Off-road na trzech kołach. Podróże w wersji red. Miejsce na Ziemi - Kraków - ale nie tylko.

Wpisy z tagiem: dziecko w muzeum

poniedziałek, 13 lutego 2012
Wawel Zaginiony, czyli dziecko w muzeum dla całkiem dorosłych!

Wawel Zaginiony, czyli dziecko w muzeum dla całkiem dorosłych.


Na stałą wawelską ekspozycję „Wawel Zaginiony”, nietrudno było namówić Kurę.
"Legendy Wawelskie" bardzo przypadły do Kurzego gustu. Kura czuje niedosyt. Dał się więc ponieść muzealnej fali i na tejże fali kupujemy bilety na interesującą, nawet czterolatka, ekspozycję.
Matka na wystawie była razy dwa, choć „nic dwa razy się nie zdarza”… Wiedziała zatem, jak zachęcić dziecko do obejrzenia muzeum dla całkiem dorosłego człowieka. Wystarczyło wspomnieć o krętych pomostach, porozwieszanych nad mrocznymi przestrzeniami roziskrzonymi punktowym światłem... Brzmi magicznie?

Przed wyjściem z  Centrum Promocji i Informacji, kupujemy bilety. Osoba dorosła – 7 zł, w sezonie cena wzrasta o złotówkę. Kura - jeszcze darmocha.

Szczelnie ubrani, ruszamy w kierunku budynku zamykającego od zachodniej strony dziedziniec królewski, tam gdzie latem znajduje się mało stylowa kawiarnia na wolnym powietrzu. 
Poniemiecki budynek z lat 40 XXwieku, wzniesiony na miejscu dawnych królewskich kuchni. Dziś świeżo po remoncie i zgodnie z obowiązującymi normami zbudowano piękny podjazd. Z łatwością wjedzie tu i niepełnosprawny i rodzic pchający wózek. Dalej ciężkie drzwi i jesteśmy w środku. Miła pani sprawdza datę na biletach, przedziera je i wraca do "Jolki". Zastanawiające jest to, że w naszych najważniejszych zabytkach muzealnych nikt nie prześwietla toreb. Nie ma szatni, a rozebrać się trzeba. Z betami Kury upchanymi do torby i własnymi pod pachą, idziemy zwiedzać, a matka modli się, żeby wypchaną do granic możliwości torbą, nie potrącić jakiegoś obiektu... i już matka wspomina historię słynnej greckiej wazy Francois pochodzącej z ok. 570 p.n.e, która zostaje rozbita na 638 kawałków przez strażnika zdenerwowanego napływającym tłumem...

Wózek lub duże nosidło musi zostać pod czujnym okiem pani od biletów. Pani informuje nas, że na terenie dziedzińca królewskiego jest bezpłatna przechowalnia bagażu. W muzeach na całym świecie, bagaże są skanowane, a wózki, duże torby, nosidła, muszą pozostać w przechowalni bagażu. Do Bazyliki Św. Piotra nie mogliśmy wjechać wózkiem… a Kurka tak słodko spał. W Alhambrze, która jest olbrzymim terenem, również musieliśmy pozostawić nosidło i zmęczonego Kurkę transportować od czasu do czasu na rękach.

W muzeum pusto.  Para obcokrajowców. Najpierw oglądamy makietę, pokazującą jak wyglądała zabudowa wzgórza w XVIII wieku. Kura zerka, ale jest zbyt mocno ukierunkowany na mosty. Wchodzimy do mrocznej sali. Nadwieszone chodniki prowadzą Kurze nóżki ku reliktom naszego chrześcijaństwa. Przez małe okienka wpada dzienne światło, nieśmiało oświetlające relikty najstarszej świątyni wawelskiej – Rotundę NMP. Pochodząca z ok. 1000 roku, wzniesiona na planie koła z przyległymi czterema absydami, rozglifionymi oknami, częściowo zrekonstruowana, zwana później Rotundą Św. Św. Feliksa i Adaukta, być może pełniła rolę kaplicy przy palatium książęcym. Oglądamy relikty ściany zachodniej, oraz zachowany pochówek szkieletowy, od którego Kura nie może oderwać swych błękitnych oczu. To pierwszy jego szkielet.
Pomysł z pomostami rewelacyjny. Są na tyle szerokie, że osoba na wózku z łatwością zwiedzi tę część muzeum. Pomosty prowadzą nas dalej, ku pomieszczeniom dawnej wozowni i małej kuchni. Ekspozycję Wawel Zaginiony otworzono w 1975 roku. Pełni ona rolę swoistego rezerwatu. W gablotach mieści zabytki znalezione podczas prowadzonych tu prac archeologicznych. Na szczęście gabloty umieszczone są w bezpiecznej odległości od pomostów. Stłuczenie torbą nie wchodzi w grę. Matka pokazuje Kurze, naczynia, monety, obuwie, ozdoby. Zainteresowanie skorupami rzecz jasna – marne;) Pomosty tak cieszą Kurę, że całość okrążamy cztery razy. Przechodzimy jeszcze przez salę, gdzie podziwiamy już w tempie ekspresowym nadproża, kapitele oraz ozdobne kafle. Kura ma dość i chce wędrować na dziedziniec zamkowy, gdzie jako raczkujący niemowlak, siedział na rozgrzanych letnim słońcem płytach. Dziś zimno. Resztki śniegu. Topniejący lód. Z rzygaczy leje się woda. Echo niesie dziecięcy śmiech. Pogoda się załamuje. Matka jednak musi nieść Kurę, który nie lubi, kiedy wielkie płatki śniegu siadają mu na nosie.

Wawel Zaginiony

Makieta XVIII - wiecznej zabudowy wzgórza

Wawel Zaginiony, Kraków

Nadwieszone chodniki

Wawel Zaginiony, Kraków

Kura i rotunda

Wawel Zaginiony, Kraków

Ozdobny kafel

Wawel Zaginiony, Kraków

Dziedziniec arkadowy zimą

Wawel, dziedziniec arkadowy

Miejsce; Wawel

piątek, 27 stycznia 2012
Wystawa „Legendy Wawelskie”, czyli Kura i kultura.

Wystawa „Legendy Wawelskie”, czyli Kura i kultura.

Kura chorował bite dwa tygodnie. Trzeci tydzień postanowiliśmy spędzić w domu, celem dochodzenia do siebie i nabrania nieco odporności. Zgodnie jak nigdy, Kura przystaje na propozycję matki, aby uczcić zakończenie tygodnia wycieczką na Wawel i obejrzenie pokonkursowej wystawy ilustracji do wawelskich legend.
Kura zna dwie legendy związane z Krakowem: o Smoku Wawelskim (lepiej) i o Panu Twardowskim (gorzej). I choć Kura w Smoczej jamie już był (TU), to smoka się przez chwilę bał. Teraz rysuje go wyposażając w wielkie zębiska i wiadro siarki.

Podekscytowanie wycieczką jest ogromne zarówno u Kury jak i u matki, co swobodę i wolność poczuła w nozdrzach. Tak! Na Wawel nam trzeba. Liznąć nieco kultury i kulturowego dziedzictwa.
Aby wyjść z domu matka  nie musi powtarzać 100 razy „ubieraj się”. Kura w podskokach biegnie na ukochany tramwaj nr 8 zapowiadając z rozbrajającą szczerością, że matka nie będzie musiała go nieść, bo on - Kura, ma "duuuuuzo siły".

Zza chmur wygląda słonce. Ściany zamku jakoś tak pięknie wyglądają. Wdrapujemy się łagodnym podejściem od strony skrzyżowań ulic: Stradom, św. Gertrudy i Bernardyńskiej. Mijamy Bramę Bernardyńską, za którą zaraz skręcamy w prawo, aby nowo udostępnionym wejściem przy Baszcie Sandomierskiej, osiągnąć 228 m n.p.m wapiennego wzgórza.
Stajemy przy ceglanych ścianach gmachu dawnego szpitala, który po rok 1991 pełnił rolę reprezentacyjnych apartamentów Rady Ministrów, a następnie Kancelarii Prezydenckiej. Dziś mury oddano użytkowi publicznemu umieszczając w nich Centrum Promocji i Informacji, rozbudowywanego przez rok za 2,2 mln.

Oczom naszym ukazują się jasne i przestronne wnętrza gdzie: informacja turystyczna i kasy biletowe, sklepiki z pamiątkami i biuro rezerwacji i zwiedzania, kawiarnia i poczta. W lśniącej posadzce odbija się iluminacja i my. W piątkowy poranek mało zwiedzających. Nikogo nie ma przy jedynym pracującym okienku kasowym. Grzecznie pytamy o wystawę „Legendy Wawelskie” celem nabycia biletu. Wystawa jest bezpłatna i mieści się na piętrze.
Korzystamy z toalety, w której znajdujemy przewijak dla niemowląt. Czysto i pięknie. Toaleta dla niepełnosprawnych, jak donosi strona główna znajduje się w południowej części budynku obok Kawiarni pod Basztą Aby obejrzeć wystawę trzeba się wdrapać na pierwsze piętro. Windy brak niestety. Niepełnosprawne dziecko chcące obejrzeć ilustratorskie dzieła, będzie zawiedzione.
W szatni na górze zostawiamy okrycia wierzchnie. Wystawa pokonkursowa zajęła trzy pomieszczenia, z których każde wyłożono, ku uciesze najmłodszych, inną w kolorze wykładziną. Po obejrzeniu (w miarę uważnie) pierwszej sali, Kura chce biegać i wałkonić się po poduchach i smoku co pękł, ale go na nowo poskładać można, bo jest miękki i puzzlowaty. Kiedy Kura zajmuje się przeciąganiem owcy w stronę smoka, matka uważnie ogląda 61 pięknych prac, powieszonych na wysokości oczu małego widza. Różnorodne w technice, barwne lub monochromatyczne, bajkowe, graficzne, klasyczne, współczesne. Matka podziwia warsztat uznanych już ilustratorów oraz tych, ktorzy dopiero się uczą.  Matce wystawa prac bardzo się podobała, Kurze też, ale z innych względów. Kura mógł biegać po kolorowej wykładzinie, dokarmiać owcą smoka i usiąść na miękkim tronie. Konkurencji w zabawie niemal żadnej. Zwiedzających mało. Wystawę można zwiedzać codziennie od 10- 15. Trwa od 5 listopada, a przedłużono ją do 29 lutego. Wstęp bezpłatny.

Polecamy bardzo. Wystawa, gdzie można się turlać i pobawić, może być jednym z pierwszych spotkań malucha z muzeum i jego regułami. Nieoficjalny styl i kolory na pewno zachęcą malucha do innych propozycji tego typu. Kura bardzo chętnie zgadza się na odwiedzenie tego dnia wystawy stałej „Wawel Zagiony

Styczniowy Wawel

Wawel, katedra

Wnętrza wystawowe Centrum Promocji i Informacji na Wawelu

Centrum Promocji i Informacji na Wawelu, wystawa "Legendy Wawelskie"

Kilka przepięknych ilustracji

Jedna ze zwycięzkich ilustracji  Piotra Sochy

Centrum Promocji i Informacji na Wawelu, wystawa "Legendy Wawelskie"

Ilustracja Joanny Wieruszewskiej

Centrum Promocji i Informacji na Wawelu, wystawa "Legendy Wawelskie"

Edyta Burliga - Estela

Centrum Promocji i Informacji na Wawelu, wystawa "Legendy Wawelskie"

Maria Ekier

Centrum Promocji i Informacji na Wawelu, wystawa "Legendy Wawelskie"

Miejsce: Centrum Propmocji i Informacji na Wawelu

Cel: wystawa pokonkurskowa "Legendy Wawelskie"

 

 

sobota, 14 stycznia 2012
Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa przy ulicy Kopernika czyli Kura, Xawery i zmodernizowany historyzm.

Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa przy ulicy Kopernika, czyli Kura, biały Jezus spod wiaduktu, Xawery i zmodernizowany historyzm.

Matka rano za okno spojrzała. Ziemia pokryta białym puchem. Świat jakby złagodniał. Na ślepej uliczce pusto. Do samotnie stojącego biurowca nikt nie przyjechał. Sobota. Od czasu do czasu ktoś z psem przejdzie i rzuci patykiem. Matka wczoraj wieczorem napisała zjadliwy tekst, ale dziś… dziś nie czuje złości, tylko smutek. Smuci się matka nad losem małych innowierców, małych ludzi wychowywanych na ateistów w szacunku do innych kultur. Mały człowiek zostaje na poziomie przedszkolnym wtłoczony w machinę nietolerancji i wielkich zdziwionych oczu.

 

We wrześniu Kura rozpoczął drugi rok przedszkolny. Po pierwszym tygodniu uczęszczania wyśpiewuje piosenkę o piesku, co się budzi, wita słonko i biegnie do swego pana. W połowie września odbyło się spotkanie z rodzicami. No i okazało się, że od tego przedszkolnego roku obowiązuje Kurę  - w myśl ustawy - uczęszczanie na lekcje religii w wymiarze dwóch godzin tygodniowo. Wspomnę tylko, że w kraju należącym do Unii Europejskiej, te same zasady nie dotyczą edukacji języka angielskiego!
Matkę olśniło. Piosenka nie jest o piesku, co biegnie do swego pana, tylko jest piosenką o Panu – tym Panu! Matka dostała do podpisania deklarację, że tak, zgadza się na uczęszczanie dziecka na religię. Kiedy zapytała, jaką ma alternatywę, bo choć matka w Boga wierzy, to z antyklerykalną postawą się obnosi. W odpowiedzi matka zobaczyła parę zdziwionych oczu i usłyszała slowa: dziecku będzie przykro, bo będzie siedziało w oddzielnym pomieszczeniu. Ups. I jak tu nie wierzyć w dyskryminację?  Ooo jak bardzo chciałaby usłyszeć tak proste zdanie: ZROBIMY WSZYSTKO ŻEBY DZIECKU NIE BYŁO PRZYKRO…

Matka opowiada Kurze o arce Noego, opowiada o Bożym Narodzeniu, o Jonaszu, który jak Tomcio Paluch trafił do rybiego brzuszyska bo wie, że bez znajomości Pisma Świętego (również i mitów greckich) nie ma zrozumienia wielu dzieł sztuki i literatury.
Matka spotyka się z katechetką w celu rozmowy i upewnienia się, że nie będzie straszyć czterolatka piekłem i jego ogniem. W koncu różnych Bozia ma lokatorów. I tak to nieochrzczony Kura, wraz z dwójką innych dzieci, nie mając innej alternatywy, na religię uczęszcza.

Matka chciała zaznajomić Kurę z obrzędem mszy. W tym celu, wieki temu, wybrała się na dziecięcą mszę, do kaplicy przy kościele Najświętszego Serca Pana Jezusa, na ulicy Kopernika. Opis zajścia tutaj:

http://redoffroad.blox.pl/2009/04/Prosze-ksiedza-To-nie-smok-To-krokodyl-z-Ikei.html


Ileż to razy matka po nocy wracała ulicą Kopernika, do wynajmowanego pokoiku na ulicy Łazarza. Pracowała wtedy w knajpce, która mieściła się w podworcu kamienicy Szarej… ale to oddzielna historia;) I matka patrzyła na ciężką sylwetkę kościoła jezuitów, zaprojektowaną na początku XX wieku, przez krakowskiego architekta Franciszka Mączyńskiego.  Jedna z najwyższych wież w Krakowie (68 metrów) posępnie odcinała się od granatowego nieba.

Kwiecień. Wiosna w pełni.  Przechadzamy się ulicą Kopernika ku szpitalom, gdzie odwiedzamy babcię "A". Pod wiaduktem graffiti – biały Jezus i napis „pójdźcie do mnie wszyscy”. Czemu nie. W dzień ceglana budowla nie wydaje się tak zwalista. Autor projektu czerpał z architektury i romańskiej i gotyckiej i barokowej (zmodernizowany historyzm).  Wchodzimy do środka, choć Kurze nie jest łatwo zrezygnować z wiosennego słońca. W tym celu pokonujemy kilka schodów, bez podjazdu. Nad naszymi głowami mozaika portalu przedstawiająca "Przebicie boku Chrystusa". Powyżej posępne i zwaliste rzeźby, tak charakterystyczne dla ich projektanta – Xawerego Dunikowskiego. Potężny centralny Chrystus i grupy boczne Mnisi i Rodzina, jakby szukająca pocieszenia w rozpostartych ramionach Chrystusa. Jakiż to ciekawy artysta rzeźbiarz był. Z jednej strony niezwykle utalentowany, obsypywany nagrodami, porównywany do Rodena, z drugiej zaś stony, awanturnik o nieciekawej posturze. Artysta rzeźbiarz postrzeliwszy śmiertelnie  innego artystę - malarza, w prawdzie uniewinniony, ale potrafiący kompletować sobie wrogów, wyjezdża w końcu dla oczyszczenia atmoswry zasmakować innych światów. W czasach wojny trafia na pięć długich lat do obozu koncentracyjnego. Dwa lata leczy się poobozowo, a potem daje wtłoczyć w socjalistyczną machinę. Matka o Dunikowskim czytała w podstawówce, chłonąc podręcznik od plastyki. Podobały się matce czarno - białe reprodukcje rzeźb, przedstawiających brzemienne kobiety, tak krytykowane w swoich czasch.

Matka zadziera głowę w niepokoju, czy wielki Chrystus nie spadnie.
Wchodzimy do przedsionka pod wieżą, gdzie wita nas Święty Krzysztof. W kruchcie duża scena figuralna przedstawiając przebicie boku Chrystusa,  zapowiadająca bogactwo dekoracji.
Wnętrze trójnawowe, sklepienie z żelbetu, wykonano tu po raz pierwszy w Krakowie. Pokrywa je wielobarwna polichromia o secesyjnym zacięciu. Posadzki na modłę starochrześcijańskich kościołów z klarownym podziałem.
50 metrów długości Kura przemierza dziarsko i wkracza w mozaikowy świat. Patrzy dookoła i nie potrafi skupić wzroku. Matka też tak ma. Po pierwsze wie, że Kura zażąda za chwilę odwrotu, więc trzeba szybko ogarnać wzrokiem co się da, po drugie, ze względu na mnogość dekoracji.
Nad ołtarzem głównym, wsparta na kolumnach koncha, pokryta mozaiką kapiącą od testamentowych symboli. W przestrzeniach nad kolumnami oddzielającymi nawy, również mozaiki - przedstawiają hołd składany Jezusowi przez świętych, błogosławionych oraz naród. Matka tłumaczy co to konfesjonał, bo to dla Kury najbardziej intrygujący element, do którego ten bardzo chce się dostać. I już matka wspomina, jak to sama, siedząc w nawie bocznej swojego kościoła parafialnego na podłódzkiej wsi, wlepiała wzrok w jasne drewno konfesjonału. I matka nie wie, jak jej własnej matce udało się poskromić w kościele dwoje dzieci tak, że grzecznie siedziały na swoich miejscach. Co niedzielna masza o 11. Trzy kilometry pokonane rowerem, równo i gęsiego. Potem czesanie grzywek żółtym grzebykiem przed wejściem w progi świątyni. Jak bardzo matka nie lubiła tego uścisku za brodę, celem podtrzymania głowy. I mówi się, że swoim dzieciom trzeba wpoić, to co samemu się otrzymało...
Małym ludziom wpoić trzeba wiarę w człowieka, ciekawość kultur i szacunek do różnych religii tego świata amen. Wychodzimy.

"Pójdźcie do mnie wszyscy", czyli bialy Jezus spod wiaduktu

graffiti pod wiaduktem przy ul. Kopernika, Kraków

Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa i jego wieża 

Kościół Najświetszego Serca Pana Jezusa przy ul Kopernika, Kraków

Rzeźby projektu Xawerego Dunikowskiego

Xawery Dunikowski, kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa, Kraków

Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa, Kraków ul. Kopernika

sklepienie z piękną polichromią

Kościół Naświętszego Serca Jezusa, Kraków ul. Kopernika

Miejsce: Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa, Kraków ul. Kopernika

wtorek, 24 maja 2011
Kura i sewilskie zabytki

 Kura i sewilskie zabytki

Poranek w Sewilli nie jest zbyt spektakularny. Przez małe, ciasne okienko słońce nie jest w stanie oznajmić nam jak piękny szykuje dzień. Kura oszołomiony nie może pojąć, dlaczego nie korzystamy z łazienki na korytarzu tak, jak korzysta się z łazienki. Matka pragnie podkreślić – w łazience jest czysto. My jednak wolimyochlapać twarze i umyć zęby w umywalce pokojowej. Nie śmierdzimy.
Skromne śniadanie serwowane jest w holu. Grzanki, dżem, ser, wędlina, kawa. Kura wcina grzankę i usiłuje bawić się z chłopcem nieco starszym. Zostawiamy spakowany bagaż na dole i biorąc wodę, aparat, kanapkę dla Kury na drugie śniadanie, ruszamy zwiedzać dwa wybrane zabytki.

Praca na ulicach wre. Słychać stukot młotków, ustawia się barierki,  wiesza dekoracje. Kura znów na torach udaje lokomotywę. Tym razem lokomotywa musi stać się chłopcem bo przez portal, przy którym szalały jaskółki, wchodzimy do, największej gotyckiej katedry na świecie. Chrześcijańska chęć wznoszenia coraz większych, wyższych budowli i pomników jest stara jak… chrześcijaństwo.

Katedra Santa Maria
Wzniesiona na miejscu rozsypującego się meczetu, po którym zachowano minaret – Giraldę oraz fragmenty pięknego patio de los Naranjos. Wznoszono ją sto lat - do 1506 roku -  i dziś kubaturą ustępuje dwóm kościołom –  bazylice św Piotra w Rzymie i katedrze św pawła w Londynie.
Do wnętrza prowadzą schody, nie ma podjazdu. Z zalenego słońcem świata przenosimy się do ciemnego wnętrza. Kurze od progu się nie podoba. Nie lubi chrześcijańskiego pomruku, który może grzmieć dla niego groźnie. Kolumny są ogromne, ale i tak aż dziw, że są w stanie podtrzymać piękne gwieździsto – siatkowe sklepienie. Przed nami 126 metrów. Echo niesie nasze kroki. Jest wcześnie i nie ma jeszcze zbyt wielu turystów. Zaglądamy do usytuowanego po środku Chóru i zachwycamy się ogromną w swej skali snycerką. W drewnie różnego gatunku wyrzeźbiono 117 miejsc siedzących ozdabiając je wizerunkami i dekoracją w stylu mudejaru. Rozpoczyna się msza. Ktoś zadzwonił dzwoneczkiem. Matka tłumaczy Kurze, kim jest ministrant. Kura bardzo chce być od tej pory ministrantem i dzwonić, dzwonić, dzwonić! Ogromny ołtarz kończono przez 100 lat. Niezliczone sceny figuralne i dekoracja obramowań przyprawia o zawrót głowy. Nie można się skupić na szczególe. Matka obejmuje wzrokiem całość, aparat nie chce zrobić wyraźnego zdjęcia. Wychodząc mijamy grobowiec Kolumba – oczywiście do końca nie wiadomo, czy urna zawiera prochy wielkiego odkrywcy.

Kura cieszy się powrotem na tory, cieszy się słońcem, a do Pałaców KrólewskichAlcazares Reales – zwabiamy go niezliczoną ilością sadzawek, rur i kanalizacji.

Tłum tłoczy się przy kasach. Sprawnie kupujemy bilety i wchodzimy w jakże odmienny świat. Za Kurę jeszcze nie płacimy. W środku gwarnego miasta, za surową fasadą kryje się wspaniałe założenie pałacowo – ogrodowe. Bez presji czasu, bez presji obranego kierunku, nieco chaotycznie zagłębiamy się w pałacowe pomieszczenia, dziedzińce i patia ozdobione mudejarem i azulejos. Kura prowadzi, a my oddajemy się zapachowi, ciszy i niespiesznemu krążeniu wokół rozlicznych sadzawek. Ogrody projektowane przez Maurów zawierają ideologiczne podłoże. Mają obrazować raj na ziemi. Starannie dobrana roślinność o wiecznie zielonych liściach, harmonia uzyskana powtarzalnością elementów, szum wody, nawoływania pawia wszystko to sprawia, że po ogrodach oraz zabudowie, na którą składają się loggie i pawilony można snuć się godzinami. Spędzamy tu trzy godziny. Kura biega od sadzawki do sadzawki. Upał sprzyja zanurzeniu małych rączek gdzie popadnie. Wreszcie głód wywabia nas z ogrodów. Zanurzając się po raz kolejny w dzielnicę żydowską siadamy pod pomarańczowymi drzewkami i czekając na obiad pozwalamy Kurze kluczyć i grzebać w fontannie. Biedny umęczony Kura, torowiskiem dotrze do hostelu, skąd zabieramy pozostawiony rankiem bagaż. Kilka przecznic i ta piękna stara Sewilla zostaje wspomnieniem. Miasto zobaczyć należy, nawet w tak nikczemny sposób jak zrobiliśmy to my, bo przecież zabytków godnych uwagi w Sewilli jest całe mnóstwo. Zwolennicy małych mieścin będą zmęczeni ulicznym ruchem. My oddychamy z ulgą, kiedy Krzysztof H. wyprowadza nas na trasę wiodącą do Kordoby!

Katedra Santa Maria od środka

Katedra Santa Maria - Sewilla

kaplica Kolumba i jego domniemany grobowiec

Katedra Santa Maria - Sewilla

sklepienie

Katedra Santa Maria - Sewilla

Alcazares Reales

Alcazares Reales - Sewilla

 

Alcazares Reales - Sewilla

Alcazares Reales - Sewilla

Alcazares Reales - Sewilla

Alcazares Reales - Sewilla

Alcazares Reales - Sewilla

Alcazares Reales - Sewilla

Jeden z zakątków dzielnicy żydowskiej pachnący kwitnącymi drzewkami pomarańczy

Sewilla

czwartek, 17 lutego 2011
Chabówka, czyli Kura w skansenie

Chabówka, czyli Kura w skansenie

Kiedy matka była mała bardzo chciała zostać:
a) spikerką telewizyjną (brała wycięty z gazety program telewizyjny i z wielkim namaszczeniem odczytywała na głos wszystkie propozycje dnia)
b) prowadzić koncert życzeń (miała dyżo pocztówek imieninowych z kwiatami i mogła udawać, że czyta życzenia,  a potem włączała radio i jak trafiała na piosenkę, to była bardzo szczęśliwa.)
c)bibliotekarką, wypisującą na kartonikach długo niezrozumiały układ cyfr.
Na ostatnim stanowisku matka widziała siebie najdłużej i kiedy matka matki, zapisała matkę do biblioteki wiejskiej, matka była przekonana, że to jej przeznaczenie. Już widziała siebie za sraczkowatym biurkiem, klejącą książki taśmą i okładającą wszystko w szary, pakowy papier. Generalnie – nuuuuda!

Trzylatek też ma marzenia związane z własną świetlaną przyszłością. Kura chce być maszynistą i tkwi w tym postanowieniu od mniej więcej roku. Wszędzie są wyimaginowane tory, po których wyimaginowanie sunie i jeszcze wrzeszczy, jeśli jakiś przechodzień na te wyimaginowane tory wejdzie. Kiedy matka zapytała Kurę, kim chce być na przebieranym balu karnawałowym, odpowiedź padła szybko i precyzyjnie – ciuchą! Ostatecznie z przyczyn technicznych, Kura na balu hulał jako Diabełek – co matki zdaniem bardziej jego naturę oddaje.

Aby zaspokoić głód wiedzy na temat warunków pracy maszynisty, Kura jedzie do Skansenu kolejowego w Chabówce!
Początek października. Od ziemi ciągnie już chłodem. Kura wsiada do samochodu i matka wie, że wyobraźnia Kury szaleje.

Kiedy w Anglii rozpoczyna się rewolucja przemysłowa i wynajdowane są po kolei: latające czółenka do maszyn tkackich, konstruuje się statki parowe i parowozy, na naszych ziemiach trwa w najlepsze rozbiór, który mocno spowolnił rozwój myśli technicznych. Jesteśmy zatem jakieś 50 lat do tyłu. Skansen mocno podupadły, doskonale ilustruje nasze obecne kolejnictwo.

Sobota. Zakopiaka pusta. Szybko docieramy na miejsce i wchodzimy na teren skansenu, powstałego na miejscu dawnej parowozowni. Szukamy kasy z nadzieją, że można tam będzie kupić baterie do aparatu. Mijamy kiosk zorganizowany oczywiście w kolejowym wagonie. Prowizoryczne schodki wiodą do zamkniętych na trzy spusty drzwi. Mężczyzna, który wyłonił się spośród wagonów, okazał się bileterem. Bilet wyciągnięty z kieszeni dla osoby dorosłej, bez prawa do ulgi – 5 PLN. Kura – ledwie trzylatek – wchodzi za darmo. Ruszamy samopas między wagony.
Wagonów mnogość. Czarne „ciuchy” trakcji parowej, robią na małym Kurze niemałe wrażenie. Gramoli się za pomocą taty do środka i przekonuje, że to brudna robota. Przez brudne okienka wdziera się szary dzień, widać kilka snujących się osób. Kura skacze od parowej do spalinowej, od spalinowej do elektrycznej, usiłując poruszyć wszelkimi wystającymi elementami. Rękawiczki czarne. Wagony towarowe, wagony osobowe z drewnianymi siedziskami. Drezyna obok studzienki, dworzec, grillowisko świadczące o możliwości zorganizowania imprez o różnorakim charakterze. Najlepiej jednak nocą, kiedy nie widać rdzy, porzuconych w wagonach towarowych foliowych worków, zniszczonej reklamy Rabkolandu. Kura oczywiście na te drobiazgi uwagi nie zwraca. Jest zachwycony możliwością obejrzenia ukochanych lokomotyw i możliwością bezkarnego zatrzymania się na torach. Matka nie spodziewała się muzyki poważnej dobywającej się z głośników, jak na dworcu w Odessie. Nie spodziewała się pionierów machających białymi chusteczkami na peronie, choć skansen tchnie tamtymi czasami. Może to jesień? Coraz bardziej utwierdza się matka w przekonaniu, że w naszym kraju wszelkie inicjatywy są rozpoczęte z myślą przewodnią dobrą. Nigdy jednak nie ma szczęśliwej puenty.
Szczęśliwą puentą tego dnia, będzie pobyt w zaprzyjaźnionym domu w Bańskiej Wyżnej i spacer po miłych okolicach przyrody z widokiem na caluśkie Tatry, nawet za mgłą!

Kilka fotografii ze skansenu

Chabówka, skansen

Chabówka, skansen

Chabówka, skansen

Chabówka, skansen

Chabówka, skansen

Chabówka, skansen

Chabówka, skansen

Tatry za mgłą z Bańskiej Wyżnej

Chabówka, skansen

Miejsce: Skansen w Chabówce

 

 

wtorek, 08 lutego 2011
Zamek w Ojcowie, czyli udany przepis na jesienny piknik.

Zamek w Ojcowie, czyli udany przepis na jesienny piknik.

 

Ugotowane i pokrojone w kostkę ziemniaki, ogórek kiszony, też w kostkę, jajaka na twardo – w kostkę nie inaczej, kurczak pokrojony w kostkę zamarynowany w przyprawie do grosa i obsmażony, cały, świeżutki pęczek natki pietruszki, groszek zielony z puszki i odrobina majonezu. Zamieszać, wybełtać, zapakować do plastikowego pojemnika. Trzy widelce, serwetki, świeża bagieta, termos z herbatą. Oto przepis na udany jesienny piknik na terenie jednego z 23 parków narodowych w naszym kraju.

Wrześniowy słoneczny poranek. Wybieramy Ojcowski Park Narodowy i położone na jego terenie ruiny Ojcowskiego Zamku.
Ruiny widać już z oddali. Kura wprawdzie bardziej zainetresowany jest autobusem na parkingu, ale dzielnie gramoli się ku górze ściskając rękę taty. Prawie trzylatek słabo ruinami jest zainteresowany. Do miejsca przeznaczenia trzeba go zwabić albo smakołykiem (zasada kija i marchewki) albo nieziemskimi widokami – w tym przypadku na parking.

Do zamku warownego, wzniesionego na malowniczym wzgórzu z inicjatywy Kazimierza Wielkiego w II połowie wieku XIV, trzeba się wspiąć kamiennymi schodami. Kilkoro turystów. Jeden rówieśnik Kury. Mijamy bramę i zakupujemy bilety. Normalny 2,50 PLN. Cena niezbyt wygórowana, ale i zwiedzania niewiele. Rozsypujące się mury rozebrano w XIX wieku pozostawiając we względnie dobrym stanie bramę, przez którą wchodzimy na teren zamku do dziś, oraz ośmioboczną wieżę, która w XX wieku doczekała się renowacji. Wspinamy się do budynku bramnego w pierwszym rzędzie, aby obejrzeć w środku tak charakterystyczną dla naszych muzealnych obiektów – barwną, papierową makietę, którą należałoby wpisać na listę UNESCO. Fosa, most zwodzony. Wielki to obiekt nie był. Wykorzystał naturalne właściwości obronne wzgórza. Niszczał przechodząc z jednych możnych rąk do drugich, jako wierzytelność za długi dokonane przez króla. Przyszedł wreszcie potop szwedzki i tu pełne zaskoczenie matki, zwolenniczki odszkodowań i dywidend. Ten zamek jako jedyny chyba w naszej historii, nie ucierpiał podczas potopu. Szwedzi zmagazynowali tu broń oraz żywność. Czego nie zniszczył Szwed, zniszczył czas i szlachcic. W 1787 wzmiankuje się jeszcze pobyt Augusta Poniatowskiego. Po klęsce Napoleona Ojców należał do Kongresówki i został przejęty przez władzę, która losem zamku nie przejęła się wcale. W połowie wieku XIX samoistnie osunęła się jedna ze ścian zamku. Konstanty Wolicki, któremu rząd sprzedał zamek rozpoczął proces wyburzania podupadłych elementów budowli pozostawiając bramę, którą Kura przekroczył dziarsko i oktagonalną wieżę ostatecznej obrony, czyli stołp. Wolnostojąca wysoka budowla, początkowo sięgająca ok. 13 metrów wysokości z czterema kondygnacjami i dziś jest dominującym punktem. W górnej części posiadała ganek ze strzelnicami. Można wejść do środka. W wejściu powieszono rycinę z krótką notką historyczną. Ciasna przestrzeń, żółta od wdzierającego się słońca. Bazgroły na średniowiecznych, wzniesionych z ciosanego kamienia ścianach, rozsypujące się schody, którymi Kura usiłuje się wspiąć do długiej drabiny pozostawionej bez zabezpieczenia. Na szczęście dziedzińcową studnię, mającą niegdyś 50 metrów głębokości, (dziś 20) zabezpieczono kratą. Kura zagląda nie bez obawy. Nie udaje się go przekonać nawet do nawoływania w głąb, żeby przywołać echo. Biegnie w chaszcze gdzie ustawiono paśnik dla zwiedzających. Dziś też w ruinie, bez daszku, a tylko z drewnianą konstrukcją. Rozsiadamy się. Szeleszczą woreczki. Kura wcina suchą bułkę popijając ciepłą herbatą i przegryzając raz po raz jajem, ogórkiem, ziemniakiem - broń Panie Boże kurczakiem. Spoglądamy na resztki rozsypujących się murów. Wydeptane przez turystów, żądnych widoków, ścieżki wiodą na skraj murów zabezpieczonych drewnianym, prowizorycznym ogrodzeniem. Kura już nie tak wyrywny. Widać, że w naszym trzylatku budzi się wreszcie instynkt samozachowawczy.
Ruszamy w dół. Schody łagodne, ale z wózkiem nie byłoby łatwo. Do zwiedzania „orlich gniazd” nadają się jedynie nosidła. Dla trzylatków – barki ojca.
U podnóża zamku z czasem powstała osada, która przekształciła się w wieś mająca w XIX i XX wieku status uzdrowiska. Ośrodki wczasowe i zdrojowisko to już przeszłość. Dziś Ojców proponuje malownicze trasy piesze z widokiem na stare wille w stylu ojcowsko – szwajcarskim. Z Kurą nie zajdziemy jednak daleko, nie uda nam się zobaczyć Jaskini Łokietka czy dotrzeć do Bramy Krakowskiej. Skupiamy się na strumykach, w których można pogrzebać patykiem.

Budynek bramnyz dołu.

Ojców, zamek

Brama

Ojców, zamek

Makieta zamku

Ojców, zamek

Wieża ostaniej szansy, czyli stołp.

Ojców, zamek

Taras widokowy

Ojców, zamek

Spacer doliną

Ojców

Miejscowość: Ojców, ruiny zamku.

 

 

 

piątek, 08 października 2010
Kura w Smoczej Jamie

Kura w  Smoczej Jamie

Kiedy matka była mała, jesienne i zimowe wieczory spędzała w kuchni przed starym radioodbiornikiem. Kręcenie gałką i patrzenie na przesuwajacą się, pomarańczową kreseczkę to jedno, a słuchowiska proponowane w tamtych czasach przez Polskie Radio, to drugie. Dźwięk wiejącego wiatru w „Królowej Śniegu”,plusk kiedy kaczki wchodzą do wody w „Brzydkim Kaczątku”, dźwięk czarodziejskich skrzypiec w „Czarodziejskich Skrzypcach”. Tak się rodzą dzieci z wyobraźnią - czytaj Matka. Kiedy matka zauważyła, „kolekcję Dziecka” – całą serię znanych bajek napisanych przez współczesnych autorów dziecięcych, dodatkowo opatrzonych płytami ze słuchowiskami, zapragnęła ją mieć  dla nienarodzonego jeszcze Kury. Słuchowiska rozczarowały. Magda Umer czyta jakby miała za chwilę zejść, czyli umrzeć. Wojciech Mann jakby był po kilku kieliszkach wina, czyli wódki. Słuchowiska odłożone do szuflady. Książeczki, a szczególnie opowieść o Smoku Wawelskim na nowo napisana przez Grzegorza Kasdepke, zilustrowana przez wspaniałą Elżbietę Wasiuczyńską, co wieczór jest czytana  i oglądana z zapartym tchem.

Smok wkradł się do słownika Kury jakiś czas temu. Pierwsza wizyta w Smoczej Jamie miała jednak zupełnie inny charakter. Rodzice, żeby wytłumaczyć dziecku pewne rzeczy uciekają się do różnych metod. Raz bardziej, raz mniej przemyślanych. Super Niania zaproponowała w jednym ze swych programów pozbycie się smoczka za pomocą przyjęcia i dobrej wróżki. Rodzice zabrali 16 miesięcznego wówczas Kurę do Smoczej Jamy, żeby unaocznić dziecku gdzie kawałki silikonu wedrują, kiedy opuszczają właściciela. Dwa miesiące później, Kura bezceremonialne wyrzucił swe skarby do kosza i nigdy za nimi nie zapłakał. Jaskinia pod Wawelem nie miała z tym gestem nic wspólnego.
Do zwiedzania udostępniona i przystosowana dopiero po uzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 r. Legenda Smoka spisana i modyfikowana przez naszych „wielkich”- Kadłubka, Długosza, a wersja z szewczykiem funkcjonuje od wieku XVI spisana przez Joachima Bielskiego.

Stajemy przed wejściem, bilet trzy złote. Najtańszy ze wszystkich atrakcji na Wawelu. Jednej Pani dajemy pieniądze, druga siłami własnych dłoni otwiera niedziałający automat. Dostajemy kartonik i oddajemy go do Pani nr 1. Rewelacja. 21 metrów wąskich, krętych schodów w dół. Nasz prawie trzylatek obowiązkowo prowadzony za rączkę daje radę. Potem krasowa jaskinia. Trochę kałuż po deszczach i podtopieniach. Kura biega, choć kaloszy brak. Długość trasy to trzy komory różnej wielkości – łącznie 81 metrów. Nie ma tłumów. Skoro nie ma nikogo przed nami, to przed nami ciemność. Główne, górne oświetlenie włącza się za pomocą czujnika ruchu. Kure trzeba asekurować, o podkniecie nie trudno. Największa komora o 10 metrowej wysokości podparta ceglanym murem i filarami. Kura prze ku wyjściu, które otwiera się na pomnik Smoka z lat 70 ubiegłego wieku, dłuta Bronisława Chromego. Kura czeka na ogień z paszczy bojąc się całkiem solidnie.
Matka lat trzydzieści i trzy w Smoczej Jamie po raz pierwszy.

Wózki żadną miarą się tu nie sprawdzą. Niepełnosprawny z przyczyn technicznych musi sobie Smoczą Jamę odpuścić. To atrakcja raczej dla dzieci ale uwaga, maluchy mogą przestraszyć się ciemności.

Smocza Jama i Kura

 Kraków, Wawel, Smocza Jama

Smok Chromego

Smok Bronisława Chromego

Miasto: Kraków

Miejsce: Smocza Jama

piątek, 10 września 2010
Kura w Barbakanie

Kura w Barbakanie


Jak matka była mała, bała się różnych rzeczy. Na przykład, że jej własna matka z pracy nie wróci, że nie zobaczy po południu roweru opartego o ceglaną ścianę domu i nie będzie mogła pogrzebać (w zostawionej na kierowniku, zakupowej torbie z napisem BIG SHOPPING) w poszukiwaniu pączka. Bała się kogutów, do dziś nosi dwa ślady po ataku. Bała się grzmotów burzy, jakby to one były głównym powodem nieszczęść.

Kura zauważył Barbakan. Szedł wtedy od strony Placu Matejki, który jest pozostałością po średniowiecznym przedpolu. Kura wiosną bał się Barbakanu (syczało), ale czy zapamięta swe irracjonalne uczucia względem tej średniowiecznej budowli?
Łatwo swój strach zapamiętać, pielęgnować i podsycać, kiedy się zdjęcia z samym sobą lubi oglądać. Barbakan zrodził strach, ale i zwyczajną ludzką ciekawość.

Latem, kiedy przestało w Barbakanie syczeć (zakończono remont kazamtów), Kura postanowił swój strach przełamać. Najpierw zwolnił kroku mijając ceglane mury wzniesione z intencji Jana Olbrachta, obawiającego się najazdów z tureckiej strony. Potem chwytem za kaptur matka odwodzi Kurę od pomysłu radosnego zbiegnięcia po ładnie przystrzyżonej trawie porastającej dół, który niegdyś był 26 metrową fosą.

Niepełne koło, średnica wewnątrz mierzy 24 m. Mur o trzy metrowej szerokości w dolnych partiach. 130 otworów strzelniczych rozmieszczonych na czterech poziomach. 7 wieżyczek – stanowisk obserwacyjnych. Machikuły – ganek wystający przed lico budowli z otworami w podłodze ku rażeniu wroga smołą i co tam pod ręką. Bronił miasta i obok położonego Arsenału. Nie do zdobycia w owych czasach. Wróg mądry, atakował więc od strony Kazimierza. Niezdobyty, ale ledwie ocalał podczas akcji wyburzania murów w połowie XIX w. (nie przetrwał warowny korytarz łączący go z Bramą Floriańską) Realizowano Planty. Materiał z rozbiórki murów miał posłużyć do innych realizacji, bardziej miastu przydatnych.

Matka kupuje bilet – 7 zł normalny. Wchodzimy na dziedziniec, na którym w sezonie (bo B. tylko w sezonie otwarty, czyli od kwietnia do października) można tańce dworskie i bijatyki rycerskie oglądać. Wychodzą Francuzi, a koleżanka bileterki konsumuje w podcieniach śniadanie. Totalnie pusto. Matka nastawia się, że Kura tuż po zakupie biletu, tuż po wejściu na dziedziniec zechce się wycofać. Parkujemy wózek. Kura wdrapuje się po schodach. Matka asekuruje i pilnuje kierunków zwiedzania co w B jest bardzo ważne. Kura zachwycony, biega w koło wąskim korytarzem raz po raz zatrzymując się, żeby wyjrzeć przez otwór. Pewnie sprawy sobie nie zdaje, że biega w koło.
- Chces kupę! – odbija się echem od średniowiecznych murów. Matka porywa dziecię na rękę i zbiega jak na skrzydłach ze stromych schodów. Pani stojąca przy kasie wskazuje drzwi za rogiem. To miłe - myśli Matka. Wąski korytarzyk z drzwiami na haczyk zakończony muszlą – toaleta tylko dla personelu, innej nie ma!
Kura wraca na schody. Biega jeszcze godzinę po tym kawałku średniowiecznego świata nie zdając sobie sprawy, że Barbakan mamy lepszy niż francuskie Carcassonne
.

Widok na Barbakan od strony murów

Barbakan, Kraków

Średniowieczny środeczek

Barbakan, Kraków

Barbakan, Kraków

Miasto: Kraków

Miejsce: Barbakan

 

poniedziałek, 16 sierpnia 2010
Kura w Aquarium

Kura w Aquarium

Tegoroczny Dzień Dziecka został zaplanowany, a preferencje dziecka wzięte pod uwagę przy zakupie prezentu – nie to, co w zeszłym roku!
Kura pozyskuje zatem: dzwonek do roweru, który natychmiast zostaje zamontowany, pudełko ciastoliny oraz film „Gdzie jest Nemo”. Po obejrzeniu kilku pierwszych sekwencji bajki, matka pyta:

- Chcesz zobaczyć prawdziwe Nemo?
- Chces – słyszy matka w odpowiedzi.

Lekko pochmurne niebo. Wózek i folia. Pakujemy się w tramwaj nr 8. Docieramy na ul. Sebastiana. Tłum niebieskich baloników zdradza miejsce przeznaczenia. Na szczęście niebieskie baloniki już wychodzą. Jest dość późno, okolice 13. Szkolne wycieczki wracają do klas i Aquarium – Muzeum Przyrodnicze na szczęście pustoszeje.
Aquarium znalazło siedzibę w jednej z kamienic. Ciężkie drzwi przepuszczają nas i wózek. Korytarz, zdaje się z jednym, niewielkim stopniem. Pomieszczenie z kasą i szatnią dość obszerne. Tutaj zostawiamy wózek. Koszt biletu dla dorosłej osoby– 19 zł – sporo. Kura do trzeciego roku preferencyjnie, czyli darmocha. Bilet zachowujemy, będzie losowania nagród, matka nie wie jakich.
Kura zmierza ku salom z akwariami. Błękitnie, ładnie i czysto. Szukamy Nemo. Kura zdaje się być zawiedziony ich nikczemną wielkością. Na ekranie telewizora przecież są większe. Oglądamy ryby, żółwie, a potem trafiamy do Sali Nosorożca Włochatego. Tutaj rozstawiono ikeowskie stoliki dla dzieci, a na nich kartki do kolorowania. Kura słabo zainteresowany. Baloniki w kształcie zwierzątek wzbudzają natomiast wielkie poruszenie w Kurzym serduszku. Chce od razu dwa. Dostaje szabelki i jest w pełni szczęśliwy. Miłe dziewczyny malują na uszczęśliwionym obliczu dziecka, szczęśliwego kotka z czarnym wibrysem. Ruszamy dalej ku salom wypełnionym gadami wszelkiej maści: węże, jaszczury, żółwie. Żeby się tu dostać należy pokonać całą klatkę schodów. Nie ma windy. Zainteresowanie gadami jest spore. Kura z lękiem podchodzi do szyb, przygląda się zrzuconym skórom, brodom agam, wielkim skorupom żółwi.  Potem biega w koło i wymachuje dmuchanymi szabelkami. Wychodząc, szerokim łukiem omijamy sklepik z pamiątkami, ale wrzucamy pieniążek do sprytnego leja, a pieniążek tańczy długo wokół leja by dołączyć do reszty monet mających wspomagać Aqurium.

Krakowskie Aquarium pozyskało w 2009 roku certyfikat akcji „Miejsce przyjazne Maluchom”. Z natury swej przeznaczone dla młodszych odbiorców, choć i dorosły oko nacieszyć może. Również tutaj odnajdujemy ikeowski stolik i malowankę. Zorganizować tu można urodziny a co niedziela dzieci mogą uczestniczyć w kolorowych zajęciach. Uchem jednym słyszymy jak pewna mama z maluszkiem narzeka, że słabo z miejscem na karmienie. W pomieszczeniu z kasą są może trzy krzesełka – tuż przy szatni.

Wspominając tę wyprawę Kura najbardziej zapamiętał pękniecie zielonej szabelki w okolicach kościoła Dominikanów. Jego zawód był tak wielki, że w morzu łez nakazał mi wyrzucenie drugiej dmuchanej szabelki. Być może w obawie przed kolejnym rozczarowaniem. Matka spojrzała na syna, pomyślała jak wiele jeszcze rozczarowań przed nim… serce matki zadrżało i kazało popchać wózek dalej, w kierunku domu. Deszcz wisiał w powietrzu.


http://www.aquariumkrakow.com

Kura w Aquarium

Aquarium Muzeum Przyrodnicze, Kraków ul. św Sebastiana 9

Znaleźć Nemo

Aquarium Muzeum Przyrodnicze, Kraków ul. św Sebastiana 9

Brzyyyydaaaaal

Aquarium Muzeum Przyrodnicze, Kraków ul. św Sebastiana 9

W świetle jupiterów

Aquarium Muzeum Przyrodnicze, Kraków ul. św Sebastiana 9

Szabelkowanie do węża

  Aquarium Muzeum Przyrodnicze, Kraków ul. św Sebastiana 9

Miasto: Kraków

Ulica: Sebastiana 9

Miejsce: Aquarium - Muzeum Przyrodnicze

środa, 28 lipca 2010
Kura na Wawelu

Kura na Wawelu

Matka Kurę zapchać może wszędzie. Grzecznie Kura spędzi w wózku 30 minut marszu i więcej nawet, jeśli tylko u kresu podróży czekać będzie nagroda. Tego wiosennego dnia matka chciała usiąść na dziedzińcu Wawelskim, usiąść, oprzeć się o mur, wyciągnąć nogi, wyjąć z koszyka wózka kubek termiczny z własną kawą i popatrzeć na cienie rzucane przez ludzi.

Kura dociera, bardzo chce do Jamy Smoczej zajrzeć i kręci się przy wejściu. Matka spokojnie siorbie kawę i spokojnie nawołuje Kurę, żeby się już przestał tam kręcić, bo i tak nie pójdzie. Z wózkiem nie ma co począć. Potem okazuje się, że kręci się bo jest ładunek, czyli pełny pęcherz. Nim matka odłożyła kubek z życiodajnym płynem, Kura już stoi pod drzewkiem i ściąga portki. W zakamarkach pamięci odszukuje matka miejsce z toaletą. Trzeba by gnać na dziedziniec zamkowy i skierować się w stronę ściany kurtynowej. Za późno. Trawnik - miejsce zakazane na oddawanie moczu, ale do innego matka już nie zdąży.  Porada taka: nim zaczniecie drogie mamy zwiedzć, czy to Wawel czy inne szacowne miejsce, pierwszą myślą niech będzie zlokalizowanie toalet.

Matka marzy o zobaczeniu swej ulubionej kaplicy w Katedrze. Namawia syna na kościół, a Kura mimo swego pogaństwa chętnie się zgadza. Mimo początku tygodnia i przedpołudniowych godzin ludu sporo. Teren dziedzińca zewnętrznego, gdzie można było oglądać porośnięte trawką relikty pierwotnych zabudowań wzgórza: kościół św Michała, Jerzego, dom kanonika Jana Borka otoczono, zdradzającym prace remontowe, ogrodzeniem. Płot trwać będzie do 2012 roku. Do tego czasu za ok. 13 mln zł wyremontowana zostanie nierówna nawierzchnia pochodząca z lat 60 ubiegłego stulecia. Ma być przyjaźnie wszelkiego rodzaju wózkom czy to inwalidzkim, czy to dziecięcym. Kawiarenka przy wejściu na wystawę „Wawel zaginiony” nieczynna. Matka się cieszy, że ma swoją kawę a dziecko wodę.
Wejście do Katedry to nasz odwieczny problem. Główne jest nie do pokonania. Poza tym wyznaczono specjalne dla niepełnosprawnych. Matka z wózkiem się kwalifikuje, więc gna ku niemu w nadziei, że metalowe szyny w sezonie letnim są ekspozycją stałą! „Przejśća nie ma” - głoszą napisy w kilku językach. Matka widzi szyny oparte o ścianę, ale nie będzie robić sceny. Kura gramoli się o własnych siłach, a matka wciąga lekki już wózek. Nie zostawi go przecież przed wejściem, a nóż jakiś nadgorliwy ochroniarz wezwie specjalistów od rozbrajania bomb. Nastąpi ewakuacja wzgórza i matka Kaplicy Świętokrzyskiej nie obejrzy. A kaplica to piękna, pokryta malowidłami ruskimi – matka już o niej wspominała TU. Kura na smutne anioły uwagi nie zwraca, nie zwraca uwagi na kolorowe witraże projektu Mehoffera, ale pyta – wskazując paluszkiem na wciśnięty w róg kaplicy baldachimowo – tubowy nagrobek Kazimierza Jagiellończyka, dłuta Wita Stwosza.
Kura: co to?
Matka (po krótkim namyśle): król tu spi.
Kura (bez namysłu): obudzić króla!
Matka: tego króla nie da się obudzić.
Odpowiedź mało satysfakcjonująca, mało lotna, więc rodząca niezadowolenie. Wychodzimy, a Kura dalej katedry zwiedzać już nie chce. Zawracamy i niezgodnie z kierunkiem zwiedzania ruszamy ku wyjściu dla niepełnosprawnych. Mamy szczęście. Trafiliśmy na niepełnosprawnego, który akurat wyjeżdżał. Obsługa zwija szyny jak czerwony dywan. Matka pyta, czy może. Może. Obsługa asekuruje wózek. Miłe.
Kura z chęcią zażywa słońca na dziedzińcu zamku. Tak jak sobie matka wymarzyła. Oparta, z wyciągniętymi nogami, z kubkiem własnej, ale kończącej się już kawy, obserwuje wspinającą się po schodach pociechę oraz dwie kobiety wschodniego pochodzenia.
A obiecaną nagrodą za to miłe przedpołudnie będzie czekoladowe ciacho! Matka na pewno napełni sobie kubek.

Z Katedrą w tle

Wawel, Kraków

Katedra Wawelska - wejście dla niepełnosprawnych

Kraków, Katedra na Wawelu - wejście dla niepełnosprawnych

Dziedziniec Wawelski

Kraków, Wawel

Miasto: Kraków

Miejsce: Wawel

 

piątek, 26 lutego 2010
Kura w Bunkrze

Kura w Bunkrze

Kura uwielbia Rynek Główny. W połowie grudniowych wakacji, siedząc na leżaku i susząc się po kąpieli w Red Sea ,też go wspomina. Pewnego jesiennego dnia zakładamy red kaloszki i ruszamy na Młynówkę połazić po kałużach, które powstały po nocnych ulewach. W połowie drogi słyszę sakramentalne „na lynek”. Lekki skręt wózka i obieramy azymut na Rynek.
20 minut marszu, potem precelek, gonitwa wokół Mickiewicza, kwiaciarki i ich żółte parasole, a matka tym czasem wpada na pomysł… Kura padnie nim do Plant dojedzie, czyli odwiedzenie wystawy: World Press Foto jest możliwe.
O jakże pomyliła się matka.
Kura wcale nie zasnął. Matka myśli… może jednak nie… może w kaloszach do największego w kraju miejskiego pawilonu wystawowego (1000 metrów kwadratowych) nie wypada?
Bezbłędnie rozpoznany szary beton Bunkra Sztuki, niezdrowo ożywia dziecko. Kura jeszcze nie wie, że budynek jest jednym z nielicznych przykładów brutalizmu w naszym kraju.  Nie wie, że brutalizm jest efektem przemyśleń modernistycznych, że najważniejsza w tym nurcie jest przestrzeń i konstrukcja bez zbędnych detali i upiększeń. Surowe mury niewątpliwie nie są ozdobą miasta. Wyrastają na Plantach łagodzone giętą konstrukcją kawiarni. O tej porze roku, w kawiarni przeźroczyste rolety są opuszczone, więc eksploracja, zasypanej przez jesienny opad z drzew piaskownicy, nie wchodzi w grę. Decyzja zapada. Wchodzimy. Wejście od Szewskiej zatłoczone przez nastolatków z gimnazjów. Bilet 10 zł. Kurtki oddajemy do szatni. Kalosze zostają i ni jak się mają do wystawowych sal. Mały podjazd dla wózków a u jego kresu pani w trwałej ondulacji przedziera bilet znacząc swą obecność. Zostawiamy wózek na dole. Kura wbiega na podjazd i wcale nie chce z niego zejść. Siadam zatem na schodach i czekam aż się nacieszy. Po 10 minutach muszę go jednak namawiać na wejście do środka. Wchodzi, ale foty go nie interesują nawet ogromna Pantera Śnieżna nie zatrzymała pędu ku nieznanej przestrzeni budynku. Biega nieskładnie, a matka za nim omiatając wzrokiem wystawę. Zdjęć robić nie wolno. Matka pyta jednak, bo do bloga potrzebuje. Pani w ondulacji pozwala, ale pan w głębi patrzy podejrzliwie, jakby to co najmniej zbiory watykańskie były. Kura ma dość, a ja wspominam te 40 sekund w Kaplicy Sykstyńskiej. Nie zawsze się da, nie zawsze oczekiwania i własne preferencje na spędzenie czasu pokrywają się z preferencjami dziecka. Daję spokój. Kura wraca na podjazd, potem, schody, a potem pragnie wypić mleczko w kawiarni. Owszem. Podgrzane mleczysko od krowy w kawiarni Bunkra kupić można za 3 zł. Pali się jednak wszędzie a szpary między roletami nie są w stanie złagodzić smrodu. Wracamy. Kura zasypia za rogiem szarego Bunkra Sztuki a matka myśli o nieobejrzanych zdjęciach z tegorocznej edycji World Press Foto.

Może za kilka lat będziemy tu zaglądać częściej. Bunkier prowadzi ciekawe zajęcia plastyczne dla dzieci w ramach Małego Klubu Bunkara, o których można poczytać na blogu: http://blog.bunkier.art.pl/

Brutalizm Bunkra

Bunkier Sztuki, Kraków,pl. Szczepański 3a

Gumiaki na World Pres Foto

Bunkier Sztuki, Kraków,pl. Szczepański 3a

Miasto: Kraków

Miejsce: Galeria Sztuki Współczesnej Bunkier Sztuki

Ulica: pl. Szczepańskie 3a

Cel: World Press Foto

czwartek, 13 sierpnia 2009
Schody Collegium Maius

Collegium Maius

Miejsce to wspominam z pewnym sentymentem i wiąże się bynajmniej nie z Kopernikiem, Rejem czy nawet Wojtyłą, a z poznaniem „A” Obie z prowincji. Obie z okolic Łodzi. Przyjechały na studia. Ja objuczona plecakiem, zmierzająca w kierunku schroniska na Oleandry, ona szczupła i drobana, czekająca na koniec ulewy. Dwie sieroty stojące u wyjścia z Maius po pierwszych wykładach z technik artystycznych. Cóż miały robić… zaczęły ze sobą rozmawiać. Okazało się, że mają wiele wspólnego. Ulewa ustała, a nasza znajomość wciąż trwa. To już zdaje się jakieś 10 lat.
Opisując Kurze cel naszej podróży, a więc dziedziniec Collegium Maius, rysuję wizję nieograniczonej wspinaczki po schodach. Działa. Całą drogę siedzi grzecznie w wózku czekając na upragnione schody. Na dziedzińcu raz pusto, raz pełno. Turyści uderzają falami. Wysadzam Kurę, który natychmiast pnie się po schodach najstarszego budynku Uniwersytetu Jagiellońskiego. Historią swą sięga do 1400 roku. Ślady tej pierwszej kamienicy odkupionej od Pęcherzów przez Władysława Jagiełłę i podarowanej Akademii Krakowskiej, można znaleźć w postaci „dzikiego muru” i w fundamentach. Szybko okazało się, że rozrastająca się uczelnia potrzebuje więcej miejsca, a po dwóch pożarach w XV w dokupiono kolejne kamienice, które po połączeniu utworzyły malowniczy dziedziniec arkadowy z krużgankiem, na który wiodą schody. I to tymi schodami Kura kilkakrotnie wchodzi i schodzi mając gdzieś tłumy wycieczek, a to geriatrii z Niemiec, to młodzieży z Ukrainy. Biegam po krużgankach za Kurą. Biegam pod arkadami i pod ich kryształowymi sklepieniami. Neogotycka przebudowa z XIX wieku, zostaje troskliwie cofnięta dzięki działaniom Karola Estreichera i do dziś trwają tu ciągle prace konserwatorskie. Część pomieszczeń przeznaczono na wystawy. Kura w międzyczasie odkrywa fontannę. Wytyka język naśladując maszkarona. Potem odkrywa podjazd dla niepełnosprawnych wiodący wprost do toalety. Z upodobaniem oddaje się wbieganiu i zbieganiu dopóki wycieczka z Niemiec omal nie tratuje Kury. Babcie z balkonikami i laskami nie biorą jeńców, kiedy pęcherz pełen. Zabieram Kurę w kierunku studni po środku dziedzińca. Patrzy z zainteresowaniem, ale powtarza z uporem maniaka - „ciemno”. Na jednej ze ścian odnajduję oprawiony w ramkę certyfikat krakowskiej akcji  „Miejsce przyjazne maluchom”. Wystawa interaktywna dla dzieci „Świat zmysłów” w miesiącu sierpniu zamknięta na trzy spusty z powodu urlopów. Trzeba nam zajrzeć we wrześniu.

http://www.maius.uj.edu.pl/zmysly/index.php
 

Ma się na deszcz. Zbieram Kurę do wózka. Częstuję go nektaryną i ruszamy w kierunku bramy, do której mam tyle sentymentu. Patrzę jeszcze na stary wykusz i uciekamy na Planty.

P.s.

Lista miejsc, które otrzymały certyfikat „ Miejsce przyjazne maluchom”:
 

http://krakow.miastodzieci.pl/wydarzenia/1:wszystkie/17674:Miejsca_Przyjazne_Maluchom_edycja_.html

Oglądam tę listę i zastanawiam się, jakim cudem restauracja „Rooster” dostała certyfikat. Dla niewtajemniczonych – w restauracji tej obsługa tylko żeńska w mocno wydekoltowanych bluzeczkach i mega – kusych majtach odsłaniających poślady biega. Być może są tam krzesełka do karmienia i serwuje się małe porcje dla dzieci, ale podejrzewam, że nie bez powodu obsługa ma właśnie taki uniform. Pójść z dzieckiem do restauracji, gdzie podpici „Angole” slinią się na widok obsługi, a nie jedzenia – z góry dziękuję!

Wykusz Collegium Maius

Collegium Maius

Dziedziniec

Collegium Maius

 Gonitwa krużgankowa

Collegium Maius

pod arkadami

Collegium Maius

Maszkaron

Collegium Maius

Certyfikat

Collegium Maius

Miasto: Kraków

Ulica: Jagiellońska

Miejsce: Collegium Maius

 

wtorek, 11 sierpnia 2009
Krzyżtopór

Zamek Krzyżtopór

Każdy ma jakieś rodzinne strony. Jedni tylko dalej, inni trochę bliżej. Jedni jeżdżą częściej, bo bliscy czekają, inni rodzinnych stron nie znoszą. W rodzinnych stronach zawsze znajdą się ciekawe miejsca do pokazania. Najczęściej: ruiny zamku, cmentarz poniemiecki, nieczynny młyn, drewniany kościół.
Zeszłoroczna podróż sentymentalna w rodzinne strony męża spełnia moje marzenia. Kura ma niespełna rok. Cel podróży – Zamek Krzyżtopór w Ujeździe.
Pierwszy raz zobaczyłam go na kiepskiej reprodukcji w podręczniku do historii sztuki w czasach głębokiego liceum. Do dziś nie pojmuję idei drukowania czarno - białych reprodukcji, ale i tak w połączeniu z opisem zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Ogromny, do czasu powstania Wersalu największe założenie pałacowe w Europie, mający być odzwierciedleniem potęgi rodu Ossolińskich.  Rezydencja w typie palazzo in fortezza, czyli oprócz wykorzystania naturalnych warunków obronnych wyposażono ją w nowożytny system bastionowy.   
W sierpniowe popołudnie stajemy na żwirowym parkingu przed budowlą, która ma dziś status trwałej ruiny. Kura ledwie obudzony nie daje się wtłoczyć w nosidło. Marudzi trochę, bo to już drugie zamczysko, które musi z nami tego dnia obejrzeć. Bierzemy go pod pachę, mijamy budkę z kolorowymi kamykami kierując się do kasy. Cena biletu - 6 zł. Na bramie wejściowej wykuto Krzyż - symbol kontrreformacji, a tym samym religijności właścicieli i Topór – herb rodu. Wchodzimy na trapezowaty dziedziniec porośnięty trawą miejscami wytartą do gołej ziemi. Jakaś samotna brzoza dająca cień w słoneczny dzień, skłania do posiedzeń i kontemplacji nad smutnym losem naszych rezydencji, które utonęły wraz z Potopem Szwedzkim. Rozglądamy się pokazując Kurze popołudniowe promienie słońca w pustych otworach okiennych, których według podań miało być tyle, ile dni w roku. Podczas roku przestępnego, jedno okno zamurowywano. Pokoi miało być tyle ile tygodni (54), sal większych tyle ile miesięcy, wież ile pór roku. Cała ta symbolika miała potwierdzać trwałość rodu. Zaglądamy do stajni mających znakomitą akustykę. Tu też narosła legenda o marmurowych żłobach i kryształowych lustrach. Lustra miały jednak swoje zadanie - doświetlić mroczne stajenne pomieszczenia. Wchodzimy na owalny, wewnętrzny dziedziniec. Ciemnieje. Kura z rąk do rąk, wiadomo, wózki w ruinach się nie sprawdzają. Wędrujemy licznymi korytarzami docierając do ośmiokątnej wieży, będącej zakończeniem głównej osi budowli. To tutaj według legend, jedna z sal miała strop będący jednocześnie akwarium. Pozwalał na to skomplikowany i nowoczesny system doprowadzający wodę. Aż trudno uwierzyć, że ta budowla mająca być może swój pierwowzór we włoskim pałacu w miejscowości Caprarola
http://www.tramp.hg.pl/foto/caprarola/duze/2004-064.jpg  w pełnej krasie trwała zaledwie lat jedenaście.

Krzyż i topór

Krzyżtopór w Ujeździe

Na rękach u mamy

Krzyżtopór w Ujeździe

Wejście na owalny dziedziniec

Krzyżtopór w Ujeździe

U taty - wieża reprezentacyjna - oktagonalna - dół

Krzyżtopór w Ujeździe

... i góra

Krzyżtopór w Ujeździe

Stajnie

Krzyżtopór w Ujeździe

Miejscowość: Ujazd

Miejsce: Zamek Krzyżtopór


poniedziałek, 27 lipca 2009
Ogrodzienic czyli Cave Canis

Szwedzi na zamku!

Wakacyjna niedziela. Zapraszamy znajomych na poranną kawę. Bialetti szaleje już od 10. W lodówce zimny sernik – nie z papierka! Wyznaję zasadę, że ciasto z papierka to nie ciasto – poza tym Kura też z chęcią zjada łakocie. Miłe spotkanie, miłym spotkaniem, ale dobrze się gdzieś ruszyć. Wybór pada na Ogrodzieniec. Wybieraliśmy się tam już od dawna, a znajomi nigdy tam nie byli. Dla nas to miłe wspomnienia jednej z pierwszych randek. Na zamku cicho i spokojnie, niewielu turystów, brak budek z rzemykami… zupełnie inaczej niż w niedzielę dwa tygodnie temu!
Odpalamy nawigację. Kura gotów zaopatrzony w wiktuały drobne i konkretne. Pogoda doskonała. Trochę wieje. Trasa ładna i krótka. Że też nie sprawdziliśmy w na stronach zamku, co się święci. Miejscowość zakorkowana. Przez szybę widzę znajomą sylwetkę budowli. Kura śpi. Śiwa kobieta w łososiowym wdzianku zaprasza na podwórko. Korzystamy. Nie ma co szukać bliższego parkingu, można nie znaleźć. Znajomi dojeżdżają. Kura, obudzony jazgotem łososiowej właścicielki parkingu, wysiada niezadowolony. Łagodnieje na widok plecaka na dziecko. Wózek na nic się zda w ruinach zamku. Ustawiamy się w kolejce do kasy. Do okienka bardzo daleko. Kura w plecaku okazuje się naszym wybawieniem. Buczy podczas dłuższego postoju, więc mąż przesuwa się w kierunku okienka gdzie nabywa bilety. Za bramą też tłum tyle, że ruszający się we wszystkie strony świata. Czasem strzeli armata, czasem zawieje dymem z grillowiska, czasem ktoś zasłoni widok watą cukrową. Na scenie zatańczono „Pawanę”. Ktoś przyszedł z czarnym psem, a pies jako jedyny w tym całym piknikowym szaleństwie wpisuje się harmonijnie w ruiny. Jedna z legend mówi, że księżycową nocą po zamku i okolicach, snuje się czarny pies. To dusza Stanisława Warszyckiego (w rozmaitych podaniach – nie tylko polskich - często bywa, że zły człowiek za życia po śmierci przybiera postać czarnego psa). Kasztelan ów ukrył w zamku wielki posag swej córki i zapisał się jako człowiek szczególnie okrutny dla najbliższych i poddanych, a jednocześnie wsławił się bohaterstwem w walkach ze Szwedami broniąc Klasztoru Jasnogórskiego. Osobowość psychopatyczna! Napotkanego psa się wystrzegamy, bo właściciela i kagańca brak – cave canis.
Zmierzając do zamku mijamy scenę. Nad głowami szaleje „Tyrolka”. Kura dzielnie znosi huki armat i nawet bardzo mu się to podoba. Na dziedzińcu handluje się wszystkim – od rzemyków po maskotki, od wiatraków po biżuty hand made. Przepychamy się, aby wejść wyżej. Zamek zbudowano na najwyższym wzniesieniu Wyżyny Krakowsko – Częstochowskiej i jest najlepiej zachowanym zamkiem na szlaku Orlich Gniazd. Znakomite walory obronne wykorzystano już w XII w wznosząc tu niewielki gród. Potem zbudowano porządny, kamienny gotycki zamek a potem to już było jak we wszystkich tego typu warowniach. Zmiany właścicieli, kolejne epoki, kolejne przebudowy i rozbudowy, rozkwit, najazd i upadek.
Zamek zwiedza się nie najlepiej. Wąskie przejścia i kręte schody prowadzą do miejsc, z których nie ma innej drogi powrotu. Może innym razem. Tłumy i Kura w plecaku to nie najlepszy zestaw. Bałam się, żeby ktoś przez przypadek nie potrącił Kury, który czekania w ogonku nie znosi. Rezygnujemy ze zwiedzania na rzecz szaszłyków z budki, piknikowania i obserwacji. Wszyscy dobrze bawiliśmy się na imprezie „ Szwedzi na zamku” upamiętniającej najazd, który zapoczątkował upadek tego malowniczo położonego zamczyska.

W drodze na zamczysko

Zamek w Ogrodzieńcu 

Festyn "Szwedzi na zamku"

Zamek w Ogrodzieńcu

Dziedziniec

 Zamek w Ogrodzieńcu

 

Zamek w Ogrodzieńcu

Cave Canis

Zamek w Ogrodzieńcu

Miejsce: Zamek w Ogrodzieńcu


poniedziałek, 22 czerwca 2009
Tam gdzie z drzew spadają myszy.

Zamek w Pieskowej Skale

Co to znaczy być mieszczuchem? Być mieszczuchem to znaczy mieć ochotę, na choć krótki, wypad za miasto. Krótki to znaczy przedpołudniowy. Przedpołudniowy to znaczy przed południową drzemką dziecka. Po powrocie dziecko zasypia na trzy godziny i takim to sposobem mamy wspaniałą rodzinną niedzielę z odrobiną lenistwa w tle.
Rzadko udaje nam się wyruszyć o czasie. Zdaje się jestem średnio zorganizowaną matką. Pieskowa Skała nie jest daleko, więc w tym przypadku godzinny poślizg nie ma większego znaczenia.
Wózek zostaje. Kura na szczęście polubił plecak na dziecko. Dojeżdżamy do Maczugi Herkulesa i od razu rzedną nam miny. Pełno mieszczuchów takich jak my. Żądnych złudnie świeżego powietrza i szerszej perspektywy. Z trudem wbijamy się w miejsce na parkingu. Kura zdążył przysnąć z bananem w ustach. Musimy go obudzić. W sumie jest zadowolony. Rozgląda się z ciekawością a z nosidła ma lepszą perspektywę. Pstrykamy oczywiście pamiątkowe zdjęcie z maczugą w tle i wdrapujemy się na zamek.
Zamek w Pieskowej Skale widział każdy! Każdy oglądał Janosika. Przynajmniej raz w życiu należałoby do niego wejść. Dla Kury to trochę za wcześnie, więc oglądamy go sobie z zewnątrz. Jeden z lepiej zachowanych renesansowych obiektów w Polsce. Stanowił bardzo ważny punkt obronny na szlaku handlowym z Krakowa na Śląsk, element obronnych Orlich Gniazd. Historia oczywiście pokrętna. Przechodząc z rąk do rąk to zyskiwał, to tracił. Wchodzimy na obszerny dziedziniec zewnętrzny. Na wprost wejście do zamku objęte z jednej strony okrągłą, gotycką basztą z wapienia jurajskiego, z drugiej wieżą zegarową i ryzalitowo wysuniętą renesansową loggią. Żeby zobaczyć zrekonstruowany ogród z równo przyciętymi żywopłotami należy się lekko wychylić poza obręb murów od strony zegarowej wieży. Bramy zamkowej strzeże rozpostarta na krzesełku kobiecina w granatowym kubraczku. Siadamy na ławce pod kasztanem. Pragniemy napić się kawy. W bastionie po lewej od wejścia zorganizowano w latach 70 ubiegłego stulecia kawiarnię „Zamkową”, która na stronie zamku
http://www.pieskowaskala.pl zostaje nazwana „stylową”. Oj… stylowa to ona jest…nic tu od lat 70 się chyba nie zmieniło i to jest cechą charakterystyczną naszych obiektów muzealnych z największymi na czele!
Kura biega po nierównym dziedzińcu. Z kasztana, pod którym siedzimy spadają myszy. Pewnie, że obsługa restauracji i dyrekcja zamku z tym nic wspólnego nie mają, ale trafnym będzie spostrzeżenie, że obiekt „trąci myszką”. Ciągle mnie zastanawia niewykorzystany potencjał naszych rodzimych obiektów muzealnych, ich ograniczony dostęp i zerową postępowość.
Ma się na burzę. Chcemy jeszcze pospacerować Doliną Prądnika od strony Ojcowa, ale nie znajdujemy wolnego miejsca na parkingu. Nie pozostaje nam nic innego jak uciec do Krakowa przed zbliżającą się burzą.

Z maczugą w tle

Maczuga Herkulesa

Z zamkiem w tle

Zamek w Pieskowej Skale

Kasztan

Zamek w Pieskowej Skale

Ogród

Zamek w Pieskowej Skale

Miejsce: Zamek w Pieskowej Skale

 

 
1 , 2
O autorze