Off-road na trzech kołach. Podróże w wersji red. Miejsce na Ziemi - Kraków - ale nie tylko.

Wpisy z tagiem: dziecko w kościele

sobota, 14 stycznia 2012
Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa przy ulicy Kopernika czyli Kura, Xawery i zmodernizowany historyzm.

Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa przy ulicy Kopernika, czyli Kura, biały Jezus spod wiaduktu, Xawery i zmodernizowany historyzm.

Matka rano za okno spojrzała. Ziemia pokryta białym puchem. Świat jakby złagodniał. Na ślepej uliczce pusto. Do samotnie stojącego biurowca nikt nie przyjechał. Sobota. Od czasu do czasu ktoś z psem przejdzie i rzuci patykiem. Matka wczoraj wieczorem napisała zjadliwy tekst, ale dziś… dziś nie czuje złości, tylko smutek. Smuci się matka nad losem małych innowierców, małych ludzi wychowywanych na ateistów w szacunku do innych kultur. Mały człowiek zostaje na poziomie przedszkolnym wtłoczony w machinę nietolerancji i wielkich zdziwionych oczu.

 

We wrześniu Kura rozpoczął drugi rok przedszkolny. Po pierwszym tygodniu uczęszczania wyśpiewuje piosenkę o piesku, co się budzi, wita słonko i biegnie do swego pana. W połowie września odbyło się spotkanie z rodzicami. No i okazało się, że od tego przedszkolnego roku obowiązuje Kurę  - w myśl ustawy - uczęszczanie na lekcje religii w wymiarze dwóch godzin tygodniowo. Wspomnę tylko, że w kraju należącym do Unii Europejskiej, te same zasady nie dotyczą edukacji języka angielskiego!
Matkę olśniło. Piosenka nie jest o piesku, co biegnie do swego pana, tylko jest piosenką o Panu – tym Panu! Matka dostała do podpisania deklarację, że tak, zgadza się na uczęszczanie dziecka na religię. Kiedy zapytała, jaką ma alternatywę, bo choć matka w Boga wierzy, to z antyklerykalną postawą się obnosi. W odpowiedzi matka zobaczyła parę zdziwionych oczu i usłyszała slowa: dziecku będzie przykro, bo będzie siedziało w oddzielnym pomieszczeniu. Ups. I jak tu nie wierzyć w dyskryminację?  Ooo jak bardzo chciałaby usłyszeć tak proste zdanie: ZROBIMY WSZYSTKO ŻEBY DZIECKU NIE BYŁO PRZYKRO…

Matka opowiada Kurze o arce Noego, opowiada o Bożym Narodzeniu, o Jonaszu, który jak Tomcio Paluch trafił do rybiego brzuszyska bo wie, że bez znajomości Pisma Świętego (również i mitów greckich) nie ma zrozumienia wielu dzieł sztuki i literatury.
Matka spotyka się z katechetką w celu rozmowy i upewnienia się, że nie będzie straszyć czterolatka piekłem i jego ogniem. W koncu różnych Bozia ma lokatorów. I tak to nieochrzczony Kura, wraz z dwójką innych dzieci, nie mając innej alternatywy, na religię uczęszcza.

Matka chciała zaznajomić Kurę z obrzędem mszy. W tym celu, wieki temu, wybrała się na dziecięcą mszę, do kaplicy przy kościele Najświętszego Serca Pana Jezusa, na ulicy Kopernika. Opis zajścia tutaj:

http://redoffroad.blox.pl/2009/04/Prosze-ksiedza-To-nie-smok-To-krokodyl-z-Ikei.html


Ileż to razy matka po nocy wracała ulicą Kopernika, do wynajmowanego pokoiku na ulicy Łazarza. Pracowała wtedy w knajpce, która mieściła się w podworcu kamienicy Szarej… ale to oddzielna historia;) I matka patrzyła na ciężką sylwetkę kościoła jezuitów, zaprojektowaną na początku XX wieku, przez krakowskiego architekta Franciszka Mączyńskiego.  Jedna z najwyższych wież w Krakowie (68 metrów) posępnie odcinała się od granatowego nieba.

Kwiecień. Wiosna w pełni.  Przechadzamy się ulicą Kopernika ku szpitalom, gdzie odwiedzamy babcię "A". Pod wiaduktem graffiti – biały Jezus i napis „pójdźcie do mnie wszyscy”. Czemu nie. W dzień ceglana budowla nie wydaje się tak zwalista. Autor projektu czerpał z architektury i romańskiej i gotyckiej i barokowej (zmodernizowany historyzm).  Wchodzimy do środka, choć Kurze nie jest łatwo zrezygnować z wiosennego słońca. W tym celu pokonujemy kilka schodów, bez podjazdu. Nad naszymi głowami mozaika portalu przedstawiająca "Przebicie boku Chrystusa". Powyżej posępne i zwaliste rzeźby, tak charakterystyczne dla ich projektanta – Xawerego Dunikowskiego. Potężny centralny Chrystus i grupy boczne Mnisi i Rodzina, jakby szukająca pocieszenia w rozpostartych ramionach Chrystusa. Jakiż to ciekawy artysta rzeźbiarz był. Z jednej strony niezwykle utalentowany, obsypywany nagrodami, porównywany do Rodena, z drugiej zaś stony, awanturnik o nieciekawej posturze. Artysta rzeźbiarz postrzeliwszy śmiertelnie  innego artystę - malarza, w prawdzie uniewinniony, ale potrafiący kompletować sobie wrogów, wyjezdża w końcu dla oczyszczenia atmoswry zasmakować innych światów. W czasach wojny trafia na pięć długich lat do obozu koncentracyjnego. Dwa lata leczy się poobozowo, a potem daje wtłoczyć w socjalistyczną machinę. Matka o Dunikowskim czytała w podstawówce, chłonąc podręcznik od plastyki. Podobały się matce czarno - białe reprodukcje rzeźb, przedstawiających brzemienne kobiety, tak krytykowane w swoich czasch.

Matka zadziera głowę w niepokoju, czy wielki Chrystus nie spadnie.
Wchodzimy do przedsionka pod wieżą, gdzie wita nas Święty Krzysztof. W kruchcie duża scena figuralna przedstawiając przebicie boku Chrystusa,  zapowiadająca bogactwo dekoracji.
Wnętrze trójnawowe, sklepienie z żelbetu, wykonano tu po raz pierwszy w Krakowie. Pokrywa je wielobarwna polichromia o secesyjnym zacięciu. Posadzki na modłę starochrześcijańskich kościołów z klarownym podziałem.
50 metrów długości Kura przemierza dziarsko i wkracza w mozaikowy świat. Patrzy dookoła i nie potrafi skupić wzroku. Matka też tak ma. Po pierwsze wie, że Kura zażąda za chwilę odwrotu, więc trzeba szybko ogarnać wzrokiem co się da, po drugie, ze względu na mnogość dekoracji.
Nad ołtarzem głównym, wsparta na kolumnach koncha, pokryta mozaiką kapiącą od testamentowych symboli. W przestrzeniach nad kolumnami oddzielającymi nawy, również mozaiki - przedstawiają hołd składany Jezusowi przez świętych, błogosławionych oraz naród. Matka tłumaczy co to konfesjonał, bo to dla Kury najbardziej intrygujący element, do którego ten bardzo chce się dostać. I już matka wspomina, jak to sama, siedząc w nawie bocznej swojego kościoła parafialnego na podłódzkiej wsi, wlepiała wzrok w jasne drewno konfesjonału. I matka nie wie, jak jej własnej matce udało się poskromić w kościele dwoje dzieci tak, że grzecznie siedziały na swoich miejscach. Co niedzielna masza o 11. Trzy kilometry pokonane rowerem, równo i gęsiego. Potem czesanie grzywek żółtym grzebykiem przed wejściem w progi świątyni. Jak bardzo matka nie lubiła tego uścisku za brodę, celem podtrzymania głowy. I mówi się, że swoim dzieciom trzeba wpoić, to co samemu się otrzymało...
Małym ludziom wpoić trzeba wiarę w człowieka, ciekawość kultur i szacunek do różnych religii tego świata amen. Wychodzimy.

"Pójdźcie do mnie wszyscy", czyli bialy Jezus spod wiaduktu

graffiti pod wiaduktem przy ul. Kopernika, Kraków

Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa i jego wieża 

Kościół Najświetszego Serca Pana Jezusa przy ul Kopernika, Kraków

Rzeźby projektu Xawerego Dunikowskiego

Xawery Dunikowski, kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa, Kraków

Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa, Kraków ul. Kopernika

sklepienie z piękną polichromią

Kościół Naświętszego Serca Jezusa, Kraków ul. Kopernika

Miejsce: Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa, Kraków ul. Kopernika

środa, 01 czerwca 2011
Kura w Mezquicie

Kura w Mezquicie

Matka jest wrażliwym człowiekiem i miewa gęsią skórkę na widok zjawisk, lub na dźwięk ulubionych kawałków muzycznych. Matka ma gęsią skórkę, kiedy rankiem wchodzi do Mezquity.

Znów piękny dzień. Na śniadanie zjadamy kromki z serem i pomidorem. Kura płatki i mleko. Jest dość wcześnie. Ulice przygotowane do Semana Santa – jutro Wielki Piątek. Tutaj jednak tego nie czuć. Przed zwiedzaniem chcemy niespiesznie napić się kawy (matka rzuciła picie rozpuszczalnego szatana po zimowej wizycie w Szczyrku – opis wkrótce, jak i cała zaległa reszta;) Kafejki jeszcze pozamykane. Nie jest to blady świt, ale Hiszpanie posiłkują się o 20 siedząc często do późnych godzin nocnych. Pokonujemy tę samą trasę, co wczoraj i stajemy naprzeciw mudejarowej bramy z 1377 roku, prowadzącej prosto do innego świata… na pomarańczowe patio największego obiektu świata islamskiego – Mezquity.
Bramę wskazuje Wieża Pokutników – dzwonnica stojąca na dawnym  miejscu minaretu. Kurę zwabiamy sadzawkami choć wiemy, że jeśli sadzawka to tylko na patio de los Naranjos. Patio jest otwarte dla wszystkich. Tutaj można kupić bilet aby zobaczyć wnętrze, co też czynimy. Kolejki jeszcze nie ma. Bilet 8 Euro. Pozwalamy Kurze pokluczyć chwilkę między fontannami obiecując mu to samo po zwiedzaniu.

I nagle Kura znalazł się w jakże innej przestrzeni. Półmrok, rozbity wpadającym przez otwory światłem, półmrok rozbity światłem bajecznych lampek oliwnych.  Las rytmicznie poustawianych kolumn jak okiem sięgnąć. Las – tylko ptaki nie śpiewają.  Kura oczywiście nie podziela zachwytu. Chce wyjść (kto nas czyta ten pamięta wpis o tym, jak to Kura wywabił nas rykiem po 40 sekundach zwiedzania kaplicy Sykstyńskiej) Wtedy miał 14 miesięcy. Dziś jest łatwiej. Racjonalne argumenty docierają i Kura wtulony w ramiona zaczyna podziwiać kolumny, tej niespotykanej w swej skali, sali modłów.
Wizygoci wznieśli na fundamentach rzymskiej budowli bazylikę św Wincentego. Po zdobyciu Kordoby przez Arabów rośnie ludność muzułmańska, dla której połowa bazyliki zostaje przeznaczona. Drugą połowę odkupiono od chrześcijan i rozpoczęto budowę meczetu, który przez kolejnych władców zostaje powiększany o kolejne przęsła dbając, aby w szczególe kolumn budowla była spójna. I tak oto powstaje las niemal takich samych kolumn – dla wyrównania wysokości jedne mają cokół inne wyrastają wprost z posadzki. Podwójne arkady w charakterystyczne pasy powstałe z połączenia cegły i jasnego piaskowca stały się symbolem miasta. Przed nami otwiera się mihrab – nisza modlitewna wskazująca kierunek Mekki. Jej podkowiasty łuk ujęty w zdobny w reliefy kwadrat powoduje opad szczęki. Nie u Kury, który chce cały czas wyjść. Trochę go oszukujemy, że niby się zgubiliśmy i szukamy wyjścia. Zaglądamy do cudnych kopuł, do Capilla de Villaviciosa – której wielolistne łuki zostały bezpardonowo wtłoczone w chrześcijański młyn, kiedy po zdobyciu Kordoby postanowiono po środku Mezquity wybudować kościół. Bezpardonowo, mimo protestów, mimo, że rada miasta zabroniła pod karą śmierci praować przy budowie katedry, zburzono 63 kolumny. Karol V, który przybył do Kordoby trzy lata po jej zdobyciu miał powiedzieć: „ Zniszczyliście coś, co było jedyne w swoim rodzaju i postawiliście coś, co można zobaczyć wszędzie”.
Do kościoła nie bardzo nam się chce wchodzić. Czysta turystyczna przyzwoitość jednak nakazuje zerknąć. Głowy odwracamy jednak w kierunku lasu, przechodzimy raz jeszcze koło mihrabu i po godzinie żegnamy się z miejscem „ gdzie człowiek pada na twarz”.

Kura szczęśliwy, że wyjście się odnalazło. Tuż za murami znajdujemy kafejkę. Kura w cienu murów konsumuje ze smakiem czekoladowe lody. Na patio Mezquity wracamy raz jeszcze. Siadamy pod fontanną. Kura przez godzinę podlewa drzewka pomarańczowe, nabierając wody do wyęspionej od nas butelki z dziubkiem. Inspiruje tym inne dzieci i tak oto wśród radosnych pisków, w cieniu drzewek, znajdujemy cudowne wytchnienie. Kura szczęśliwy i spełniony daje się przeciągnąć raz jeszcze przez Juderię, a potem na 240 metrowy Puente Romano – most spinający dwa brzegi Gwadalkiwiru, żeby ostatni raz popatrzeć na Mezquitę.

Czas na małe podsumowanie:
Do Mezquity, tak jak innych atrakcji, jakie zwiedzaliśmy, trudno wejść z wózkiem. Podjazdy, z których korzystać mogą również niepełnosprawni, bywają wprawdzie, ale nie konsekwentnie w części obiektu, a potem np. w ogrodach podjazdów brak, a schodów co niemiara. Generalnie z wózkiem trudno, ale… dla chcącego nic trudnego. Dla starszych dzieci niezastąpione jest jednak nosidło. Kiedy Kura był mały, mieliśmy nosidło „Red Castle Sport” (oczywiście red), – w którym można nosić nawet maluszki, które nie trzymają główki – nosidło posiada specjalną, wkładkę. Kiedy maluch robi się ciekawy świata, nosidło umożliwia odwrócenie go przodem do kierunku jazdy.  Sprawdziło się wielokrotnie na wycieczkach po Krakowie, pojechało z nami na Maderę, matka korzystała z niego w domu przygotowując posiłek, kiedy Kura był wyjątkowo upierdliwy i nie chciał ani na chwilę zostać położony. Służyło nam do ok. 9 miesiąca (Kura był sporym chłopakiem) - trzeba pamiętać, że nie wszystkie dzieci mogą być chustowane i nosidłowane.
W Andaluzji korzystamy z pożyczonego od zaprzyjaźnionej rodziny „D” nosidła firmy „Deuter”. Stelaż ułatwiający pakowanie dziecka, przepastny schowek pod siedziskiem, regulacja szelek, daszek na słońce i deszcz. Kura chętnie z niego korzysta, a i my jesteśmy spokojniejsi mając taką alternatywę.

Przed nami Baeza.

Pocztówki z Mezquity

Puerta del Perdon

Mezquita w Kordobie

Patio de los Naranjos

Mezquita w Kordobie

Las, w którym ptaki nie śpiewają

Mezquita w Kordobie

Mezquita w Kordobie

Mezquita w Kordobie

Wieloliste łuki Capilla de Villaviciosa

Mezquita w Kordobie

Mihrab - nisza modlitewna wskazująca kierunek Mekki

Mezquita w Kordobie

misterna dekoracja mihrabu

Mezquita w Kordobie

Maqsura - kopuła przed mihrabem - połówka pomarańczy

Mezquita w Kordobie

Katedra wzniesionapo środku Mezquity

Mezquita w Kordobie

Mezquita z Puente Romano

Mezquita w Kordobie

Miejsce: Mezquita w Kordobie, Andaluzja, Hiszpania

 

wtorek, 24 maja 2011
Kura i sewilskie zabytki

 Kura i sewilskie zabytki

Poranek w Sewilli nie jest zbyt spektakularny. Przez małe, ciasne okienko słońce nie jest w stanie oznajmić nam jak piękny szykuje dzień. Kura oszołomiony nie może pojąć, dlaczego nie korzystamy z łazienki na korytarzu tak, jak korzysta się z łazienki. Matka pragnie podkreślić – w łazience jest czysto. My jednak wolimyochlapać twarze i umyć zęby w umywalce pokojowej. Nie śmierdzimy.
Skromne śniadanie serwowane jest w holu. Grzanki, dżem, ser, wędlina, kawa. Kura wcina grzankę i usiłuje bawić się z chłopcem nieco starszym. Zostawiamy spakowany bagaż na dole i biorąc wodę, aparat, kanapkę dla Kury na drugie śniadanie, ruszamy zwiedzać dwa wybrane zabytki.

Praca na ulicach wre. Słychać stukot młotków, ustawia się barierki,  wiesza dekoracje. Kura znów na torach udaje lokomotywę. Tym razem lokomotywa musi stać się chłopcem bo przez portal, przy którym szalały jaskółki, wchodzimy do, największej gotyckiej katedry na świecie. Chrześcijańska chęć wznoszenia coraz większych, wyższych budowli i pomników jest stara jak… chrześcijaństwo.

Katedra Santa Maria
Wzniesiona na miejscu rozsypującego się meczetu, po którym zachowano minaret – Giraldę oraz fragmenty pięknego patio de los Naranjos. Wznoszono ją sto lat - do 1506 roku -  i dziś kubaturą ustępuje dwóm kościołom –  bazylice św Piotra w Rzymie i katedrze św pawła w Londynie.
Do wnętrza prowadzą schody, nie ma podjazdu. Z zalenego słońcem świata przenosimy się do ciemnego wnętrza. Kurze od progu się nie podoba. Nie lubi chrześcijańskiego pomruku, który może grzmieć dla niego groźnie. Kolumny są ogromne, ale i tak aż dziw, że są w stanie podtrzymać piękne gwieździsto – siatkowe sklepienie. Przed nami 126 metrów. Echo niesie nasze kroki. Jest wcześnie i nie ma jeszcze zbyt wielu turystów. Zaglądamy do usytuowanego po środku Chóru i zachwycamy się ogromną w swej skali snycerką. W drewnie różnego gatunku wyrzeźbiono 117 miejsc siedzących ozdabiając je wizerunkami i dekoracją w stylu mudejaru. Rozpoczyna się msza. Ktoś zadzwonił dzwoneczkiem. Matka tłumaczy Kurze, kim jest ministrant. Kura bardzo chce być od tej pory ministrantem i dzwonić, dzwonić, dzwonić! Ogromny ołtarz kończono przez 100 lat. Niezliczone sceny figuralne i dekoracja obramowań przyprawia o zawrót głowy. Nie można się skupić na szczególe. Matka obejmuje wzrokiem całość, aparat nie chce zrobić wyraźnego zdjęcia. Wychodząc mijamy grobowiec Kolumba – oczywiście do końca nie wiadomo, czy urna zawiera prochy wielkiego odkrywcy.

Kura cieszy się powrotem na tory, cieszy się słońcem, a do Pałaców KrólewskichAlcazares Reales – zwabiamy go niezliczoną ilością sadzawek, rur i kanalizacji.

Tłum tłoczy się przy kasach. Sprawnie kupujemy bilety i wchodzimy w jakże odmienny świat. Za Kurę jeszcze nie płacimy. W środku gwarnego miasta, za surową fasadą kryje się wspaniałe założenie pałacowo – ogrodowe. Bez presji czasu, bez presji obranego kierunku, nieco chaotycznie zagłębiamy się w pałacowe pomieszczenia, dziedzińce i patia ozdobione mudejarem i azulejos. Kura prowadzi, a my oddajemy się zapachowi, ciszy i niespiesznemu krążeniu wokół rozlicznych sadzawek. Ogrody projektowane przez Maurów zawierają ideologiczne podłoże. Mają obrazować raj na ziemi. Starannie dobrana roślinność o wiecznie zielonych liściach, harmonia uzyskana powtarzalnością elementów, szum wody, nawoływania pawia wszystko to sprawia, że po ogrodach oraz zabudowie, na którą składają się loggie i pawilony można snuć się godzinami. Spędzamy tu trzy godziny. Kura biega od sadzawki do sadzawki. Upał sprzyja zanurzeniu małych rączek gdzie popadnie. Wreszcie głód wywabia nas z ogrodów. Zanurzając się po raz kolejny w dzielnicę żydowską siadamy pod pomarańczowymi drzewkami i czekając na obiad pozwalamy Kurze kluczyć i grzebać w fontannie. Biedny umęczony Kura, torowiskiem dotrze do hostelu, skąd zabieramy pozostawiony rankiem bagaż. Kilka przecznic i ta piękna stara Sewilla zostaje wspomnieniem. Miasto zobaczyć należy, nawet w tak nikczemny sposób jak zrobiliśmy to my, bo przecież zabytków godnych uwagi w Sewilli jest całe mnóstwo. Zwolennicy małych mieścin będą zmęczeni ulicznym ruchem. My oddychamy z ulgą, kiedy Krzysztof H. wyprowadza nas na trasę wiodącą do Kordoby!

Katedra Santa Maria od środka

Katedra Santa Maria - Sewilla

kaplica Kolumba i jego domniemany grobowiec

Katedra Santa Maria - Sewilla

sklepienie

Katedra Santa Maria - Sewilla

Alcazares Reales

Alcazares Reales - Sewilla

 

Alcazares Reales - Sewilla

Alcazares Reales - Sewilla

Alcazares Reales - Sewilla

Alcazares Reales - Sewilla

Alcazares Reales - Sewilla

Alcazares Reales - Sewilla

Jeden z zakątków dzielnicy żydowskiej pachnący kwitnącymi drzewkami pomarańczy

Sewilla

wtorek, 04 stycznia 2011
Franciszkańska szopka

Franciszkańska szopka

Matka pochodzi z dużej rodziny, mimo to w pamięci pozostała jej jedna tylko wigilia, o której może powiedzieć, że była magiczna. U babci „Z” stawiły się wszystkie dzieci: dwie córki i dwaj synowie, każde z własną rodziną, czyli łącznie 12 dorosłych (pradziadkowie matki też) i 11 wnucząt. Choinka z włosem anielskim, na który babcia „Z” przez niemieckie roboty mówi do dziś - lameta i nieco zawilgocony brokat na "kuglach" – jak mawia na bąbki. Matka nie wierzyła już w świętego Mikołaja. Usiadła mu jednak na kolanach i do dziś nie wie, kto nim był. Matka matki wmówiła wtedy matce, że wino z etykietką, na której przedstawiono byka, to najprawdziwsza bycza krew. Bliźniaczki były wtedy maleńkie. Leżały za ścianą w białej kołysce, kołysane nogą prababki. Skrzypiał śnieg. Grzyby, grzyby, grzyby. Matka dostała książkę A. Lindgren „ Bracia Lwie Serce” , która na długo zajęła pierwsze miejsce biblioteczce. Ta książka, ta właśnie, pachnąca wilgocią, została przywieziona do Krakowa i czeka na Kurę!

Kura ma trzy lata i trzy miesiące. Te święta mają szansę zostać zapamiętane!
Na miesiąc przed świętami, pokochał Kura pogańskim swym serduszkiem małego Jezuska.  Zakupienie książeczki o narodzinach Dzieciątka graniczy z cudem. Zakupienie książeczki z ładnymi ilustracjami i odpowiednim dla trzylatka tekstem, opowiadającej o nie - ubieraniu choinki przez zwierzątka leśne, o nie - widoku amerykańskiego Mikołaja wciskającego się w komin, o nie - całej biblijnej rzeszy bohaterów, tylko o prostej historii od Zwiastowania po Pokłon, to prawdziwie Bożonarodzeniowy cud!

Kura w wigilijny dzień udał się z tatą na plac przy Lea, aby zkupić choinkę. Matka ustaliła z Kurą, że potrzebujemy małej. Po pierwsze: nie mamy na dużą miejsca, po drugie: nie mamy wielu ozdób... 12 małych banieczek, dwa szklane aniołki i transparentną złotą tasiemkę. Kura wstępnie się zgodził, lecz kiedy zobaczył dużą, zapragnął właśnie takiej. Tato targował się i z Kurą i sprzedawcą choinek.
Choinka została przyozdobiona, a Kura z niepokojem od południa wyglądał pierwszej gwiazdy. Wigilijne potrawy w dziecięce menu słabo się wpisują. Śledź, kapusta, grzyby, mak.  Kura reflektuje na paluszki rybne. Dobre i to!
W tym roku nie zmarnował się również opłatek.

Świąteczny, spacer do Franciszkanów stał się dla wielu Krakowian -szczególnie tych posiadających dzieci - rodzinną tradycją. Na placyku przy kościele, w miejscu spotkań Jana Pawła II z wiernymi pod oknem na Franciszkańskiej 3, już po raz dwudziesty stanęła szopka. Wspólne kolędowanie tuż przed pasterką i możliwość zobaczenia aktorów – amatorów wcielających się w rolę Maryi i Józefa, oraz zwierząt wypożyczonych z krakowskiego zoo, to dla dzieci wielka atrakcja. Osła, lamę, kucyka, baranki boże ( te ostatnie z Akademii Rolniczej) przez dwa świąteczne dni, można podglądać przez szpary prowizorycznych zagród. Tradycję „żywych szopek” zapoczątkował nie kto inny, jak św Franciszek, który dla tej własnej wizji zjednoczenia prostego człowieka z boskim planem rozpoczętym w Betlejem, musi specjalne pismo do papieża w tej sprawie wystosować. W owych czasach stanowisko Kościoła było bardzo konserwatywne i mocno potępiało wszelkie odstępstwa i innowacje wobec ustalonych reguł. Jest rok 1223. Franciszek z Asyżu spędza Boże Narodzenie w Greccio, gdzie za zgodą papiestwa urządza po raz pierwszy „ żłóbek”, którego forma opisana przez pierwszego kronikarza św Franciszka – Tomasza z Celano – przetrwała do dziś. I dziś nie trzeba specjalnych pism. U krakowskich franciszkanów symboliczna figurka Jezusa wtłoczona została w kartonowe pudło.

26 grudnia, popołudnie. Kura na plac franciszkański nie bardzo chce wejść, Tłum, muzyka góralska dobywająca się spod strzechy szopki, przemowy braciszków z poczuciem humoru śmiesznym tylko dla nich, onieśmielają Kurę. Na szczęście ktoś ustawił zielone światło i przełamał z Kurą lody. Mroźno. Kura zdeklarował w tym roku, że nie lubi zimy. Drepcze średnio ochoczo pooglądać zwierzątka. Postawiony na ogrodzeniu i trzymany za nogi, składa zwierzętom jakieś deklaracje, a potem podąża w kierunku rozpalonego ogniska. Trudno się przebić. Ludzie lubią ogień. Grzeją spody butów i nie przepuszczają ciekawskich maluchów. Potem oglądanie wielkiej choinki z białym światłem i manifestacja niechęci do robienia pamiątkowych zdjęć, z których przez zapadający zmrok i ruchliwość Kury, niewiele wyszło. Pół godziny wystarczyło, żeby trzylatek zmarzł i zaczął marudzić. Pakujemy się do auta. Jedziemy odwieźć babcię do Skawiny. W radio nastrojowe kolędy. Kura w drodze powrotnej zasypia i tak zakończył tegoroczne Boże Narodzenie.

Każdy z nas ma wobec świąt jakieś oczekiwania. Jedni je lubią, inni nie. Jedni dbają o odpowiedni nastrój inni myślą, że dbają wymiatając przez tydzień wszystkie pyłki z kątów, a do wigilijnej wieczerzy stroją się w krawaty po to tylko, żeby nieszczerze zjeść kutię. Dla jeszcze innych najważniejsze są nowe buty, których nieodklejone metki świecić będą na podeszwach podczas pasterki. Matka chce nauczyć nieochrzczonego Kurę, że kolacja wigilijna jest pod wieloma względami inna, ale jest pod wieloma względami taka sama, jak każdy wspólnie spożywany posiłek. Cieszmy się spokojem, cieszmy się obecnością współbiesiadników i nie grajmy kogoś, kim nie jesteśmy.

Franciszkańska szopka

Kraków, franciszkańska szopka

Miasto: Kraków

ulica: Franciszkańska 3

 

środa, 28 lipca 2010
Kura na Wawelu

Kura na Wawelu

Matka Kurę zapchać może wszędzie. Grzecznie Kura spędzi w wózku 30 minut marszu i więcej nawet, jeśli tylko u kresu podróży czekać będzie nagroda. Tego wiosennego dnia matka chciała usiąść na dziedzińcu Wawelskim, usiąść, oprzeć się o mur, wyciągnąć nogi, wyjąć z koszyka wózka kubek termiczny z własną kawą i popatrzeć na cienie rzucane przez ludzi.

Kura dociera, bardzo chce do Jamy Smoczej zajrzeć i kręci się przy wejściu. Matka spokojnie siorbie kawę i spokojnie nawołuje Kurę, żeby się już przestał tam kręcić, bo i tak nie pójdzie. Z wózkiem nie ma co począć. Potem okazuje się, że kręci się bo jest ładunek, czyli pełny pęcherz. Nim matka odłożyła kubek z życiodajnym płynem, Kura już stoi pod drzewkiem i ściąga portki. W zakamarkach pamięci odszukuje matka miejsce z toaletą. Trzeba by gnać na dziedziniec zamkowy i skierować się w stronę ściany kurtynowej. Za późno. Trawnik - miejsce zakazane na oddawanie moczu, ale do innego matka już nie zdąży.  Porada taka: nim zaczniecie drogie mamy zwiedzć, czy to Wawel czy inne szacowne miejsce, pierwszą myślą niech będzie zlokalizowanie toalet.

Matka marzy o zobaczeniu swej ulubionej kaplicy w Katedrze. Namawia syna na kościół, a Kura mimo swego pogaństwa chętnie się zgadza. Mimo początku tygodnia i przedpołudniowych godzin ludu sporo. Teren dziedzińca zewnętrznego, gdzie można było oglądać porośnięte trawką relikty pierwotnych zabudowań wzgórza: kościół św Michała, Jerzego, dom kanonika Jana Borka otoczono, zdradzającym prace remontowe, ogrodzeniem. Płot trwać będzie do 2012 roku. Do tego czasu za ok. 13 mln zł wyremontowana zostanie nierówna nawierzchnia pochodząca z lat 60 ubiegłego stulecia. Ma być przyjaźnie wszelkiego rodzaju wózkom czy to inwalidzkim, czy to dziecięcym. Kawiarenka przy wejściu na wystawę „Wawel zaginiony” nieczynna. Matka się cieszy, że ma swoją kawę a dziecko wodę.
Wejście do Katedry to nasz odwieczny problem. Główne jest nie do pokonania. Poza tym wyznaczono specjalne dla niepełnosprawnych. Matka z wózkiem się kwalifikuje, więc gna ku niemu w nadziei, że metalowe szyny w sezonie letnim są ekspozycją stałą! „Przejśća nie ma” - głoszą napisy w kilku językach. Matka widzi szyny oparte o ścianę, ale nie będzie robić sceny. Kura gramoli się o własnych siłach, a matka wciąga lekki już wózek. Nie zostawi go przecież przed wejściem, a nóż jakiś nadgorliwy ochroniarz wezwie specjalistów od rozbrajania bomb. Nastąpi ewakuacja wzgórza i matka Kaplicy Świętokrzyskiej nie obejrzy. A kaplica to piękna, pokryta malowidłami ruskimi – matka już o niej wspominała TU. Kura na smutne anioły uwagi nie zwraca, nie zwraca uwagi na kolorowe witraże projektu Mehoffera, ale pyta – wskazując paluszkiem na wciśnięty w róg kaplicy baldachimowo – tubowy nagrobek Kazimierza Jagiellończyka, dłuta Wita Stwosza.
Kura: co to?
Matka (po krótkim namyśle): król tu spi.
Kura (bez namysłu): obudzić króla!
Matka: tego króla nie da się obudzić.
Odpowiedź mało satysfakcjonująca, mało lotna, więc rodząca niezadowolenie. Wychodzimy, a Kura dalej katedry zwiedzać już nie chce. Zawracamy i niezgodnie z kierunkiem zwiedzania ruszamy ku wyjściu dla niepełnosprawnych. Mamy szczęście. Trafiliśmy na niepełnosprawnego, który akurat wyjeżdżał. Obsługa zwija szyny jak czerwony dywan. Matka pyta, czy może. Może. Obsługa asekuruje wózek. Miłe.
Kura z chęcią zażywa słońca na dziedzińcu zamku. Tak jak sobie matka wymarzyła. Oparta, z wyciągniętymi nogami, z kubkiem własnej, ale kończącej się już kawy, obserwuje wspinającą się po schodach pociechę oraz dwie kobiety wschodniego pochodzenia.
A obiecaną nagrodą za to miłe przedpołudnie będzie czekoladowe ciacho! Matka na pewno napełni sobie kubek.

Z Katedrą w tle

Wawel, Kraków

Katedra Wawelska - wejście dla niepełnosprawnych

Kraków, Katedra na Wawelu - wejście dla niepełnosprawnych

Dziedziniec Wawelski

Kraków, Wawel

Miasto: Kraków

Miejsce: Wawel

 

środa, 07 kwietnia 2010
U św. Wojciecha, czyli spełnione marzenie małego poganina!

U św. Wojciecha, czyli spełnione marzenie małego poganina!

Kura dyktuje warunki. Nie zawsze oczywiście, ale ma prawo decydować o tym, co chce usłyszeć do poduszki. Obecnie Kura preferuje: Calineczkę, czasem Smoka Wawelskiego, pasjami wracamy do mądrego Pana Kuleczki. Czasem jednak trzeba coś więcej dać z siebie! Zaśpiewać np. o zielonym sklepie z Grodzkiej na melodię „W stepie szerokim…”. A czasem Kura życzy sobie opowieści z życia… jak to dzielnie zniósł wizytę u pani doktor, albo o małym, białym kościółku, do którego nie mógł wejść, bo nie miał zaproszenia. Pamiętliwy jest!

Dwa tygodnie temu mieliśmy piękne wiosenne intro. Umówiłyśmy się z „D”, że zabierzemy dzieci na Rynek. Brać wózki czy nie brać? Oto dylematy matek. Do autobusu 130 – wiecznie zatłoczonego i raz na jakiś czas niskopodłogowego, ciężko będzie się dostać.
Kura ubrany, wsadzony w wóz. Ze szczęścia przebiera nogami. Po pierwsze: spotka się z „A”, po drugie: „jedzies na Lynek”. Pędzimy po bilet. Pokonujemy krawężnik i wózek pęka. Drugi raz, w tym samym miejscu. Nowy stelaż. Obciążenie prawidłowe. Kura waży jak kura – 13,5 kg. Wracamy żeby zostawić wózek. Problem rozwiązany. Dzwonię do „D”, że wózek zostaje. Ruszamy na pieszo na spotkanie dziewczyn. One też mają pecha. Pęka ucho od utorbienia, więc konieczna wymiana z przepakowaniem. Docieramy na przystanek. Czekamy jednak ponad 15 minut. Kura wie, że przyjedzie niebieski, Kura wie, że w Warszawie jeżdżą czerwone. Przyjeżdża zatłoczony, ale miłe ludziska miejsca ustępują. Jakby ludziska nie ustąpiły same, to matka by głośno i wyraźnie przeprosiła (polecam wszystkim mamom - z lubości lub konieczności - podróżującym autobusem – upatrzonej „ofierze” spojrzeć w oczy i personalnie powiedzieć: przepraszam, chciałabym tutaj usiąść!!!) Wiadomo, z dzieckiem na ręku niebezpiecznie, na podłodze przy nodze nie postawisz, bo zadepczą.
Kura coś jeszcze dywaguje, ale w okolicach zatłoczonego Kleparza schodzi. Głowa wisi, włosy pieją, a ja truchleję. Za nic się nie obudzi!
Wysiadamy na Pawiej. Kura wisi na rękach mimo próśb i obietnic. Obietnica była taka – jedziemy na Rynek, ale wejdziemy do Smyka po nowiutką, żółtą ciastolinę. Kura nadal śpi. Na szczęście w galerii odmyka na chwilę oko i ożywa. Dobiega go szum fontanny i już przebiera trampkami. Potem „Smyk”, wybór ciastoliny, kilka razy wędrówka przez tunel i co za tym idzie - kilkakrotny zjazd do basenu z piłkami. Wywabiamy dzieci z galerii i Szpitalną udajemy się na Rynek. Kura na przysłowiowego „barana”. Gonitwy wokół Mickiewicza, karmienie gołębi dopiero, co zakupionym preclem, którego tylko kawałek zniknął w paszczęce Kury. Dziewczyny udają się po napoje, a pamiętliwy Kura biegnie w kierunku małego, białego kościółka, do którego nie mógł wejść w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia. Nie mógł wejść, bo odbywał się tam ślub, a u Kury ani kwiatów ani zaproszenia.

Kościół św. Wojciecha - malowniczy i malutki położony u wyjścia na Grodzką. O patronie matka nasłuchała się w głębokim dzieciństwie. Salka katechetyczna jeszcze wtedy poza murami szoły, w środku pomalowane na sraczkowato ławki bez oparć i ksiądz „F” - gruby i rozpostarty na krześle, nim rozdzielił żółty ser z darów, długo i namiętnie mógł o nim rozprawiać, bo rodzinna parafia matki na podłódzkiej wsi, pod tym samym wezwaniem. A że to pierwszy męczennik polski, choć człek pochodzący z Czech, a że Chrobry wykupił jego ciało za wagę złota, a że pochowany w Gnieznie. Jedna z legend głosi, iż to właśnie spod wówczas, drewnianego kościółka usytuowanego na południowym krańcu krakowskiego Rynku, wyruszył Wojciech na swą ostatnią misję do Prus.
Najstarsze romańskie relikty sięgają X wieku. Dziś możemy podziwiać XII wieczną romańską bryłkę, przypominającą zaledwie kaplicę na planie kwadratu, przebudowaną w dobie – a jakże - baroku. Kura na pewno podziwia  biel otynkowanych częściowo ścian kościółka kontrastujacych z piękną barokową kopułą z latarnią, oraz nowym portalem. Stary prowadzi do podziemi, gdzie prezentowane są dzieje Rynku z jego strukturalnymi zmianami. Zwarty w bryle, na planie kwadratu z prostokątnie zamkniętym prezbiterium, dobudowaną kaplicą i niszami. Matka takie kościółki nazywa pieszczotliwie „bombonierkami”.

 
Kura biegnie, co tchu ku drzwiom. Ślepnie po wejściu z zalanego słońcem placu do ciemnego małego pomieszczenia. Kościół wygląda zachęcająco dla niepełnosprawnej osoby. Niby łatwy do pokonania, a jednak trudny. Wąskie drzwi, próg, schodek w dół.

Tym czasem Kura usiłuje się przeżegnać patrząc na mnie. Pomagam mu bezgłośnie, bo wiem, że wraz z plaśnięciem łapek padnie bardzo głośne i żywiolowe „amen”. Jedyny świadek religijnych zapędów Kury, odwraca siwą głowę. Na szczęście siwa głowa nie wie, że to mały, nieochrzczony poganin. Zaglądamy w oko błękitnej kopuły. Mały nieochrzczony poganin nie wie, że z tęczowej belki spogląda na niego Chrystus z „prawdziwymi” włosami! Jest dość ciemno więc jak bardzo Kura chciał wejść, tak bardzo chce wyjść. Siada na pobliskim murku i zjada lunch – szarlotkę domowej roboty. Dziewczyny wracają z napojami, a potem powoli czałapiemy na obiad. Kura zajmuje wygodną pozycję na matczynych barkach i nie wie, ze za 18 dni zatrzyma się na dwie noce w pewnej podłódzkiej wsi i pójdzie obejrzeć drewniany kościółek pod wezwaniem św. Wojciecha.

Kiepskie zdjęcia św. Wojciecha

Kościół św. Wojciecha, Kraków

Kościół św. Wojciecha, Kraków

Miasto: Kraków

Miejsce: Kościół św. Wojciecha, Rynek Główny


 

piątek, 12 marca 2010
Kura, św. Andrzej i Frantic

Kura, św. Andrzej i Frantic

Matka nie wie, dlaczego wiesza się na nim psy, a wiesza się. Psioczy się, że taki piękny, romański, obronny, a w środku rozczarowanie, bo barok. I czemu się tak tego baroku nie lubi? Bo sprofanował tyle piękniejszych miejsc? Bo chciałoby się po wejściu do kościoła romańskiego zobaczyć wystrój romański, nietknięty przez zmieniającą się modę. Dziś dostaje się w spadku mieszkanie z kuchnią, którą należałoby wpisać na listę UNESCO. Nikt się jednak nie zastanawia. Wymienia się podłogę, instalację, a potem po meble do IKEA. Nasze czasy unicestwiają architektoniczne gwiazdy modernizmu. Na łamach gazet wybuchają dyskusje – skuwać mozaikę na Biprostalu, czy nie skuwać. Inwestor myśli o ekonomii, chce ocieplić budynek, środowiska twórcze pieją o niewątpliwych walorach artystycznych tej 55 metrowej mozaiki.
Inne czasy, inna skala, ale pobudki podobne.


Latem kościoły krakowskie bywały dla nas wybawieniem od upału. Bywały oazą cienia i spokoju świętego. Jeśli tylko matka  naobiecuje łazikowanie po schodach, to Kura cierpliwie w wózku jedzie przez 40 minut chrupiąc pieczywo ryżowe. Dziś o obiekcie, którego sylwetka widoczna z rynku zapowiada spotkanie z architekturą romańską. 

Grodzka 54. Teren dawnej średniowiecznej osady – Okół, który stanowił podgrodzie, ale są też wzmianki, że Okół posiadał przez chwil parę osobiste prawa miejskie.  Po ostatnią ćwierć XI wieku mecenat należał do władcy lub władz kościelnych. Kościół św. Andrzeja natomiast, powstał po 1086 r z inicjatywy bogacącego się na fali feudalizmu wojewody krakowskiego – Sieciecha i stanowi skromny, lecz jeden z najlepiej zachowanych obiektów tamtych czasów. Przy kościele św. Andrzeja nie ma tłumów. Raz po raz zachodzi tu pojedynczy turysta. Pod murem klasztornym akordeonista wygrywa motyw z Frantica, którego matka początek widziała razy kilkanaście, ale nigdy końca.
Kura oswobodzony. Są upragnione schody. Wiodą nas przewrotnie w dół, sprowadzając do średniowiecznego poziomu, skąd trumno jednak podziwiać zmasowane i ciężkie piony budowli. Kościół wydaje się być makietą, zawierającą wszystkie elementy wielkich bazylik. Staranny, dwubarwny wątek ciosanego kamienia podnosi walory, ale nie pozwala zapomnieć o funkcjach obronnych, o których świadczą wysoko umieszczone otwory okienne oraz mury o grubości 1,6 metra. Masywność fasady łagodzi trójdzielne okno, które przygotowuje widza do ażuru strefy wieżowej. Liczne otwory okienne w ośmiobocznych wieżach i dodane w okresie baroku chełmy stanowią kontrast dla surowego dołu. Kontrast ten najbardziej jednak widoczny jest po wejściu do środka. Kura z lękiem patrzy na ciemny otwór, wiedziony jednak naiwną, dziecięcą ciekawością decyduje się przekroczyć próg. Matka widzi jak staje przed masywną kratą i zadziera głowę w stronę wpadającego światła. Około 1320 r. kościół i przyległe tereny pozyskują klaryski – zakon o surowej regule. Budują na tyłach klasztorne budynki a potem od reszty świata odgradzają się masywną kratą, przez którą matka pstryka fotę barokowym cudeńkom Fontany. Kura wybiera jednak naturalne światło i kontempluje dzień długo biegając po schodach, a potem stojąc w bramie gapiąc się na przechodniów. Matka natomiast siedzi na schodku i patrzy czy potomstwu nie dzieje się krzywda i czy potomstwu nie zaświta nagle myśl, aby ruszyć przed siebie. Owszem taka myśl zaświtała.

To kolejny kościół niedostępny dla niepełnosprawnego. Matka wprawdzie wciąga wózek za próg bramy ale, ustawia go w widocznym miejscu przed schodami. Klaryski niedostępne i Fontana niedostępny.

Św Andrzej z Grodzkiej

Kościół św. Andrzeja, Kraków, Grodzka 54

Barokowy portal a w nim Kura

Kościół św. Andrzeja, Kraków, Grodzka 54

Cudeńka Fontany

Kościół św. Andrzeja, Kraków, Grodzka 54

Kontenplacja Kury na progu

Kościół św. Andrzeja, Kraków, Grodzka 54

Miasto: Kraków

Ulica: Grodzka 54

Miejsce: Kościóół św. Andrzeja

czwartek, 22 października 2009
Rekiny biznesu czyli Ora et labora!

Ora et labora

Skoro zamawiamy pizzę oznacza to, że mamy więcej czasu, bo obiadu nie trzeba gotować. Prosto z kopca jedziemy zatem do Tyńca.

Doskonale pamiętamy, kiedy byliśmy tam ostatnio razem. Był to słoneczny niedzielny dzień 3 kwietnia 2005 roku. Jeden z najbardziej kontemplacyjnych poranków w Polsce. Poranek po śmierci Jana Pawła II. Minęło zatem trochę czasu, a odległość przecież tak niewielka – jakieś 12 km od centrum Krakowa. Kiedyś wybrałam się tam na wycieczkę rowerową. Odległe czasy. Kupiłam sobie w przydrożnym sklepie paczkę  Corn Flakes z miodem i zżarłam siedząc na trawie oparta o rozsypujący się mur.
Kura jest tu po raz pierwszy. Mur odrestaurowano pięknie jak i całą resztę klasztornego gospodarstwa - tfu – kompleksu!
Benedyktyni (najstarszy katolicki zakon) przybyli do osady w połowie XI wieku i z ramienia Kazimierza Odnowiciela zostali osadzeni w Tyńcu.
Na naturalnie ukształtowanym skalistym terenie, tuż nad Wisłą, wznoszono po kolei zabudowania drewniane, a następnie kamienne i wraz z upływem wieków dodawano kolejne elementy podkreślając obronny charakter klasztoru –  gruby mur, wieże, blanki, strzelnice, niewielki zamek, który po utracie znaczenia obronnego stał się najzwyklejszym domem opata. Trójnawowa romańska bazylika, której fragmeny pozostały do dziś, wraz ze zmieniającymi się epokami pozyskiwała nowy wystrój – najpierw gotycki (część prezbiterialna), a ostatecznie barokowy (nawa główna) z rokokowym ołtarzem z czarnego marmuru i piekną amboną.
Jak to zwykle bywa, klasztor to podupadał to się podnosił. Pierwszy rozbiór i zabór austriacki – zamknięcie. Po pożarze w 1831 klasztor opustoszał na sto lat i dopiero po zakończeniu wojny zaczęto jego powolną, systematyczną odbudowę. Dziś jest jednym z najbogatszych klasztorów w Polsce. ORA ET LABORA!!!
Kurka zdołał po drodze z kopca zasnąć, ale trzeba go było perfidnie obudzić, bo wózek został w domu. Nie ma z tym problemu. Senny jeszcze zostaje wtłoczony do nosidła żeby na dobre się obudzić w tunelu, czyli sklepionej bramie wiodącej na dziedziniec. Dziedziniec mimo niedzieli nie jest zatłoczony. Unosi się nad nim duch biznesu. Oj można się od braciszków przedsiębiorczości uczyć… Mamy tu oprócz pięknie odrestaurowanych zabytkowych budowli dwie restauracje, centrum konferencyjne, i świetnie prosperujący sklep (również on line) z wiktuałami opartymi na recepturach z benedyktyńskiego zielnika. Kupujemy smalczyk ze skwarkami (bdb), nalewkę od siedmiu boleści oraz muffinka. Muffinek z posmakiem piernika, znika w gardle Kurki w okolicach zabytkowej studni z XVII. Studnia i jej altanowa forma bardzo się podoba Kurce. Nawet nie wspominamy o jej głębokości żeby nie prowokować ochoty.

Z toalet nie korzystaliśmy, ale jak donoszą organizatorzy tegorocznej akcji: „Miejsce przyjazne dzieciom” to jedyny klasztor w Krakowie posiadający w toalecie przewijak!!! Organizuje się tu również warsztaty edukacyjne dla dzieci w wieku szkolnym – cena około 18 - 26 zł.

http://www.benedyktyni.eu/index.php?option=18&action=articles_show&cat_id=185&art_id=567&menu_id=492&page=291&lang=pl

Dziedziniec w jesiennym słońcu

Klasztor w Tyńcu

Fasada kościoła św. Piotra i św. Pawła

Klasztor w Tyńcu

Studnia i jej ciekawa konstrukcja - bez użycia gwoździ

Klasztor w Tyńcu

Wnętrze, nawa główna z ołtarzem

Klasztor w Tyńcu

Miejsce: Klasztor w Tyńcu

 

niedziela, 23 sierpnia 2009
O ogrodowym wężu, Paulinie z obrazkiem i śmierdzącej sadzawce.

Skałka

Biały habit smukłego Paulina zrobił na Kurze wrażenie. Stanęli na przeciw siebie i popatrzyli sobie w oczy. Paulin nie mógł chyba znieść tych kilku sekund sama na sam z dzieckiem, więc stwierdził, że przyniesie dziecku obrazek. Zniknął w krypcie będącej narodową nekropolią a kiedy wrócił, Kura już był w połowie schodów wiodących do kościoła. Wnętrze kościoła dość mroczne i nie zachęca Kury do eksploracji. Wchodzi niepewnie. Barokowy przepych ołtarza na chwilę zwabia jego spojrzenie, ale zaraz pada sakramentalne „uż”. Schody są dla niego wciąż najciekawszym elementem i to nimi zwabiam Kurę na Skałkę, kościelną "schodową twierdzę” położoną na wzgórzu nieopodal Wawelu.

Najpierw pogańska górka, potem kolejne chrześcijańskie kościoły prosperujące raz lepiej raz gorzej. To tutaj w 1079 roku z rozkazu Bolesława Szczodrego zostaje zamordowany biskup krakowski Stanisław. W XV wieku osiedlają się Paulini, lecz o pierwszych klasztornych zabudowaniach wiadomo niewiele. Obecny klasztor, barokowy pochodzi z XVII wieku i stanowi zwartą bryłę chroniącą wszystkich chętnych przed skwarem, zgiełkiem miasta i turystami. Wchodzimy od strony Wisły gdzie wybudowano podjazd dla wózków. Od razu odwiedzamy sadzawkę św Stanisława. Według legendy tutaj właśnie porzucono rozczłonkowane ciało biskupa. Sadzawka barokowo – malownicza, ale nieco śmierdząca.
Wchodzimy wreszcie na upragnione schody, gdzie piknikujemy zjadając drożdżówę. Wózek zostaje na dole. Do ogrodów niestety wejść nie można, ale i tak panuje tu przyjemna cisza. Niewielu turystów. Szkoda tylko, że teren za sadzawką zagospodarowano w zeszłym roku ustawiając „Ołtarz Trzech Tysiącleci”. Wprawdzie w Krakowie nie da się budować nowych rzeczy nie wtapiając ich w stare, ale czy nie szkoda tej kontemplacyjnej przestrzeni na pomniki?
Kura nie marszczy czoła na ten widok, ale biega adorując węża ogrodowego. W międzyczasie strzela kupę niebagatelnej wielkości a ja – matka polka – zapomniałam dopakować pieluszki do bagażu. Porzuciwszy zatem skałkowego węża ogrodowego, ruszamy co tchu na poszukiwanie sklepu z pieluchami. Mój kontemplacyjny nastrój opada, unosi się za to biały balon z turystami, którzy mają szansę zerknąć do klasztornego ogrodu.

Bazylika św. Michała Archanioła a jednocześnie Sanktuarium Męczeństaw św. Stanisława na Skałce

 

Skałka, Kraków

Skałka, Kraków

Rzut na sadzawkę i nieszczęsny ołtarz w tle

Skałka, Kraków

Wąż ogrodowy

Skałka, Kraków

Miasto: Kraków

Ulica. Skałeczna

Miejsce: Bazylika św. Michała Archanioła a jednocześnie Sanktuarium Męczeństaw św. Stanisława na Skałce

piątek, 21 sierpnia 2009
Cmentarz przy Miodowej

Cmentarz przy Miodowej

Pewnie, że są miejsca przyjemniejsze na spacery z dzieckiem niż cmentarz. Na oswajanie ze zjawiskiem śmierci przyjdzie jeszcze czas. Wiadomo, nie wszystkie cmentarzyska na spacer się nadają i nigdy bym Kury nie zabrała na cmentarz, który przez przypadek miałam okazję zobaczyć gdzieś w okolicach Kurozwęk, sto lat chyba temu. Są jednak takie, które w swej naturze będąc cmentarzami, są jednocześnie zabytkiem, pomnikiem, źródłem wiedzy historycznej, atrakcją turystyczną czy inspiracją dla wszelkiej pracy twórczej. Dziś Kura nie uszanowałby należycie tego miejsca, zdarłby z głowy jarmułkę w sekundę po założeniu. Nie utrzymałabym też go zbyt długo w wózku w miejscu, w którym nic się nie dzieje. W miejscu, gdzie panuje cisza, spokój i wieczne odpoczywanie. Kiedy jednak rok temu odwiedza nas „T” ruszamy alejkami podziwiać cmentarz żydowski przy Miodowej.
Docieramy tu po całym dniu łażenia po Kazimierzu. Mijamy ciągle działający dom pogrzebowy. Jakaś kobieta prosi aby „T” założył jarmułkę. Własnej rzecz jasna nie posiadamy ale to nie problem. Można wypożyczyć. Ruszmy w głąb mijając pomnik pamięci ofiar  Holocaustu. Zatapiamy się w przyjemny chłód korzystając z cienia. Kura śpi i ani drgnie. Nic mu tu snu nie mąci. Nie ma szczekających psów, nie ma rozwrzeszczanych dzieci, do których w tym rok dołączył. Nie mamy przewodnika, więc wędrujemy bez ładu i składu podglądając poprzewracane, omszałe macewy. Trudno uwierzyć,  że wiele z nich w czasie wojny stała się materiałem budowlanym, a niektóre posłużyły za chodnik w obozie pracy w Płaszowie. Dziś dokonuje się wielu renowacji. Odzyskane płyty wmurowano w ogrodzenie lub ponownie ustawiano wśród wybujałej zieleni. Trudno uwierzyć, że zaistniało coś takiego jak Holocaust...

Może kiedyś książka „Gęś, śmierć i tulipan” pomoże Kurze zmierzyć się ze zjawiskiem śmierci?

Macewy

Cmentarz przy Miodowej, Kraków

Cmentarz przy Miodowej, Kraków

Fragment jednego z nagrobków

Cmentarz przy Miodowej, Kraków

Miasto: Kraków

Ulica: Miodowa

Miejsce: Cmentarz żydowski

piątek, 05 czerwca 2009
Pięć rzymskich dni - ostatnia niedziela

Pięć rzymskich dni - kilka kościołów

Ostatni dzień poświęcamy kościołom. Bardzo chcę kilka zobaczyć. Obieramy odpowiedni kierunek zaraz po spakowaniu się i umieszczeniu bagażu w przechowalni recepcji hotelowej. Nie ma zatem możliwości powrotu do pokoju a wylot dopiero wieczorem. Mamy też mały dramat: skończyło nam się mleko dla Kury. Nie myśleliśmy, że w sercu Europy kupienie mleka „Nestle Nan 3” będzie tak olbrzymim problemem. Jest niedziela, szukamy dyżurujących aptek i sklepów gdzie moglibyśmy zakupić ten drogocenny, biały proszek. Po drodze mijamy pozamykane apteki(te, które mają neon głoszący otwarcie, też są zamknięte) i sklepy, w których mleka nie uświadczysz. Mijamy barokowy Palazzo Barberini do wyglądu którego, swoją rękę przyłożyli lubiący się, czy też nie, najwięksi tamtych czasów: Bernini, Borromini i Maderna. Nie mamy czasu oglądać wspaniałych zbiorów, ale zaglądamy na dziedziniec. Kurze najbardziej podoba się fontanna, nam spokój.
Pierwszym kościołem, do jakiego zaglądam jest pobliski San Carlo alle Quattro Fontane. Borromini nie miał najłatwiejszego zadania. Kościół powstał na niewielkiej, niezgrabnej parceli a swym rzutem przypomina sylwetkę pszczoły. Szybko zaglądam tu sama, bo wejście jest dość nieznośne. Najpierw schody, zaraz potem ciężkie drzwi a za nimi następne. Chłopcy nie są tak bardzo zainteresowani, więc zostają podziwiając na tym najwyżej położonym na Kwirynale skrzyżowaniu, cztery fontanny (z XVI w). Stąd już widać nasz główny punkt wyprawy: Santa Maria Maggiore. Mleka nie ma!
Santa Maria Maggiore choć ma fasadę z XVIII wieku, kryje w środku jedno z lepiej zachowanych bizantyńskich wnętrz. Wchodzimy do środka mimo odbywającej się mszy. Zgodnie stwierdzamy, że tutaj odnaleźliśmy niepowtarzalny nastrój. Piękny śpiew towarzyszący mszy, kadzidła i mozaiki wprowadzają nas do innego świata. Kura śpi, to dobrze. Wymęczy go reszta dnia i zaśnie w samolocie. Podchodzimy bliżej, żeby przyjrzeć się mozaikom na łukowym sklepieniu. Aż dziw, że zachowały się w tak znakomitym stanie do dnia dzisiejszego. Mistycyzm miejsca pryska zaraz po wyjściu na światło dzienne. Odwiedzamy jeszcze szybko kościoły Santa Pudenziana i Santa Prassede. W tym ostatnim zatrzymujemy się dłużej, aby zobaczyć kaplicę z mozaikami pochodzącymi z IX w. Przed nami jeszcze bazylika San Giovanni in Laterano, która łączy w sobie elementy różnych epok. Tutaj również trwa msza. Tłum uniemożliwia dokładniejsze obejrzenie budowli. Na zewnątrz trwa jakiś festyn rolniczy, więc Kura pozyskuje zielony balonik, który tak jak ten z ogrodów Borghese, szybko ulatuje w powietrze.
Mleka nie ma!
Ostatnie rzymskie chwile spędzamy, rozkoszując się południowym słońcem, nieopodal Forum Trajana. Jedno z bardziej podupadłych po działaniach Mussoliniego. Po ogromnej Basilica Ulpia pozostało kilka uszkodzonych kolumn a 39 metrów kolumny Trajana robi wrażenie, choć z daleka misternych reliefów raczej nie widać. Resztę czasu trwonimy na poszukiwanie mleka.
Ruszamy jeszcze w kierunku Piazza Navona, bo tam zarejestrowałam kątem oka sklep z artykułami dziecięcymi. Zamknięty. Mąż udaje się do dyżurującej apteki w okolicach Palazzo Barberini i "zmusza" do wykonania telefonów do wszystkich dyżurujących aptek w okolicy. Mleka nigdzie nie ma! Ze strachem udajemy się na lotnisko. Spodziewamy się najgorszego, czyli przeszywającego serce płaczu podczas całego lotu. Tuż przed odprawą decydujemy, że Kura dostanie kaszkę. Zjada ją ze smakiem w ilości większej niż zazwyczaj. Na lotnisku (Fiumicino) jest toaleta z przewijakiem. Trzeba jej chwilę poszukać, bo znajduje się w innym miejscu niż pozostałe. Znów tłumy przepychające się do wejścia. Nie chce nam się walczyć o miejsca z przodu. Najważniejsze jest jednak to, że Kura wspaniale zniósł cały lot, czym zaskoczył nie tylko nas. W nagrodę dostaje pluszowego misia, który otrzymuje imię "Wizzair"!

Palazzo Barberini

Palazzo Barberini, Rzym

San Carlo alle Quattro Fontane

San Carlo alle Quattro Fontane, Rzym

San Carlo alle Quattro Fontane - sklepienie

San Carlo alle Quattro Fontane

Santa Maria Maggiore

Santa Maria Maggiore, Rzym

Santa Maria Maggiore - wnętrze

Santa Maria Maggiore, Rzym

Mozaiki z Santa Prassede

Santa Prassede, Rzym

Santa Prassede, Rzym

Forum Trajana

Forum Trajana, Rzym

Miasto: Rzym

czwartek, 28 maja 2009
Pięć rzymskich dni – Przez Campo de’ Fiori do Il Gezu

W japońskim stylu!

Pogoda zaczyna stroić miny. Czasem wyjrzy słońce, ale wyraźnie pochłodniało. Zabieramy folię na wózek i bardzo rozsądnie. Planujemy długi spacer.
Kierujemy się świtem rankiem w stronę Teatro di Marcello. Budowlę tę zaczął wznosić Cezar a dziś służy ku pokrzepieniu serc. Odbywają się tutaj letnie koncerty. Mijając stare mury ruszamy, aby zobaczyć teren dawnego żydowskiego getta powstałego z inicjatywy papieża Pawła IV w XVI wieku! Dziś pozostało tylko kilka sklepików rzeźniczych, restauracje koszerne oraz ogromna synagoga, której po zamachu 1982 r. przez całą dobę strzegą karabinieri.
Zaglądamy na Isola Tiberiana przechodząc przez Ponte Fabricio (najlepiej zachowany starożytny most - pochodzący z 62 r. p.n.e.) Na wyspie jest cicho i spokojnie. Gdyby nie to, że Kura nie znosi bezruchu posiedzielibyśmy tu dłużej.
Jak japońscy turyści zaglądamy też do kościoła Santa Maria in Cosmedin, gdzie znajdują się słynne Usta Prawdy (Bocca della Verita). Kolejka żeby zrobić sobie z nimi zdjęcie jest szalona. Chcemy je uwiecznić, ale nie koniecznie z wepchniętą doń reką. Czekamy, pstrykamy fotę tej antycznej pokrywie kanału, kiedy nikt przy niej nie stoi i wychodzimy na złudnie świeże powietrze.
Wszyscy byliśmy na Campo de’ Fiori już w szkole średniej. Wiersz napisany Wielkanocą 1943 roku, niesie okrutną wizję. Mimo, że za poezją - nie tylko Miłosza - nie przepadamy idziemy zajrzeć na ten dla nas słynny plac. Zwykły targ owocowo – warzywny. Cukinia po 3 Euro z kilogram, Peperoni po 3,90. Miejsce gdzie dokonywano publicznych egzekucji. Tu spalono na stosie Giordano Bruno, którego posępny pomnik góruje nad parasolami przekupek. Ma się na deszcz. Marudzę.Bardzo chcę jeszcze zajrzeć do Il Gezu, ikony stylu barokowego, który posłużył jako wzór dla krakowskiego kościoła jezuickiego - św. Piotra i Pawła przy Grodzkiej. Stoimy przy przejściu dla pieszych. Zaczyna mocno padać. Kura zafoliowany. Biegniemy do Il Gezu gdzie nie tylko my znajdujemy schronienie. Na sklepieniu kopuły oglądam wspaniałe malarstwo iluzjonistyczne. Plątanina ciał i draperii, która za chwilę może runąć w dół. Pod kopułą ustawiono lśniącą taflę lustra. Ne trzeba zadzierać głowy.
Kura wypuszczony na wolność wspina się po schodach konfesjonału. Godzinę czekamy na zmianę pogody.

Teatro di Marcello

Teatro di Marcello

Dawne żydowskie getto

Dawne getto, Rzym

Ponte Fabricio pochodzący z 62 r. p. n.e.

Ponte Fabricio, Rzym

Bocca della Verita

Bocca della Verita, Rzym

Campo de' Fiori

Campo de'Fiori, Rzym

Cukinia po 3 Euro, peperoni po 3,90

Warzywa z Campo de' Fiori

Il Gezu

Il Gezu, Rzym

Miasto: Rzym

 


 

środa, 27 maja 2009
Pięć rzymskich dni – Watykan

Czterdzieści sekund!

Tak! Wywieźliśmy dziecko do Skawiny w niedzielne przedpołudnie. Tak! Pierwsze wolne niedzielne popołudnie odkąd Kura jest na świecie. Tak! To już 20 miesięcy! Poczuliśmy się wspaniale. Tak! Poszliśmy do kina! Tak! Na Amerykańską super produkcję! Tak! Znaleźliśmy się w innym świecie! Tak, w Rzymie! Panteon z lotu ptaka! Tak, wygląda równie wspaniale. Tak! W roli głównej Watykan. Tak! Anioły i Demony!

Na Watykan poświęcamy jeden dzień. Wiemy, że to za mało. Od hotelu to jakieś pół godziny pchania wózka. Kura zasypia po drodze, choć to jeszcze nie jego pora. Jest zmęczony tą podróżą. Ciągle się włóczymy nie pozwalając mu na zbyt wiele swobody. Ma do wyboru albo wózek albo nasze ramiona. Zwykle nie gardzi tym drugim, ale po kilku dniach ma dość i nas i wózka.
Naszym oczom ukazuje się Castel Sant’Angelo. Wchodzimy na most udekorowany statuami aniołów projektu Berniniego. Od dawna widać już fasadę Bazyliki Świętego Piotra. Szeroką (dzięki Mussoliniemu) Via della Conciliazione docieramy do owalnego Placu Św. Piotra, który zaprojektował modny wówczas Bernini. Bez zastanowienia ustawiamy się w kolejce, która sięga drugiego krańca placu. Zdążymy wszystko pooglądać przesuwając się jednocześnie coraz bliżej wejścia. Na zmianę spacerujemy ze śpiącym Kurą. Oglądamy z podziwem tę ogromną, owalną przestrzeń ograniczoną cztero rzędową kolumnadą z attyką zwieńczoną 140  posągami świętych. Kluczymy pomiędzy dwoma fontannami oraz egipskim obeliskiem stanowiącym centralny punkt owalu. Docieramy do bramek. Okazuje się, że oprócz odpowiedniego stroju zakrywającego ramiona i kolana nie można wjeżdżać wózkiem i należy zostawić go w przechowalni wraz ze wszelkimi plecakami i torbami. Wózek zatem zostaje, a Kura obudzony lecz nieprzytomny ląduje w ramionach. Każdy rodzic wie, że nie ma nic gorszego niż niedospane dziecko.
Bazylika… któż się za nią nie wziął… same znane nazwiska poszczególnych epok! Najpierw Bramante – ruinante, któremu powierzono odbudowę walącej się bazyliki z czasów Konstantyna. Po jego śmierci za bazylikę zabrał się Rafael wraz z Sangallo, Peruzzi, Sangallo młodszy, wreszcie Michał Anioł, Ligorio, Vignola, Giacomo della Porta, Domeniko Fontana, Giovani Fontana, Maderna. Ile person tyle koncepcji. Ten by chciał plan centralny, ten podłużny, tamten umiera, tamtemu zabrakło pieniędzy. W konsekwencji mamy bazylikę o wydłużonym kształcie z fasadą projektu Maderny a kopułą projektu Michała Anioła, którą kończy Giacomo della Porta. W środku mimo setki turystów, jest czym oddychać. Dominuje Bernini. Swój baldachim nad ołtarzem wykonuje z brązu pozyskanego z Panteonu – barbarzyńca. Na podłodze nawy głównej umieszczono plakietki umożliwiające porównanie długości Bazyliki z innymi kościołami na świecie. Jest też nasz niewielki jak się okazuje, największy kościół halowy, czyli bazylika NMP w Gdańsku. Kura się klei, to przysypia to się budzi. Wracamy po wózek i kierujemy się w stronę wejścia do Muzeów Watykańskich. Lekko kropi ciepły deszcz.
 

Muzea Watykańskie.

Nie wyobrażam sobie żeby nie spróbować zobaczyć. Żeby nie wejść do Kaplicy Sykstyńskiej, której freski, co prawda znam, ale nie potrafię wyobrazić w przestrzeni.
Bilet – 14 Euro, na bilecie fragment fresku Rafaela. Jestem wyraźnie poruszona, mąż zmęczony, Kura niechętny do współpracy. Ruszamy długą galerią rozglądając się w lewo i w prawo. Nie ma czasu na przystanki, jeśli chcemy zobaczyć to, co dla nas najważniejsze. Tłumy. Poszukiwanie windy. Wreszcie upragnione Stanze Rafaela. To trzy, połączone amfiladowo papieskie apartamenty. Ciemno tu mimo otworów okiennych. Z Kurą na ręku oglądam „Szkołę ateńską”. Jestem zaskoczona małymi rozmiarami, choć u podstawy ów fresk liczy 770 cm. Kura nieco wystraszony duszną atmosferą wymusza szybkie ogarnięcie reszty. Ruszamy ku Sekstynie. Schody z sal Rafela prowadzą ku kaplicy, ale my się cofamy do windy. Nie jest łatwo przedzierać się z wózkiem pomiędzy oszołomionymi zwiedzaniem ludźmi. Zniecierpliwienie Kury sięga zenitu. Pomimo zakazu rozmów (przewodnicy zobowiązani są do opowiada o kaplicy przed zwiedzaniem) jest gwarno i duszno. Kurze nie odpowiada już żadna pozycja, ani w wózku ani na rękach do góry nogami. Uruchamia się i wrzeszczy w niebogłosy. Efekt. W kaplicy Sykstyńskiej jesteśmy równo 40 sekund!
Wydostajemy się na zewnątrz, na jeden z trzech dziedzińców – Cortile della Pigna. Piękny zalany słońcem teren uspokaja Kurę, który zostaje przewinięty i postawiony do pionu koło ławki. Jego uwagę przykuwa ogromna, ruchoma, nowoczesna rzeźba z brązu w kształcie kuli. Tyle zwiedzania! Idziemy na watykańską stołówkę zjeść pastę.
Podsumowując:
Nie ma się co bać kolejki do Bazyliki, sprawnie i szybko dobrniecie do celu!
Z wózkiem nie da się wjechać! Śpiące w najlepsze dziecko trzeba wyciągnąć a wózek zostawić w przechowalni wraz z bagażem.
W toaletach watykańskich są przewijaki!
W muzeach są windy!
Trzeba będzie tu jeszcze kiedyś wrócić!

Pocztówki z Watykanu:

Castel Sant'Angelo

Castel Sant'Angelo, Rzym

Anioły Berniniego

Anioł Berniniego

Anioł Berniniego

Widok Bazyliki z Ponte Sant'Angelo

Bazylika św. Piotra, Rzym

Pięciu ze stu czterdziestu

Watykan, figury świętych na kolumnadzie

Trochę mrocznego klimatu

Wnętrze Bazyliki św. Piotra, Rzym

Wnętrze Bazyliki św. Piotra, Rzym

Wnętrze Bazyliki św. Piotra, Rzym

Kaplica Sykstyńska z zaskoczenia

Kaplica Sykstyńska

 

 

Miejsce: Watykan

niedziela, 05 kwietnia 2009
Proszę księdza! To nie smok! To krokodyl z Ikei"

Dziecko w kościele!

Za tydzień najważniejsze dla chrześcijan święta. W nich zawarty jest cały sens wiary, czyli wiara w Zmartwychwstanie. Niedzielę palmową przesiedzieliśmy z Kurą wprawdzie w piaskownicy, ale tydzień temu postanowiliśmy pójść do kościoła zaspokoić ciekawość, jaką wzbudziły w nas „D” i jej córeczka „A”. Dziewczyny dowiedziały się, że w bazylice Najświętszego Serca Pana Jezusa przy ul. Kopernika (duży kościół z wieżą udekorowaną rzeźbami Ksawerego Dunikowskiego, po lewej stronie idąc od Rynku) odprawiana jest msza dla dzieci. Wiedzione ciekawością robimy wszystko, aby o 11.00 stanąć przed drzwiami kaplicy.
Do kaplicy schodzi się w dół po dość stromych schodach. Trzeba po drodze minąć wąskie drzwi, za którymi czekają kolejne stopnie. Z wózkiem trudno się dostać! Na szczęście znajdują się ofiarni mężczyźni! Kaplica duszna, ciemna i wypełniona po brzegi wiernymi. Trzeba przyjść znacznie wcześniej, aby zająć dobrą pozycję. Jest i gitara, i bębenki i śpiewający zakonnicy (Jezuici, którzy mnie kojarzą się z inkwizycją)
Przy ołtarzu tłum starszych dzieci grzecznie śpiewających pieśń na wejście. Mszę prowadzi ponury raczej ksiądz, któremu brak charyzmy (na pierwszy rzut oka oczywiście) Na szczęście to młodzi zakonnicy prowadzą dialog z dziećmi wygłaszają do nich coś w rodzaju kazania. Jeden z nich wyciąga pluszową zabawkę i podnosząc ją do góry ogłasza, że dziś będzie opowiadał o pewnym smoku. I tu padają słowa, które mnie najbardziej utkwiły w głowie:

„Proszę księdza! To nie smok! To krokodyl z Ikei”


Kura pierwsze dziesięć minut nie odzywa się słowem i bacznie rozgląda. Potem chce eksplorować wnętrze kaplicy oczywiście w kierunku przeciwnym od ołtarza. Pozwalam mu na to bo, w końcu to msza dla dzieci, czyli zgromadzili się tutaj rodzice, których pociechy kiedyś zachowywały się podobnie. Cały czas uważam na Kurę, bo o uderzenie torebką nie trudno.
Popieramy taką inicjatywę. Praktykujący rodzic na pewno chce wpoić dziecku od najmłodszych lat to, co sam otrzymał i kontynuował. Na pewno nie dziwi tutaj widok (a przynamniej nie powinien) maszerującego malucha z bananem w ręku. Lepsze to niż msza, która traktowana jest jak piknik rodzinny. Robi się coraz cieplej i coraz częściej rodzice z pociechami stoją w słońcu słuchając jednym uchem słów padających z ołtarza jednocześnie otwierając szeleszczący celofan, w który owinięty jest czekoladowy batonik. Z drugiej strony podobnych inicjatyw jest chyba niewiele i praktykujący rodzic ma prawo zabrać dziecko na mszę w myśl trzeciego przykazania.

Podsumowując:
Msza u jezuitów to świetny pomysł przede wszystkim dla starszych dzieci. Zabrakło nam słońca wpadającego radośnie przez kolorowe szybki witraży. Maluszek może się wystraszyć ciemnego, dusznego, zatłoczonego miejsca i chrześcijańskiego mruczenia przeplatanego radosną piosenką dziecięcą. Instrumenty zaciekawiły Kurę i pod koniec odważył się dotknąć bębenka, ale ja drżałam żeby inne dziecko w muzycznej euforii nie potrąciło synka. Pewnie tu zajrzymy raz na jakiś czas, ale i poszeleścimy celofanem w letnim słońcu.

Miasto: Kraków

Ulica: Kopernika

Miejsce:  bazylika Najświętszego Serca Pana Jezusa

 

piątek, 13 marca 2009
Kościoła Dominikańskiego przypadki

 O jednym dominikaninie i jego krużgankach

Przez jeden letni tydzień pełniliśmy z Kurą rolę przewodnika. Przyjechał „T”, więc wałęsaliśmy się po mieście odwiedzając miejsca, które będąc w Krakowie należy zobaczyć. Kościół Dominikanów (pod wezwaniem  Świętej Trójcy)-  przez pewien czas miałam do niego sentyment. Chodziłam tu czasami na słynne „19”. Mieszkałam wtedy na ul. Łazarza wynajmując pokój u  Pani „J”. Stare dzieje. Czar prysł bezpowrotnie. Chcieliśmy tu wziąć ślub. Szczęśliwi i zakochani poszliśmy do zakrystii porozmawiać z odpowiednią osobą. Odpowiednia osoba najpierw wymownie spojrzała na mój brzuch, a potem wspomniała, że w tym kościele ślub mogą brać tylko „udzielający” się w życiu kościoła. Kiedy z rozmowy wynikło, że ślub chcemy wziąć za rok (czyli Kury nie było wtedy nawet w planach) zakonnik spuścił z tonu, ale nas to już nie obchodziło. Poszukaliśmy sobie innego kościoła. Szkoda, że Dominikanie sprowadzeni przez Iwo Odrowąża z ziemi włoskiej do polskiej w 1222, nie wyszli nam na przeciw.

Z wózkiem czy na wózku do kościoła nie jest się łatwo dostać. Trzeba pokonać kilka stopni w dół (poziom ulic podniósł się znacznie od średniowiecza) Zastanawiam się jak to jest. Kościoły zawsze ściągały ku sobie ludzi chorych, ułomnych, niepełnosprawnych i te same kościoły ciągle ignorują ich potrzeby. Czy zamontowanie metalowych szyn to problem natury wyższej? Czy sprzeciwiają się temu konserwatorzy zabytków i historycy sztuki? A przecież kościół tak pięknie odbudowano po straszliwym pożarze w 1850 r. Tyle pięknych rzeczy jest tu do zobaczenia: w prezbiterium płyta nagrobna Kallimacha, projektu Stwosza, kaplica św. Jacka ze stiukami Fontany, kaplice Myszkowskich i Różancowa. Nie bez powodu zaciągamy tu „T”,który ofiarnie pomaga pokonać bariery architektoniczne. Było warto! W krużgankach można znaleźć wytchnienie, odpocząć od zgiełku miasta i uciec przed upałem. Zaciągamy się w ten kontemplacyjny świat oglądając płyty nagrobne, które są dla nas i płytami nagrobnymi i dziełami sztuki i tłem do zrobienia Kurze kilku fotografii.

Rzut oka na wnętrze

Kościół Dominikanów w Krakowie

Kura w Krużgankach Dominikańskich

Krużganki Dominikańskie

Miasto: Kraków

Ulica: Stolarska

Miejsce: Krużganki - najlepsze na upalny dzień

 
1 , 2
O autorze