Wpisy z tagiem: dziecko w kościele
sobota, 14 stycznia 2012
Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa przy ulicy Kopernika czyli Kura, Xawery i zmodernizowany historyzm.
Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa przy ulicy Kopernika, czyli Kura, biały Jezus spod wiaduktu, Xawery i zmodernizowany historyzm. Matka rano za okno spojrzała. Ziemia pokryta białym puchem. Świat jakby złagodniał. Na ślepej uliczce pusto. Do samotnie stojącego biurowca nikt nie przyjechał. Sobota. Od czasu do czasu ktoś z psem przejdzie i rzuci patykiem. Matka wczoraj wieczorem napisała zjadliwy tekst, ale dziś… dziś nie czuje złości, tylko smutek. Smuci się matka nad losem małych innowierców, małych ludzi wychowywanych na ateistów w szacunku do innych kultur. Mały człowiek zostaje na poziomie przedszkolnym wtłoczony w machinę nietolerancji i wielkich zdziwionych oczu.
We wrześniu Kura rozpoczął drugi rok przedszkolny. Po pierwszym tygodniu uczęszczania wyśpiewuje piosenkę o piesku, co się budzi, wita słonko i biegnie do swego pana. W połowie września odbyło się spotkanie z rodzicami. No i okazało się, że od tego przedszkolnego roku obowiązuje Kurę - w myśl ustawy - uczęszczanie na lekcje religii w wymiarze dwóch godzin tygodniowo. Wspomnę tylko, że w kraju należącym do Unii Europejskiej, te same zasady nie dotyczą edukacji języka angielskiego! Matka opowiada Kurze o arce Noego, opowiada o Bożym Narodzeniu, o Jonaszu, który jak Tomcio Paluch trafił do rybiego brzuszyska bo wie, że bez znajomości Pisma Świętego (również i mitów greckich) nie ma zrozumienia wielu dzieł sztuki i literatury. Matka chciała zaznajomić Kurę z obrzędem mszy. W tym celu, wieki temu, wybrała się na dziecięcą mszę, do kaplicy przy kościele Najświętszego Serca Pana Jezusa, na ulicy Kopernika. Opis zajścia tutaj: http://redoffroad.blox.pl/2009/04/Prosze-ksiedza-To-nie-smok-To-krokodyl-z-Ikei.html
Kwiecień. Wiosna w pełni. Przechadzamy się ulicą Kopernika ku szpitalom, gdzie odwiedzamy babcię "A". Pod wiaduktem graffiti – biały Jezus i napis „pójdźcie do mnie wszyscy”. Czemu nie. W dzień ceglana budowla nie wydaje się tak zwalista. Autor projektu czerpał z architektury i romańskiej i gotyckiej i barokowej (zmodernizowany historyzm). Wchodzimy do środka, choć Kurze nie jest łatwo zrezygnować z wiosennego słońca. W tym celu pokonujemy kilka schodów, bez podjazdu. Nad naszymi głowami mozaika portalu przedstawiająca "Przebicie boku Chrystusa". Powyżej posępne i zwaliste rzeźby, tak charakterystyczne dla ich projektanta – Xawerego Dunikowskiego. Potężny centralny Chrystus i grupy boczne Mnisi i Rodzina, jakby szukająca pocieszenia w rozpostartych ramionach Chrystusa. Jakiż to ciekawy artysta rzeźbiarz był. Z jednej strony niezwykle utalentowany, obsypywany nagrodami, porównywany do Rodena, z drugiej zaś stony, awanturnik o nieciekawej posturze. Artysta rzeźbiarz postrzeliwszy śmiertelnie innego artystę - malarza, w prawdzie uniewinniony, ale potrafiący kompletować sobie wrogów, wyjezdża w końcu dla oczyszczenia atmoswry zasmakować innych światów. W czasach wojny trafia na pięć długich lat do obozu koncentracyjnego. Dwa lata leczy się poobozowo, a potem daje wtłoczyć w socjalistyczną machinę. Matka o Dunikowskim czytała w podstawówce, chłonąc podręcznik od plastyki. Podobały się matce czarno - białe reprodukcje rzeźb, przedstawiających brzemienne kobiety, tak krytykowane w swoich czasch. Matka zadziera głowę w niepokoju, czy wielki Chrystus nie spadnie. "Pójdźcie do mnie wszyscy", czyli bialy Jezus spod wiaduktu Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa i jego wieża Rzeźby projektu Xawerego Dunikowskiego sklepienie z piękną polichromią Miejsce: Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa, Kraków ul. Kopernika
środa, 01 czerwca 2011
Kura w Mezquicie
Kura w Mezquicie Matka jest wrażliwym człowiekiem i miewa gęsią skórkę na widok zjawisk, lub na dźwięk ulubionych kawałków muzycznych. Matka ma gęsią skórkę, kiedy rankiem wchodzi do Mezquity. Znów piękny dzień. Na śniadanie zjadamy kromki z serem i pomidorem. Kura płatki i mleko. Jest dość wcześnie. Ulice przygotowane do Semana Santa – jutro Wielki Piątek. Tutaj jednak tego nie czuć. Przed zwiedzaniem chcemy niespiesznie napić się kawy (matka rzuciła picie rozpuszczalnego szatana po zimowej wizycie w Szczyrku – opis wkrótce, jak i cała zaległa reszta;) Kafejki jeszcze pozamykane. Nie jest to blady świt, ale Hiszpanie posiłkują się o 20 siedząc często do późnych godzin nocnych. Pokonujemy tę samą trasę, co wczoraj i stajemy naprzeciw mudejarowej bramy z 1377 roku, prowadzącej prosto do innego świata… na pomarańczowe patio największego obiektu świata islamskiego – Mezquity. I nagle Kura znalazł się w jakże innej przestrzeni. Półmrok, rozbity wpadającym przez otwory światłem, półmrok rozbity światłem bajecznych lampek oliwnych. Las rytmicznie poustawianych kolumn jak okiem sięgnąć. Las – tylko ptaki nie śpiewają. Kura oczywiście nie podziela zachwytu. Chce wyjść (kto nas czyta ten pamięta wpis o tym, jak to Kura wywabił nas rykiem po 40 sekundach zwiedzania kaplicy Sykstyńskiej) Wtedy miał 14 miesięcy. Dziś jest łatwiej. Racjonalne argumenty docierają i Kura wtulony w ramiona zaczyna podziwiać kolumny, tej niespotykanej w swej skali, sali modłów. Kura szczęśliwy, że wyjście się odnalazło. Tuż za murami znajdujemy kafejkę. Kura w cienu murów konsumuje ze smakiem czekoladowe lody. Na patio Mezquity wracamy raz jeszcze. Siadamy pod fontanną. Kura przez godzinę podlewa drzewka pomarańczowe, nabierając wody do wyęspionej od nas butelki z dziubkiem. Inspiruje tym inne dzieci i tak oto wśród radosnych pisków, w cieniu drzewek, znajdujemy cudowne wytchnienie. Kura szczęśliwy i spełniony daje się przeciągnąć raz jeszcze przez Juderię, a potem na 240 metrowy Puente Romano – most spinający dwa brzegi Gwadalkiwiru, żeby ostatni raz popatrzeć na Mezquitę. Czas na małe podsumowanie: Przed nami Baeza. Pocztówki z Mezquity Puerta del Perdon Patio de los Naranjos Las, w którym ptaki nie śpiewają Wieloliste łuki Capilla de Villaviciosa Mihrab - nisza modlitewna wskazująca kierunek Mekki misterna dekoracja mihrabu Maqsura - kopuła przed mihrabem - połówka pomarańczy Katedra wzniesionapo środku Mezquity Mezquita z Puente Romano Miejsce: Mezquita w Kordobie, Andaluzja, Hiszpania
wtorek, 24 maja 2011
Kura i sewilskie zabytki
Kura i sewilskie zabytki Poranek w Sewilli nie jest zbyt spektakularny. Przez małe, ciasne okienko słońce nie jest w stanie oznajmić nam jak piękny szykuje dzień. Kura oszołomiony nie może pojąć, dlaczego nie korzystamy z łazienki na korytarzu tak, jak korzysta się z łazienki. Matka pragnie podkreślić – w łazience jest czysto. My jednak wolimyochlapać twarze i umyć zęby w umywalce pokojowej. Nie śmierdzimy. Praca na ulicach wre. Słychać stukot młotków, ustawia się barierki, wiesza dekoracje. Kura znów na torach udaje lokomotywę. Tym razem lokomotywa musi stać się chłopcem bo przez portal, przy którym szalały jaskółki, wchodzimy do, największej gotyckiej katedry na świecie. Chrześcijańska chęć wznoszenia coraz większych, wyższych budowli i pomników jest stara jak… chrześcijaństwo. Katedra Santa Maria Kura cieszy się powrotem na tory, cieszy się słońcem, a do Pałaców Królewskich – Alcazares Reales – zwabiamy go niezliczoną ilością sadzawek, rur i kanalizacji. Tłum tłoczy się przy kasach. Sprawnie kupujemy bilety i wchodzimy w jakże odmienny świat. Za Kurę jeszcze nie płacimy. W środku gwarnego miasta, za surową fasadą kryje się wspaniałe założenie pałacowo – ogrodowe. Bez presji czasu, bez presji obranego kierunku, nieco chaotycznie zagłębiamy się w pałacowe pomieszczenia, dziedzińce i patia ozdobione mudejarem i azulejos. Kura prowadzi, a my oddajemy się zapachowi, ciszy i niespiesznemu krążeniu wokół rozlicznych sadzawek. Ogrody projektowane przez Maurów zawierają ideologiczne podłoże. Mają obrazować raj na ziemi. Starannie dobrana roślinność o wiecznie zielonych liściach, harmonia uzyskana powtarzalnością elementów, szum wody, nawoływania pawia wszystko to sprawia, że po ogrodach oraz zabudowie, na którą składają się loggie i pawilony można snuć się godzinami. Spędzamy tu trzy godziny. Kura biega od sadzawki do sadzawki. Upał sprzyja zanurzeniu małych rączek gdzie popadnie. Wreszcie głód wywabia nas z ogrodów. Zanurzając się po raz kolejny w dzielnicę żydowską siadamy pod pomarańczowymi drzewkami i czekając na obiad pozwalamy Kurze kluczyć i grzebać w fontannie. Biedny umęczony Kura, torowiskiem dotrze do hostelu, skąd zabieramy pozostawiony rankiem bagaż. Kilka przecznic i ta piękna stara Sewilla zostaje wspomnieniem. Miasto zobaczyć należy, nawet w tak nikczemny sposób jak zrobiliśmy to my, bo przecież zabytków godnych uwagi w Sewilli jest całe mnóstwo. Zwolennicy małych mieścin będą zmęczeni ulicznym ruchem. My oddychamy z ulgą, kiedy Krzysztof H. wyprowadza nas na trasę wiodącą do Kordoby! Katedra Santa Maria od środka kaplica Kolumba i jego domniemany grobowiec sklepienie Alcazares Reales
Jeden z zakątków dzielnicy żydowskiej pachnący kwitnącymi drzewkami pomarańczy
wtorek, 04 stycznia 2011
Franciszkańska szopka
Franciszkańska szopka Matka pochodzi z dużej rodziny, mimo to w pamięci pozostała jej jedna tylko wigilia, o której może powiedzieć, że była magiczna. U babci „Z” stawiły się wszystkie dzieci: dwie córki i dwaj synowie, każde z własną rodziną, czyli łącznie 12 dorosłych (pradziadkowie matki też) i 11 wnucząt. Choinka z włosem anielskim, na który babcia „Z” przez niemieckie roboty mówi do dziś - lameta i nieco zawilgocony brokat na "kuglach" – jak mawia na bąbki. Matka nie wierzyła już w świętego Mikołaja. Usiadła mu jednak na kolanach i do dziś nie wie, kto nim był. Matka matki wmówiła wtedy matce, że wino z etykietką, na której przedstawiono byka, to najprawdziwsza bycza krew. Bliźniaczki były wtedy maleńkie. Leżały za ścianą w białej kołysce, kołysane nogą prababki. Skrzypiał śnieg. Grzyby, grzyby, grzyby. Matka dostała książkę A. Lindgren „ Bracia Lwie Serce” , która na długo zajęła pierwsze miejsce biblioteczce. Ta książka, ta właśnie, pachnąca wilgocią, została przywieziona do Krakowa i czeka na Kurę! Kura ma trzy lata i trzy miesiące. Te święta mają szansę zostać zapamiętane! Kura w wigilijny dzień udał się z tatą na plac przy Lea, aby zkupić choinkę. Matka ustaliła z Kurą, że potrzebujemy małej. Po pierwsze: nie mamy na dużą miejsca, po drugie: nie mamy wielu ozdób... 12 małych banieczek, dwa szklane aniołki i transparentną złotą tasiemkę. Kura wstępnie się zgodził, lecz kiedy zobaczył dużą, zapragnął właśnie takiej. Tato targował się i z Kurą i sprzedawcą choinek. Świąteczny, spacer do Franciszkanów stał się dla wielu Krakowian -szczególnie tych posiadających dzieci - rodzinną tradycją. Na placyku przy kościele, w miejscu spotkań Jana Pawła II z wiernymi pod oknem na Franciszkańskiej 3, już po raz dwudziesty stanęła szopka. Wspólne kolędowanie tuż przed pasterką i możliwość zobaczenia aktorów – amatorów wcielających się w rolę Maryi i Józefa, oraz zwierząt wypożyczonych z krakowskiego zoo, to dla dzieci wielka atrakcja. Osła, lamę, kucyka, baranki boże ( te ostatnie z Akademii Rolniczej) przez dwa świąteczne dni, można podglądać przez szpary prowizorycznych zagród. Tradycję „żywych szopek” zapoczątkował nie kto inny, jak św Franciszek, który dla tej własnej wizji zjednoczenia prostego człowieka z boskim planem rozpoczętym w Betlejem, musi specjalne pismo do papieża w tej sprawie wystosować. W owych czasach stanowisko Kościoła było bardzo konserwatywne i mocno potępiało wszelkie odstępstwa i innowacje wobec ustalonych reguł. Jest rok 1223. Franciszek z Asyżu spędza Boże Narodzenie w Greccio, gdzie za zgodą papiestwa urządza po raz pierwszy „ żłóbek”, którego forma opisana przez pierwszego kronikarza św Franciszka – Tomasza z Celano – przetrwała do dziś. I dziś nie trzeba specjalnych pism. U krakowskich franciszkanów symboliczna figurka Jezusa wtłoczona została w kartonowe pudło. 26 grudnia, popołudnie. Kura na plac franciszkański nie bardzo chce wejść, Tłum, muzyka góralska dobywająca się spod strzechy szopki, przemowy braciszków z poczuciem humoru śmiesznym tylko dla nich, onieśmielają Kurę. Na szczęście ktoś ustawił zielone światło i przełamał z Kurą lody. Mroźno. Kura zdeklarował w tym roku, że nie lubi zimy. Drepcze średnio ochoczo pooglądać zwierzątka. Postawiony na ogrodzeniu i trzymany za nogi, składa zwierzętom jakieś deklaracje, a potem podąża w kierunku rozpalonego ogniska. Trudno się przebić. Ludzie lubią ogień. Grzeją spody butów i nie przepuszczają ciekawskich maluchów. Potem oglądanie wielkiej choinki z białym światłem i manifestacja niechęci do robienia pamiątkowych zdjęć, z których przez zapadający zmrok i ruchliwość Kury, niewiele wyszło. Pół godziny wystarczyło, żeby trzylatek zmarzł i zaczął marudzić. Pakujemy się do auta. Jedziemy odwieźć babcię do Skawiny. W radio nastrojowe kolędy. Kura w drodze powrotnej zasypia i tak zakończył tegoroczne Boże Narodzenie. Każdy z nas ma wobec świąt jakieś oczekiwania. Jedni je lubią, inni nie. Jedni dbają o odpowiedni nastrój inni myślą, że dbają wymiatając przez tydzień wszystkie pyłki z kątów, a do wigilijnej wieczerzy stroją się w krawaty po to tylko, żeby nieszczerze zjeść kutię. Dla jeszcze innych najważniejsze są nowe buty, których nieodklejone metki świecić będą na podeszwach podczas pasterki. Matka chce nauczyć nieochrzczonego Kurę, że kolacja wigilijna jest pod wieloma względami inna, ale jest pod wieloma względami taka sama, jak każdy wspólnie spożywany posiłek. Cieszmy się spokojem, cieszmy się obecnością współbiesiadników i nie grajmy kogoś, kim nie jesteśmy. Franciszkańska szopka Miasto: Kraków ulica: Franciszkańska 3
środa, 28 lipca 2010
Kura na Wawelu
Kura na Wawelu Matka Kurę zapchać może wszędzie. Grzecznie Kura spędzi w wózku 30 minut marszu i więcej nawet, jeśli tylko u kresu podróży czekać będzie nagroda. Tego wiosennego dnia matka chciała usiąść na dziedzińcu Wawelskim, usiąść, oprzeć się o mur, wyciągnąć nogi, wyjąć z koszyka wózka kubek termiczny z własną kawą i popatrzeć na cienie rzucane przez ludzi. Kura dociera, bardzo chce do Jamy Smoczej zajrzeć i kręci się przy wejściu. Matka spokojnie siorbie kawę i spokojnie nawołuje Kurę, żeby się już przestał tam kręcić, bo i tak nie pójdzie. Z wózkiem nie ma co począć. Potem okazuje się, że kręci się bo jest ładunek, czyli pełny pęcherz. Nim matka odłożyła kubek z życiodajnym płynem, Kura już stoi pod drzewkiem i ściąga portki. W zakamarkach pamięci odszukuje matka miejsce z toaletą. Trzeba by gnać na dziedziniec zamkowy i skierować się w stronę ściany kurtynowej. Za późno. Trawnik - miejsce zakazane na oddawanie moczu, ale do innego matka już nie zdąży. Porada taka: nim zaczniecie drogie mamy zwiedzć, czy to Wawel czy inne szacowne miejsce, pierwszą myślą niech będzie zlokalizowanie toalet. Matka marzy o zobaczeniu swej ulubionej kaplicy w Katedrze. Namawia syna na kościół, a Kura mimo swego pogaństwa chętnie się zgadza. Mimo początku tygodnia i przedpołudniowych godzin ludu sporo. Teren dziedzińca zewnętrznego, gdzie można było oglądać porośnięte trawką relikty pierwotnych zabudowań wzgórza: kościół św Michała, Jerzego, dom kanonika Jana Borka otoczono, zdradzającym prace remontowe, ogrodzeniem. Płot trwać będzie do 2012 roku. Do tego czasu za ok. 13 mln zł wyremontowana zostanie nierówna nawierzchnia pochodząca z lat 60 ubiegłego stulecia. Ma być przyjaźnie wszelkiego rodzaju wózkom czy to inwalidzkim, czy to dziecięcym. Kawiarenka przy wejściu na wystawę „Wawel zaginiony” nieczynna. Matka się cieszy, że ma swoją kawę a dziecko wodę. Z Katedrą w tle Katedra Wawelska - wejście dla niepełnosprawnych Dziedziniec Wawelski Miasto: Kraków Miejsce: Wawel
środa, 07 kwietnia 2010
U św. Wojciecha, czyli spełnione marzenie małego poganina!
U św. Wojciecha, czyli spełnione marzenie małego poganina! Kura dyktuje warunki. Nie zawsze oczywiście, ale ma prawo decydować o tym, co chce usłyszeć do poduszki. Obecnie Kura preferuje: Calineczkę, czasem Smoka Wawelskiego, pasjami wracamy do mądrego Pana Kuleczki. Czasem jednak trzeba coś więcej dać z siebie! Zaśpiewać np. o zielonym sklepie z Grodzkiej na melodię „W stepie szerokim…”. A czasem Kura życzy sobie opowieści z życia… jak to dzielnie zniósł wizytę u pani doktor, albo o małym, białym kościółku, do którego nie mógł wejść, bo nie miał zaproszenia. Pamiętliwy jest! Dwa tygodnie temu mieliśmy piękne wiosenne intro. Umówiłyśmy się z „D”, że zabierzemy dzieci na Rynek. Brać wózki czy nie brać? Oto dylematy matek. Do autobusu 130 – wiecznie zatłoczonego i raz na jakiś czas niskopodłogowego, ciężko będzie się dostać. Kościół św. Wojciecha - malowniczy i malutki położony u wyjścia na Grodzką. O patronie matka nasłuchała się w głębokim dzieciństwie. Salka katechetyczna jeszcze wtedy poza murami szoły, w środku pomalowane na sraczkowato ławki bez oparć i ksiądz „F” - gruby i rozpostarty na krześle, nim rozdzielił żółty ser z darów, długo i namiętnie mógł o nim rozprawiać, bo rodzinna parafia matki na podłódzkiej wsi, pod tym samym wezwaniem. A że to pierwszy męczennik polski, choć człek pochodzący z Czech, a że Chrobry wykupił jego ciało za wagę złota, a że pochowany w Gnieznie. Jedna z legend głosi, iż to właśnie spod wówczas, drewnianego kościółka usytuowanego na południowym krańcu krakowskiego Rynku, wyruszył Wojciech na swą ostatnią misję do Prus. Tym czasem Kura usiłuje się przeżegnać patrząc na mnie. Pomagam mu bezgłośnie, bo wiem, że wraz z plaśnięciem łapek padnie bardzo głośne i żywiolowe „amen”. Jedyny świadek religijnych zapędów Kury, odwraca siwą głowę. Na szczęście siwa głowa nie wie, że to mały, nieochrzczony poganin. Zaglądamy w oko błękitnej kopuły. Mały nieochrzczony poganin nie wie, że z tęczowej belki spogląda na niego Chrystus z „prawdziwymi” włosami! Jest dość ciemno więc jak bardzo Kura chciał wejść, tak bardzo chce wyjść. Siada na pobliskim murku i zjada lunch – szarlotkę domowej roboty. Dziewczyny wracają z napojami, a potem powoli czałapiemy na obiad. Kura zajmuje wygodną pozycję na matczynych barkach i nie wie, ze za 18 dni zatrzyma się na dwie noce w pewnej podłódzkiej wsi i pójdzie obejrzeć drewniany kościółek pod wezwaniem św. Wojciecha. Kiepskie zdjęcia św. Wojciecha Miasto: Kraków Miejsce: Kościół św. Wojciecha, Rynek Główny
piątek, 12 marca 2010
Kura, św. Andrzej i Frantic
Kura, św. Andrzej i Frantic Matka nie wie, dlaczego wiesza się na nim psy, a wiesza się. Psioczy się, że taki piękny, romański, obronny, a w środku rozczarowanie, bo barok. I czemu się tak tego baroku nie lubi? Bo sprofanował tyle piękniejszych miejsc? Bo chciałoby się po wejściu do kościoła romańskiego zobaczyć wystrój romański, nietknięty przez zmieniającą się modę. Dziś dostaje się w spadku mieszkanie z kuchnią, którą należałoby wpisać na listę UNESCO. Nikt się jednak nie zastanawia. Wymienia się podłogę, instalację, a potem po meble do IKEA. Nasze czasy unicestwiają architektoniczne gwiazdy modernizmu. Na łamach gazet wybuchają dyskusje – skuwać mozaikę na Biprostalu, czy nie skuwać. Inwestor myśli o ekonomii, chce ocieplić budynek, środowiska twórcze pieją o niewątpliwych walorach artystycznych tej 55 metrowej mozaiki.
Grodzka 54. Teren dawnej średniowiecznej osady – Okół, który stanowił podgrodzie, ale są też wzmianki, że Okół posiadał przez chwil parę osobiste prawa miejskie. Po ostatnią ćwierć XI wieku mecenat należał do władcy lub władz kościelnych. Kościół św. Andrzeja natomiast, powstał po 1086 r z inicjatywy bogacącego się na fali feudalizmu wojewody krakowskiego – Sieciecha i stanowi skromny, lecz jeden z najlepiej zachowanych obiektów tamtych czasów. Przy kościele św. Andrzeja nie ma tłumów. Raz po raz zachodzi tu pojedynczy turysta. Pod murem klasztornym akordeonista wygrywa motyw z Frantica, którego matka początek widziała razy kilkanaście, ale nigdy końca. To kolejny kościół niedostępny dla niepełnosprawnego. Matka wprawdzie wciąga wózek za próg bramy ale, ustawia go w widocznym miejscu przed schodami. Klaryski niedostępne i Fontana niedostępny. Św Andrzej z Grodzkiej Barokowy portal a w nim Kura Cudeńka Fontany Kontenplacja Kury na progu Miasto: Kraków Ulica: Grodzka 54 Miejsce: Kościóół św. Andrzeja
czwartek, 22 października 2009
Rekiny biznesu czyli Ora et labora!
Ora et labora Skoro zamawiamy pizzę oznacza to, że mamy więcej czasu, bo obiadu nie trzeba gotować. Prosto z kopca jedziemy zatem do Tyńca. Doskonale pamiętamy, kiedy byliśmy tam ostatnio razem. Był to słoneczny niedzielny dzień 3 kwietnia 2005 roku. Jeden z najbardziej kontemplacyjnych poranków w Polsce. Poranek po śmierci Jana Pawła II. Minęło zatem trochę czasu, a odległość przecież tak niewielka – jakieś 12 km od centrum Krakowa. Kiedyś wybrałam się tam na wycieczkę rowerową. Odległe czasy. Kupiłam sobie w przydrożnym sklepie paczkę Corn Flakes z miodem i zżarłam siedząc na trawie oparta o rozsypujący się mur. Z toalet nie korzystaliśmy, ale jak donoszą organizatorzy tegorocznej akcji: „Miejsce przyjazne dzieciom” to jedyny klasztor w Krakowie posiadający w toalecie przewijak!!! Organizuje się tu również warsztaty edukacyjne dla dzieci w wieku szkolnym – cena około 18 - 26 zł. Dziedziniec w jesiennym słońcu Fasada kościoła św. Piotra i św. Pawła Studnia i jej ciekawa konstrukcja - bez użycia gwoździ Wnętrze, nawa główna z ołtarzem Miejsce: Klasztor w Tyńcu
niedziela, 23 sierpnia 2009
O ogrodowym wężu, Paulinie z obrazkiem i śmierdzącej sadzawce.
Skałka Biały habit smukłego Paulina zrobił na Kurze wrażenie. Stanęli na przeciw siebie i popatrzyli sobie w oczy. Paulin nie mógł chyba znieść tych kilku sekund sama na sam z dzieckiem, więc stwierdził, że przyniesie dziecku obrazek. Zniknął w krypcie będącej narodową nekropolią a kiedy wrócił, Kura już był w połowie schodów wiodących do kościoła. Wnętrze kościoła dość mroczne i nie zachęca Kury do eksploracji. Wchodzi niepewnie. Barokowy przepych ołtarza na chwilę zwabia jego spojrzenie, ale zaraz pada sakramentalne „uż”. Schody są dla niego wciąż najciekawszym elementem i to nimi zwabiam Kurę na Skałkę, kościelną "schodową twierdzę” położoną na wzgórzu nieopodal Wawelu. Najpierw pogańska górka, potem kolejne chrześcijańskie kościoły prosperujące raz lepiej raz gorzej. To tutaj w 1079 roku z rozkazu Bolesława Szczodrego zostaje zamordowany biskup krakowski Stanisław. W XV wieku osiedlają się Paulini, lecz o pierwszych klasztornych zabudowaniach wiadomo niewiele. Obecny klasztor, barokowy pochodzi z XVII wieku i stanowi zwartą bryłę chroniącą wszystkich chętnych przed skwarem, zgiełkiem miasta i turystami. Wchodzimy od strony Wisły gdzie wybudowano podjazd dla wózków. Od razu odwiedzamy sadzawkę św Stanisława. Według legendy tutaj właśnie porzucono rozczłonkowane ciało biskupa. Sadzawka barokowo – malownicza, ale nieco śmierdząca. Bazylika św. Michała Archanioła a jednocześnie Sanktuarium Męczeństaw św. Stanisława na Skałce
Rzut na sadzawkę i nieszczęsny ołtarz w tle Wąż ogrodowy Miasto: Kraków Ulica. Skałeczna Miejsce: Bazylika św. Michała Archanioła a jednocześnie Sanktuarium Męczeństaw św. Stanisława na Skałce
piątek, 21 sierpnia 2009
Cmentarz przy Miodowej
Cmentarz przy Miodowej Pewnie, że są miejsca przyjemniejsze na spacery z dzieckiem niż cmentarz. Na oswajanie ze zjawiskiem śmierci przyjdzie jeszcze czas. Wiadomo, nie wszystkie cmentarzyska na spacer się nadają i nigdy bym Kury nie zabrała na cmentarz, który przez przypadek miałam okazję zobaczyć gdzieś w okolicach Kurozwęk, sto lat chyba temu. Są jednak takie, które w swej naturze będąc cmentarzami, są jednocześnie zabytkiem, pomnikiem, źródłem wiedzy historycznej, atrakcją turystyczną czy inspiracją dla wszelkiej pracy twórczej. Dziś Kura nie uszanowałby należycie tego miejsca, zdarłby z głowy jarmułkę w sekundę po założeniu. Nie utrzymałabym też go zbyt długo w wózku w miejscu, w którym nic się nie dzieje. W miejscu, gdzie panuje cisza, spokój i wieczne odpoczywanie. Kiedy jednak rok temu odwiedza nas „T” ruszamy alejkami podziwiać cmentarz żydowski przy Miodowej. Macewy Fragment jednego z nagrobków Miasto: Kraków Ulica: Miodowa Miejsce: Cmentarz żydowski
piątek, 05 czerwca 2009
Pięć rzymskich dni - ostatnia niedziela
Pięć rzymskich dni - kilka kościołów Ostatni dzień poświęcamy kościołom. Bardzo chcę kilka zobaczyć. Obieramy odpowiedni kierunek zaraz po spakowaniu się i umieszczeniu bagażu w przechowalni recepcji hotelowej. Nie ma zatem możliwości powrotu do pokoju a wylot dopiero wieczorem. Mamy też mały dramat: skończyło nam się mleko dla Kury. Nie myśleliśmy, że w sercu Europy kupienie mleka „Nestle Nan 3” będzie tak olbrzymim problemem. Jest niedziela, szukamy dyżurujących aptek i sklepów gdzie moglibyśmy zakupić ten drogocenny, biały proszek. Po drodze mijamy pozamykane apteki(te, które mają neon głoszący otwarcie, też są zamknięte) i sklepy, w których mleka nie uświadczysz. Mijamy barokowy Palazzo Barberini do wyglądu którego, swoją rękę przyłożyli lubiący się, czy też nie, najwięksi tamtych czasów: Bernini, Borromini i Maderna. Nie mamy czasu oglądać wspaniałych zbiorów, ale zaglądamy na dziedziniec. Kurze najbardziej podoba się fontanna, nam spokój. Palazzo Barberini San Carlo alle Quattro Fontane San Carlo alle Quattro Fontane - sklepienie Santa Maria Maggiore Santa Maria Maggiore - wnętrze Mozaiki z Santa Prassede Forum Trajana Miasto: Rzym
czwartek, 28 maja 2009
Pięć rzymskich dni – Przez Campo de’ Fiori do Il Gezu
W japońskim stylu! Pogoda zaczyna stroić miny. Czasem wyjrzy słońce, ale wyraźnie pochłodniało. Zabieramy folię na wózek i bardzo rozsądnie. Planujemy długi spacer. Teatro di Marcello Dawne żydowskie getto Ponte Fabricio pochodzący z 62 r. p. n.e. Bocca della Verita Campo de' Fiori Cukinia po 3 Euro, peperoni po 3,90 Il Gezu Miasto: Rzym
środa, 27 maja 2009
Pięć rzymskich dni – Watykan
Czterdzieści sekund! Tak! Wywieźliśmy dziecko do Skawiny w niedzielne przedpołudnie. Tak! Pierwsze wolne niedzielne popołudnie odkąd Kura jest na świecie. Tak! To już 20 miesięcy! Poczuliśmy się wspaniale. Tak! Poszliśmy do kina! Tak! Na Amerykańską super produkcję! Tak! Znaleźliśmy się w innym świecie! Tak, w Rzymie! Panteon z lotu ptaka! Tak, wygląda równie wspaniale. Tak! W roli głównej Watykan. Tak! Anioły i Demony! Na Watykan poświęcamy jeden dzień. Wiemy, że to za mało. Od hotelu to jakieś pół godziny pchania wózka. Kura zasypia po drodze, choć to jeszcze nie jego pora. Jest zmęczony tą podróżą. Ciągle się włóczymy nie pozwalając mu na zbyt wiele swobody. Ma do wyboru albo wózek albo nasze ramiona. Zwykle nie gardzi tym drugim, ale po kilku dniach ma dość i nas i wózka. Muzea Watykańskie. Nie wyobrażam sobie żeby nie spróbować zobaczyć. Żeby nie wejść do Kaplicy Sykstyńskiej, której freski, co prawda znam, ale nie potrafię wyobrazić w przestrzeni. Pocztówki z Watykanu: Castel Sant'Angelo Anioły Berniniego Widok Bazyliki z Ponte Sant'Angelo Pięciu ze stu czterdziestu Trochę mrocznego klimatu Kaplica Sykstyńska z zaskoczenia
Miejsce: Watykan
niedziela, 05 kwietnia 2009
Proszę księdza! To nie smok! To krokodyl z Ikei"
Dziecko w kościele! Za tydzień najważniejsze dla chrześcijan święta. W nich zawarty jest cały sens wiary, czyli wiara w Zmartwychwstanie. Niedzielę palmową przesiedzieliśmy z Kurą wprawdzie w piaskownicy, ale tydzień temu postanowiliśmy pójść do kościoła zaspokoić ciekawość, jaką wzbudziły w nas „D” i jej córeczka „A”. Dziewczyny dowiedziały się, że w bazylice Najświętszego Serca Pana Jezusa przy ul. Kopernika (duży kościół z wieżą udekorowaną rzeźbami Ksawerego Dunikowskiego, po lewej stronie idąc od Rynku) odprawiana jest msza dla dzieci. Wiedzione ciekawością robimy wszystko, aby o 11.00 stanąć przed drzwiami kaplicy. „Proszę księdza! To nie smok! To krokodyl z Ikei”
Podsumowując: Miasto: Kraków Ulica: Kopernika Miejsce: bazylika Najświętszego Serca Pana Jezusa
piątek, 13 marca 2009
Kościoła Dominikańskiego przypadki
O jednym dominikaninie i jego krużgankach Przez jeden letni tydzień pełniliśmy z Kurą rolę przewodnika. Przyjechał „T”, więc wałęsaliśmy się po mieście odwiedzając miejsca, które będąc w Krakowie należy zobaczyć. Kościół Dominikanów (pod wezwaniem Świętej Trójcy)- przez pewien czas miałam do niego sentyment. Chodziłam tu czasami na słynne „19”. Mieszkałam wtedy na ul. Łazarza wynajmując pokój u Pani „J”. Stare dzieje. Czar prysł bezpowrotnie. Chcieliśmy tu wziąć ślub. Szczęśliwi i zakochani poszliśmy do zakrystii porozmawiać z odpowiednią osobą. Odpowiednia osoba najpierw wymownie spojrzała na mój brzuch, a potem wspomniała, że w tym kościele ślub mogą brać tylko „udzielający” się w życiu kościoła. Kiedy z rozmowy wynikło, że ślub chcemy wziąć za rok (czyli Kury nie było wtedy nawet w planach) zakonnik spuścił z tonu, ale nas to już nie obchodziło. Poszukaliśmy sobie innego kościoła. Szkoda, że Dominikanie sprowadzeni przez Iwo Odrowąża z ziemi włoskiej do polskiej w 1222, nie wyszli nam na przeciw. Z wózkiem czy na wózku do kościoła nie jest się łatwo dostać. Trzeba pokonać kilka stopni w dół (poziom ulic podniósł się znacznie od średniowiecza) Zastanawiam się jak to jest. Kościoły zawsze ściągały ku sobie ludzi chorych, ułomnych, niepełnosprawnych i te same kościoły ciągle ignorują ich potrzeby. Czy zamontowanie metalowych szyn to problem natury wyższej? Czy sprzeciwiają się temu konserwatorzy zabytków i historycy sztuki? A przecież kościół tak pięknie odbudowano po straszliwym pożarze w 1850 r. Tyle pięknych rzeczy jest tu do zobaczenia: w prezbiterium płyta nagrobna Kallimacha, projektu Stwosza, kaplica św. Jacka ze stiukami Fontany, kaplice Myszkowskich i Różancowa. Nie bez powodu zaciągamy tu „T”,który ofiarnie pomaga pokonać bariery architektoniczne. Było warto! W krużgankach można znaleźć wytchnienie, odpocząć od zgiełku miasta i uciec przed upałem. Zaciągamy się w ten kontemplacyjny świat oglądając płyty nagrobne, które są dla nas i płytami nagrobnymi i dziełami sztuki i tłem do zrobienia Kurze kilku fotografii. Rzut oka na wnętrze Kura w Krużgankach Dominikańskich Miasto: Kraków Ulica: Stolarska Miejsce: Krużganki - najlepsze na upalny dzień |
Archiwum
O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Napisz do matki
Nasza zajezdnia
Podglądamy
Tagi
![]()
|