najprawdziwsza bycza krew. Bliźniaczki były wtedy maleńkie. Leżały za ścianą w białej kołysce, kołysane nogą prababki. Skrzypiał śnieg. Grzyby, grzyby, grzyby. Matka dostała książkę A. Lindgren „ Bracia Lwie Serce” , która na długo zajęła pierwsze miejsce biblioteczce. Ta książka, ta właśnie, pachnąca wilgocią, została przywieziona do Krakowa i czeka na Kurę!

Kura ma trzy lata i trzy miesiące. Te święta mają szansę zostać zapamiętane!
Na miesiąc przed świętami, pokochał Kura pogańskim swym serduszkiem małego Jezuska.  Zakupienie książeczki o narodzinach Dzieciątka graniczy z cudem. Zakupienie książeczki z ładnymi ilustracjami i odpowiednim dla trzylatka tekstem, opowiadającej o nie - ubieraniu choinki przez zwierzątka leśne, o nie - widoku amerykańskiego Mikołaja wciskającego się w komin, o nie - całej biblijnej rzeszy bohaterów, tylko o prostej historii od Zwiastowania po Pokłon, to prawdziwie Bożonarodzeniowy cud!

Kura w wigilijny dzień udał się z tatą na plac przy Lea, aby zkupić choinkę. Matka ustaliła z Kurą, że potrzebujemy małej. Po pierwsze: nie mamy na dużą miejsca, po drugie: nie mamy wielu ozdób... 12 małych banieczek, dwa szklane aniołki i transparentną złotą tasiemkę. Kura wstępnie się zgodził, lecz kiedy zobaczył dużą, zapragnął właśnie takiej. Tato targował się i z Kurą i sprzedawcą choinek.
Choinka została przyozdobiona, a Kura z niepokojem od południa wyglądał pierwszej gwiazdy. Wigilijne potrawy w dziecięce menu słabo się wpisują. Śledź, kapusta, grzyby, mak.  Kura reflektuje na paluszki rybne. Dobre i to!
W tym roku nie zmarnował się również opłatek.

Świąteczny, spacer do Franciszkanów stał się dla wielu Krakowian -szczególnie tych posiadających dzieci - rodzinną tradycją. Na placyku przy kościele, w miejscu spotkań Jana Pawła II z wiernymi pod oknem na Franciszkańskiej 3, już po raz dwudziesty stanęła szopka. Wspólne kolędowanie tuż przed pasterką i możliwość zobaczenia aktorów – amatorów wcielających się w rolę Maryi i Józefa, oraz zwierząt wypożyczonych z krakowskiego zoo, to dla dzieci wielka atrakcja. Osła, lamę, kucyka, baranki boże ( te ostatnie z Akademii Rolniczej) przez dwa świąteczne dni, można podglądać przez szpary prowizorycznych zagród. Tradycję „żywych szopek” zapoczątkował nie kto inny, jak św Franciszek, który dla tej własnej wizji zjednoczenia prostego człowieka z boskim planem rozpoczętym w Betlejem, musi specjalne pismo do papieża w tej sprawie wystosować. W owych czasach stanowisko Kościoła było bardzo konserwatywne i mocno potępiało wszelkie odstępstwa i innowacje wobec ustalonych reguł. Jest rok 1223. Franciszek z Asyżu spędza Boże Narodzenie w Greccio, gdzie za zgodą papiestwa urządza po raz pierwszy „ żłóbek”, którego forma opisana przez pierwszego kronikarza św Franciszka – Tomasza z Celano – przetrwała do dziś. I dziś nie trzeba specjalnych pism. U krakowskich franciszkanów symboliczna figurka Jezusa wtłoczona została w kartonowe pudło.

26 grudnia, popołudnie. Kura na plac franciszkański nie bardzo chce wejść, Tłum, muzyka góralska dobywająca się spod strzechy szopki, przemowy braciszków z poczuciem humoru śmiesznym tylko dla nich, onieśmielają Kurę. Na szczęście ktoś ustawił zielone światło i przełamał z Kurą lody. Mroźno. Kura zdeklarował w tym roku, że nie lubi zimy. Drepcze średnio ochoczo pooglądać zwierzątka. Postawiony na ogrodzeniu i trzymany za nogi, składa zwierzętom jakieś deklaracje, a potem podąża w kierunku rozpalonego ogniska. Trudno się przebić. Ludzie lubią ogień. Grzeją spody butów i nie przepuszczają ciekawskich maluchów. Potem oglądanie wielkiej choinki z białym światłem i manifestacja niechęci do robienia pamiątkowych zdjęć, z których przez zapadający zmrok i ruchliwość Kury, niewiele wyszło. Pół godziny wystarczyło, żeby trzylatek zmarzł i zaczął marudzić. Pakujemy się do auta. Jedziemy odwieźć babcię do Skawiny. W radio nastrojowe kolędy. Kura w drodze powrotnej zasypia i tak zakończył tegoroczne Boże Narodzenie.

Każdy z nas ma wobec świąt jakieś oczekiwania. Jedni je lubią, inni nie. Jedni dbają o odpowiedni nastrój inni myślą, że dbają wymiatając przez tydzień wszystkie pyłki z kątów, a do wigilijnej wieczerzy stroją się w krawaty po to tylko, żeby nieszczerze zjeść kutię. Dla jeszcze innych najważniejsze są nowe buty, których nieodklejone metki świecić będą na podeszwach podczas pasterki. Matka chce nauczyć nieochrzczonego Kurę, że kolacja wigilijna jest pod wieloma względami inna, ale jest pod wieloma względami taka sama, jak każdy wspólnie spożywany posiłek. Cieszmy się spokojem, cieszmy się obecnością współbiesiadników i nie grajmy kogoś, kim nie jesteśmy.

Franciszkańska szopka

Kraków, franciszkańska szopka

Miasto: Kraków

ulica: Franciszkańska 3

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
O autorze