Wpisy z tagiem: dziecko w muzeum
poniedziałek, 13 lutego 2012
Wawel Zaginiony, czyli dziecko w muzeum dla całkiem dorosłych!
Wawel Zaginiony, czyli dziecko w muzeum dla całkiem dorosłych.
Przed wyjściem z Centrum Promocji i Informacji, kupujemy bilety. Osoba dorosła – 7 zł, w sezonie cena wzrasta o złotówkę. Kura - jeszcze darmocha. Szczelnie ubrani, ruszamy w kierunku budynku zamykającego od zachodniej strony dziedziniec królewski, tam gdzie latem znajduje się mało stylowa kawiarnia na wolnym powietrzu. Wózek lub duże nosidło musi zostać pod czujnym okiem pani od biletów. Pani informuje nas, że na terenie dziedzińca królewskiego jest bezpłatna przechowalnia bagażu. W muzeach na całym świecie, bagaże są skanowane, a wózki, duże torby, nosidła, muszą pozostać w przechowalni bagażu. Do Bazyliki Św. Piotra nie mogliśmy wjechać wózkiem… a Kurka tak słodko spał. W Alhambrze, która jest olbrzymim terenem, również musieliśmy pozostawić nosidło i zmęczonego Kurkę transportować od czasu do czasu na rękach. W muzeum pusto. Para obcokrajowców. Najpierw oglądamy makietę, pokazującą jak wyglądała zabudowa wzgórza w XVIII wieku. Kura zerka, ale jest zbyt mocno ukierunkowany na mosty. Wchodzimy do mrocznej sali. Nadwieszone chodniki prowadzą Kurze nóżki ku reliktom naszego chrześcijaństwa. Przez małe okienka wpada dzienne światło, nieśmiało oświetlające relikty najstarszej świątyni wawelskiej – Rotundę NMP. Pochodząca z ok. 1000 roku, wzniesiona na planie koła z przyległymi czterema absydami, rozglifionymi oknami, częściowo zrekonstruowana, zwana później Rotundą Św. Św. Feliksa i Adaukta, być może pełniła rolę kaplicy przy palatium książęcym. Oglądamy relikty ściany zachodniej, oraz zachowany pochówek szkieletowy, od którego Kura nie może oderwać swych błękitnych oczu. To pierwszy jego szkielet. Wawel Zaginiony Makieta XVIII - wiecznej zabudowy wzgórza Nadwieszone chodniki Kura i rotunda Ozdobny kafel Dziedziniec arkadowy zimą Miejsce; Wawel
piątek, 27 stycznia 2012
Wystawa „Legendy Wawelskie”, czyli Kura i kultura.
Wystawa „Legendy Wawelskie”, czyli Kura i kultura. Kura chorował bite dwa tygodnie. Trzeci tydzień postanowiliśmy spędzić w domu, celem dochodzenia do siebie i nabrania nieco odporności. Zgodnie jak nigdy, Kura przystaje na propozycję matki, aby uczcić zakończenie tygodnia wycieczką na Wawel i obejrzenie pokonkursowej wystawy ilustracji do wawelskich legend. Podekscytowanie wycieczką jest ogromne zarówno u Kury jak i u matki, co swobodę i wolność poczuła w nozdrzach. Tak! Na Wawel nam trzeba. Liznąć nieco kultury i kulturowego dziedzictwa. Zza chmur wygląda słonce. Ściany zamku jakoś tak pięknie wyglądają. Wdrapujemy się łagodnym podejściem od strony skrzyżowań ulic: Stradom, św. Gertrudy i Bernardyńskiej. Mijamy Bramę Bernardyńską, za którą zaraz skręcamy w prawo, aby nowo udostępnionym wejściem przy Baszcie Sandomierskiej, osiągnąć 228 m n.p.m wapiennego wzgórza. Oczom naszym ukazują się jasne i przestronne wnętrza gdzie: informacja turystyczna i kasy biletowe, sklepiki z pamiątkami i biuro rezerwacji i zwiedzania, kawiarnia i poczta. W lśniącej posadzce odbija się iluminacja i my. W piątkowy poranek mało zwiedzających. Nikogo nie ma przy jedynym pracującym okienku kasowym. Grzecznie pytamy o wystawę „Legendy Wawelskie” celem nabycia biletu. Wystawa jest bezpłatna i mieści się na piętrze. Polecamy bardzo. Wystawa, gdzie można się turlać i pobawić, może być jednym z pierwszych spotkań malucha z muzeum i jego regułami. Nieoficjalny styl i kolory na pewno zachęcą malucha do innych propozycji tego typu. Kura bardzo chętnie zgadza się na odwiedzenie tego dnia wystawy stałej „Wawel Zagiony Styczniowy Wawel Wnętrza wystawowe Centrum Promocji i Informacji na Wawelu Kilka przepięknych ilustracji Jedna ze zwycięzkich ilustracji Piotra Sochy Ilustracja Joanny Wieruszewskiej Edyta Burliga - Estela Maria Ekier Miejsce: Centrum Propmocji i Informacji na Wawelu Cel: wystawa pokonkurskowa "Legendy Wawelskie"
sobota, 14 stycznia 2012
Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa przy ulicy Kopernika czyli Kura, Xawery i zmodernizowany historyzm.
Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa przy ulicy Kopernika, czyli Kura, biały Jezus spod wiaduktu, Xawery i zmodernizowany historyzm. Matka rano za okno spojrzała. Ziemia pokryta białym puchem. Świat jakby złagodniał. Na ślepej uliczce pusto. Do samotnie stojącego biurowca nikt nie przyjechał. Sobota. Od czasu do czasu ktoś z psem przejdzie i rzuci patykiem. Matka wczoraj wieczorem napisała zjadliwy tekst, ale dziś… dziś nie czuje złości, tylko smutek. Smuci się matka nad losem małych innowierców, małych ludzi wychowywanych na ateistów w szacunku do innych kultur. Mały człowiek zostaje na poziomie przedszkolnym wtłoczony w machinę nietolerancji i wielkich zdziwionych oczu.
We wrześniu Kura rozpoczął drugi rok przedszkolny. Po pierwszym tygodniu uczęszczania wyśpiewuje piosenkę o piesku, co się budzi, wita słonko i biegnie do swego pana. W połowie września odbyło się spotkanie z rodzicami. No i okazało się, że od tego przedszkolnego roku obowiązuje Kurę - w myśl ustawy - uczęszczanie na lekcje religii w wymiarze dwóch godzin tygodniowo. Wspomnę tylko, że w kraju należącym do Unii Europejskiej, te same zasady nie dotyczą edukacji języka angielskiego! Matka opowiada Kurze o arce Noego, opowiada o Bożym Narodzeniu, o Jonaszu, który jak Tomcio Paluch trafił do rybiego brzuszyska bo wie, że bez znajomości Pisma Świętego (również i mitów greckich) nie ma zrozumienia wielu dzieł sztuki i literatury. Matka chciała zaznajomić Kurę z obrzędem mszy. W tym celu, wieki temu, wybrała się na dziecięcą mszę, do kaplicy przy kościele Najświętszego Serca Pana Jezusa, na ulicy Kopernika. Opis zajścia tutaj: http://redoffroad.blox.pl/2009/04/Prosze-ksiedza-To-nie-smok-To-krokodyl-z-Ikei.html
Kwiecień. Wiosna w pełni. Przechadzamy się ulicą Kopernika ku szpitalom, gdzie odwiedzamy babcię "A". Pod wiaduktem graffiti – biały Jezus i napis „pójdźcie do mnie wszyscy”. Czemu nie. W dzień ceglana budowla nie wydaje się tak zwalista. Autor projektu czerpał z architektury i romańskiej i gotyckiej i barokowej (zmodernizowany historyzm). Wchodzimy do środka, choć Kurze nie jest łatwo zrezygnować z wiosennego słońca. W tym celu pokonujemy kilka schodów, bez podjazdu. Nad naszymi głowami mozaika portalu przedstawiająca "Przebicie boku Chrystusa". Powyżej posępne i zwaliste rzeźby, tak charakterystyczne dla ich projektanta – Xawerego Dunikowskiego. Potężny centralny Chrystus i grupy boczne Mnisi i Rodzina, jakby szukająca pocieszenia w rozpostartych ramionach Chrystusa. Jakiż to ciekawy artysta rzeźbiarz był. Z jednej strony niezwykle utalentowany, obsypywany nagrodami, porównywany do Rodena, z drugiej zaś stony, awanturnik o nieciekawej posturze. Artysta rzeźbiarz postrzeliwszy śmiertelnie innego artystę - malarza, w prawdzie uniewinniony, ale potrafiący kompletować sobie wrogów, wyjezdża w końcu dla oczyszczenia atmoswry zasmakować innych światów. W czasach wojny trafia na pięć długich lat do obozu koncentracyjnego. Dwa lata leczy się poobozowo, a potem daje wtłoczyć w socjalistyczną machinę. Matka o Dunikowskim czytała w podstawówce, chłonąc podręcznik od plastyki. Podobały się matce czarno - białe reprodukcje rzeźb, przedstawiających brzemienne kobiety, tak krytykowane w swoich czasch. Matka zadziera głowę w niepokoju, czy wielki Chrystus nie spadnie. "Pójdźcie do mnie wszyscy", czyli bialy Jezus spod wiaduktu Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa i jego wieża Rzeźby projektu Xawerego Dunikowskiego sklepienie z piękną polichromią Miejsce: Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa, Kraków ul. Kopernika
wtorek, 24 maja 2011
Kura i sewilskie zabytki
Kura i sewilskie zabytki Poranek w Sewilli nie jest zbyt spektakularny. Przez małe, ciasne okienko słońce nie jest w stanie oznajmić nam jak piękny szykuje dzień. Kura oszołomiony nie może pojąć, dlaczego nie korzystamy z łazienki na korytarzu tak, jak korzysta się z łazienki. Matka pragnie podkreślić – w łazience jest czysto. My jednak wolimyochlapać twarze i umyć zęby w umywalce pokojowej. Nie śmierdzimy. Praca na ulicach wre. Słychać stukot młotków, ustawia się barierki, wiesza dekoracje. Kura znów na torach udaje lokomotywę. Tym razem lokomotywa musi stać się chłopcem bo przez portal, przy którym szalały jaskółki, wchodzimy do, największej gotyckiej katedry na świecie. Chrześcijańska chęć wznoszenia coraz większych, wyższych budowli i pomników jest stara jak… chrześcijaństwo. Katedra Santa Maria Kura cieszy się powrotem na tory, cieszy się słońcem, a do Pałaców Królewskich – Alcazares Reales – zwabiamy go niezliczoną ilością sadzawek, rur i kanalizacji. Tłum tłoczy się przy kasach. Sprawnie kupujemy bilety i wchodzimy w jakże odmienny świat. Za Kurę jeszcze nie płacimy. W środku gwarnego miasta, za surową fasadą kryje się wspaniałe założenie pałacowo – ogrodowe. Bez presji czasu, bez presji obranego kierunku, nieco chaotycznie zagłębiamy się w pałacowe pomieszczenia, dziedzińce i patia ozdobione mudejarem i azulejos. Kura prowadzi, a my oddajemy się zapachowi, ciszy i niespiesznemu krążeniu wokół rozlicznych sadzawek. Ogrody projektowane przez Maurów zawierają ideologiczne podłoże. Mają obrazować raj na ziemi. Starannie dobrana roślinność o wiecznie zielonych liściach, harmonia uzyskana powtarzalnością elementów, szum wody, nawoływania pawia wszystko to sprawia, że po ogrodach oraz zabudowie, na którą składają się loggie i pawilony można snuć się godzinami. Spędzamy tu trzy godziny. Kura biega od sadzawki do sadzawki. Upał sprzyja zanurzeniu małych rączek gdzie popadnie. Wreszcie głód wywabia nas z ogrodów. Zanurzając się po raz kolejny w dzielnicę żydowską siadamy pod pomarańczowymi drzewkami i czekając na obiad pozwalamy Kurze kluczyć i grzebać w fontannie. Biedny umęczony Kura, torowiskiem dotrze do hostelu, skąd zabieramy pozostawiony rankiem bagaż. Kilka przecznic i ta piękna stara Sewilla zostaje wspomnieniem. Miasto zobaczyć należy, nawet w tak nikczemny sposób jak zrobiliśmy to my, bo przecież zabytków godnych uwagi w Sewilli jest całe mnóstwo. Zwolennicy małych mieścin będą zmęczeni ulicznym ruchem. My oddychamy z ulgą, kiedy Krzysztof H. wyprowadza nas na trasę wiodącą do Kordoby! Katedra Santa Maria od środka kaplica Kolumba i jego domniemany grobowiec sklepienie Alcazares Reales
Jeden z zakątków dzielnicy żydowskiej pachnący kwitnącymi drzewkami pomarańczy
czwartek, 17 lutego 2011
Chabówka, czyli Kura w skansenie
Chabówka, czyli Kura w skansenie Kiedy matka była mała bardzo chciała zostać: Trzylatek też ma marzenia związane z własną świetlaną przyszłością. Kura chce być maszynistą i tkwi w tym postanowieniu od mniej więcej roku. Wszędzie są wyimaginowane tory, po których wyimaginowanie sunie i jeszcze wrzeszczy, jeśli jakiś przechodzień na te wyimaginowane tory wejdzie. Kiedy matka zapytała Kurę, kim chce być na przebieranym balu karnawałowym, odpowiedź padła szybko i precyzyjnie – ciuchą! Ostatecznie z przyczyn technicznych, Kura na balu hulał jako Diabełek – co matki zdaniem bardziej jego naturę oddaje. Aby zaspokoić głód wiedzy na temat warunków pracy maszynisty, Kura jedzie do Skansenu kolejowego w Chabówce! Kiedy w Anglii rozpoczyna się rewolucja przemysłowa i wynajdowane są po kolei: latające czółenka do maszyn tkackich, konstruuje się statki parowe i parowozy, na naszych ziemiach trwa w najlepsze rozbiór, który mocno spowolnił rozwój myśli technicznych. Jesteśmy zatem jakieś 50 lat do tyłu. Skansen mocno podupadły, doskonale ilustruje nasze obecne kolejnictwo. Sobota. Zakopiaka pusta. Szybko docieramy na miejsce i wchodzimy na teren skansenu, powstałego na miejscu dawnej parowozowni. Szukamy kasy z nadzieją, że można tam będzie kupić baterie do aparatu. Mijamy kiosk zorganizowany oczywiście w kolejowym wagonie. Prowizoryczne schodki wiodą do zamkniętych na trzy spusty drzwi. Mężczyzna, który wyłonił się spośród wagonów, okazał się bileterem. Bilet wyciągnięty z kieszeni dla osoby dorosłej, bez prawa do ulgi – 5 PLN. Kura – ledwie trzylatek – wchodzi za darmo. Ruszamy samopas między wagony. Kilka fotografii ze skansenu Tatry za mgłą z Bańskiej Wyżnej Miejsce: Skansen w Chabówce
wtorek, 08 lutego 2011
Zamek w Ojcowie, czyli udany przepis na jesienny piknik.
Zamek w Ojcowie, czyli udany przepis na jesienny piknik.
Ugotowane i pokrojone w kostkę ziemniaki, ogórek kiszony, też w kostkę, jajaka na twardo – w kostkę nie inaczej, kurczak pokrojony w kostkę zamarynowany w przyprawie do grosa i obsmażony, cały, świeżutki pęczek natki pietruszki, groszek zielony z puszki i odrobina majonezu. Zamieszać, wybełtać, zapakować do plastikowego pojemnika. Trzy widelce, serwetki, świeża bagieta, termos z herbatą. Oto przepis na udany jesienny piknik na terenie jednego z 23 parków narodowych w naszym kraju. Wrześniowy słoneczny poranek. Wybieramy Ojcowski Park Narodowy i położone na jego terenie ruiny Ojcowskiego Zamku. Do zamku warownego, wzniesionego na malowniczym wzgórzu z inicjatywy Kazimierza Wielkiego w II połowie wieku XIV, trzeba się wspiąć kamiennymi schodami. Kilkoro turystów. Jeden rówieśnik Kury. Mijamy bramę i zakupujemy bilety. Normalny 2,50 PLN. Cena niezbyt wygórowana, ale i zwiedzania niewiele. Rozsypujące się mury rozebrano w XIX wieku pozostawiając we względnie dobrym stanie bramę, przez którą wchodzimy na teren zamku do dziś, oraz ośmioboczną wieżę, która w XX wieku doczekała się renowacji. Wspinamy się do budynku bramnego w pierwszym rzędzie, aby obejrzeć w środku tak charakterystyczną dla naszych muzealnych obiektów – barwną, papierową makietę, którą należałoby wpisać na listę UNESCO. Fosa, most zwodzony. Wielki to obiekt nie był. Wykorzystał naturalne właściwości obronne wzgórza. Niszczał przechodząc z jednych możnych rąk do drugich, jako wierzytelność za długi dokonane przez króla. Przyszedł wreszcie potop szwedzki i tu pełne zaskoczenie matki, zwolenniczki odszkodowań i dywidend. Ten zamek jako jedyny chyba w naszej historii, nie ucierpiał podczas potopu. Szwedzi zmagazynowali tu broń oraz żywność. Czego nie zniszczył Szwed, zniszczył czas i szlachcic. W 1787 wzmiankuje się jeszcze pobyt Augusta Poniatowskiego. Po klęsce Napoleona Ojców należał do Kongresówki i został przejęty przez władzę, która losem zamku nie przejęła się wcale. W połowie wieku XIX samoistnie osunęła się jedna ze ścian zamku. Konstanty Wolicki, któremu rząd sprzedał zamek rozpoczął proces wyburzania podupadłych elementów budowli pozostawiając bramę, którą Kura przekroczył dziarsko i oktagonalną wieżę ostatecznej obrony, czyli stołp. Wolnostojąca wysoka budowla, początkowo sięgająca ok. 13 metrów wysokości z czterema kondygnacjami i dziś jest dominującym punktem. W górnej części posiadała ganek ze strzelnicami. Można wejść do środka. W wejściu powieszono rycinę z krótką notką historyczną. Ciasna przestrzeń, żółta od wdzierającego się słońca. Bazgroły na średniowiecznych, wzniesionych z ciosanego kamienia ścianach, rozsypujące się schody, którymi Kura usiłuje się wspiąć do długiej drabiny pozostawionej bez zabezpieczenia. Na szczęście dziedzińcową studnię, mającą niegdyś 50 metrów głębokości, (dziś 20) zabezpieczono kratą. Kura zagląda nie bez obawy. Nie udaje się go przekonać nawet do nawoływania w głąb, żeby przywołać echo. Biegnie w chaszcze gdzie ustawiono paśnik dla zwiedzających. Dziś też w ruinie, bez daszku, a tylko z drewnianą konstrukcją. Rozsiadamy się. Szeleszczą woreczki. Kura wcina suchą bułkę popijając ciepłą herbatą i przegryzając raz po raz jajem, ogórkiem, ziemniakiem - broń Panie Boże kurczakiem. Spoglądamy na resztki rozsypujących się murów. Wydeptane przez turystów, żądnych widoków, ścieżki wiodą na skraj murów zabezpieczonych drewnianym, prowizorycznym ogrodzeniem. Kura już nie tak wyrywny. Widać, że w naszym trzylatku budzi się wreszcie instynkt samozachowawczy. Budynek bramnyz dołu. Brama Makieta zamku Wieża ostaniej szansy, czyli stołp. Taras widokowy Spacer doliną Miejscowość: Ojców, ruiny zamku.
piątek, 08 października 2010
Kura w Smoczej Jamie
Kura w Smoczej Jamie Kiedy matka była mała, jesienne i zimowe wieczory spędzała w kuchni przed starym radioodbiornikiem. Kręcenie gałką i patrzenie na przesuwajacą się, pomarańczową kreseczkę to jedno, a słuchowiska proponowane w tamtych czasach przez Polskie Radio, to drugie. Dźwięk wiejącego wiatru w „Królowej Śniegu”,plusk kiedy kaczki wchodzą do wody w „Brzydkim Kaczątku”, dźwięk czarodziejskich skrzypiec w „Czarodziejskich Skrzypcach”. Tak się rodzą dzieci z wyobraźnią - czytaj Matka. Kiedy matka zauważyła, „kolekcję Dziecka” – całą serię znanych bajek napisanych przez współczesnych autorów dziecięcych, dodatkowo opatrzonych płytami ze słuchowiskami, zapragnęła ją mieć dla nienarodzonego jeszcze Kury. Słuchowiska rozczarowały. Magda Umer czyta jakby miała za chwilę zejść, czyli umrzeć. Wojciech Mann jakby był po kilku kieliszkach wina, czyli wódki. Słuchowiska odłożone do szuflady. Książeczki, a szczególnie opowieść o Smoku Wawelskim na nowo napisana przez Grzegorza Kasdepke, zilustrowana przez wspaniałą Elżbietę Wasiuczyńską, co wieczór jest czytana i oglądana z zapartym tchem. Smok wkradł się do słownika Kury jakiś czas temu. Pierwsza wizyta w Smoczej Jamie miała jednak zupełnie inny charakter. Rodzice, żeby wytłumaczyć dziecku pewne rzeczy uciekają się do różnych metod. Raz bardziej, raz mniej przemyślanych. Super Niania zaproponowała w jednym ze swych programów pozbycie się smoczka za pomocą przyjęcia i dobrej wróżki. Rodzice zabrali 16 miesięcznego wówczas Kurę do Smoczej Jamy, żeby unaocznić dziecku gdzie kawałki silikonu wedrują, kiedy opuszczają właściciela. Dwa miesiące później, Kura bezceremonialne wyrzucił swe skarby do kosza i nigdy za nimi nie zapłakał. Jaskinia pod Wawelem nie miała z tym gestem nic wspólnego. Stajemy przed wejściem, bilet trzy złote. Najtańszy ze wszystkich atrakcji na Wawelu. Jednej Pani dajemy pieniądze, druga siłami własnych dłoni otwiera niedziałający automat. Dostajemy kartonik i oddajemy go do Pani nr 1. Rewelacja. 21 metrów wąskich, krętych schodów w dół. Nasz prawie trzylatek obowiązkowo prowadzony za rączkę daje radę. Potem krasowa jaskinia. Trochę kałuż po deszczach i podtopieniach. Kura biega, choć kaloszy brak. Długość trasy to trzy komory różnej wielkości – łącznie 81 metrów. Nie ma tłumów. Skoro nie ma nikogo przed nami, to przed nami ciemność. Główne, górne oświetlenie włącza się za pomocą czujnika ruchu. Kure trzeba asekurować, o podkniecie nie trudno. Największa komora o 10 metrowej wysokości podparta ceglanym murem i filarami. Kura prze ku wyjściu, które otwiera się na pomnik Smoka z lat 70 ubiegłego wieku, dłuta Bronisława Chromego. Kura czeka na ogień z paszczy bojąc się całkiem solidnie. Wózki żadną miarą się tu nie sprawdzą. Niepełnosprawny z przyczyn technicznych musi sobie Smoczą Jamę odpuścić. To atrakcja raczej dla dzieci ale uwaga, maluchy mogą przestraszyć się ciemności. Smocza Jama i Kura Smok Chromego Miasto: Kraków Miejsce: Smocza Jama
piątek, 10 września 2010
Kura w Barbakanie
Kura w Barbakanie
Kura zauważył Barbakan. Szedł wtedy od strony Placu Matejki, który jest pozostałością po średniowiecznym przedpolu. Kura wiosną bał się Barbakanu (syczało), ale czy zapamięta swe irracjonalne uczucia względem tej średniowiecznej budowli? Latem, kiedy przestało w Barbakanie syczeć (zakończono remont kazamtów), Kura postanowił swój strach przełamać. Najpierw zwolnił kroku mijając ceglane mury wzniesione z intencji Jana Olbrachta, obawiającego się najazdów z tureckiej strony. Potem chwytem za kaptur matka odwodzi Kurę od pomysłu radosnego zbiegnięcia po ładnie przystrzyżonej trawie porastającej dół, który niegdyś był 26 metrową fosą. Niepełne koło, średnica wewnątrz mierzy 24 m. Mur o trzy metrowej szerokości w dolnych partiach. 130 otworów strzelniczych rozmieszczonych na czterech poziomach. 7 wieżyczek – stanowisk obserwacyjnych. Machikuły – ganek wystający przed lico budowli z otworami w podłodze ku rażeniu wroga smołą i co tam pod ręką. Bronił miasta i obok położonego Arsenału. Nie do zdobycia w owych czasach. Wróg mądry, atakował więc od strony Kazimierza. Niezdobyty, ale ledwie ocalał podczas akcji wyburzania murów w połowie XIX w. (nie przetrwał warowny korytarz łączący go z Bramą Floriańską) Realizowano Planty. Materiał z rozbiórki murów miał posłużyć do innych realizacji, bardziej miastu przydatnych. Matka kupuje bilet – 7 zł normalny. Wchodzimy na dziedziniec, na którym w sezonie (bo B. tylko w sezonie otwarty, czyli od kwietnia do października) można tańce dworskie i bijatyki rycerskie oglądać. Wychodzą Francuzi, a koleżanka bileterki konsumuje w podcieniach śniadanie. Totalnie pusto. Matka nastawia się, że Kura tuż po zakupie biletu, tuż po wejściu na dziedziniec zechce się wycofać. Parkujemy wózek. Kura wdrapuje się po schodach. Matka asekuruje i pilnuje kierunków zwiedzania co w B jest bardzo ważne. Kura zachwycony, biega w koło wąskim korytarzem raz po raz zatrzymując się, żeby wyjrzeć przez otwór. Pewnie sprawy sobie nie zdaje, że biega w koło. Widok na Barbakan od strony murów Średniowieczny środeczek Miasto: Kraków Miejsce: Barbakan
poniedziałek, 16 sierpnia 2010
Kura w Aquarium
Kura w Aquarium Tegoroczny Dzień Dziecka został zaplanowany, a preferencje dziecka wzięte pod uwagę przy zakupie prezentu – nie to, co w zeszłym roku! - Chcesz zobaczyć prawdziwe Nemo? Lekko pochmurne niebo. Wózek i folia. Pakujemy się w tramwaj nr 8. Docieramy na ul. Sebastiana. Tłum niebieskich baloników zdradza miejsce przeznaczenia. Na szczęście niebieskie baloniki już wychodzą. Jest dość późno, okolice 13. Szkolne wycieczki wracają do klas i Aquarium – Muzeum Przyrodnicze na szczęście pustoszeje. Krakowskie Aquarium pozyskało w 2009 roku certyfikat akcji „Miejsce przyjazne Maluchom”. Z natury swej przeznaczone dla młodszych odbiorców, choć i dorosły oko nacieszyć może. Również tutaj odnajdujemy ikeowski stolik i malowankę. Zorganizować tu można urodziny a co niedziela dzieci mogą uczestniczyć w kolorowych zajęciach. Uchem jednym słyszymy jak pewna mama z maluszkiem narzeka, że słabo z miejscem na karmienie. W pomieszczeniu z kasą są może trzy krzesełka – tuż przy szatni. Wspominając tę wyprawę Kura najbardziej zapamiętał pękniecie zielonej szabelki w okolicach kościoła Dominikanów. Jego zawód był tak wielki, że w morzu łez nakazał mi wyrzucenie drugiej dmuchanej szabelki. Być może w obawie przed kolejnym rozczarowaniem. Matka spojrzała na syna, pomyślała jak wiele jeszcze rozczarowań przed nim… serce matki zadrżało i kazało popchać wózek dalej, w kierunku domu. Deszcz wisiał w powietrzu. Kura w Aquarium Znaleźć Nemo Brzyyyydaaaaal W świetle jupiterów Szabelkowanie do węża Miasto: Kraków Ulica: Sebastiana 9 Miejsce: Aquarium - Muzeum Przyrodnicze
środa, 28 lipca 2010
Kura na Wawelu
Kura na Wawelu Matka Kurę zapchać może wszędzie. Grzecznie Kura spędzi w wózku 30 minut marszu i więcej nawet, jeśli tylko u kresu podróży czekać będzie nagroda. Tego wiosennego dnia matka chciała usiąść na dziedzińcu Wawelskim, usiąść, oprzeć się o mur, wyciągnąć nogi, wyjąć z koszyka wózka kubek termiczny z własną kawą i popatrzeć na cienie rzucane przez ludzi. Kura dociera, bardzo chce do Jamy Smoczej zajrzeć i kręci się przy wejściu. Matka spokojnie siorbie kawę i spokojnie nawołuje Kurę, żeby się już przestał tam kręcić, bo i tak nie pójdzie. Z wózkiem nie ma co począć. Potem okazuje się, że kręci się bo jest ładunek, czyli pełny pęcherz. Nim matka odłożyła kubek z życiodajnym płynem, Kura już stoi pod drzewkiem i ściąga portki. W zakamarkach pamięci odszukuje matka miejsce z toaletą. Trzeba by gnać na dziedziniec zamkowy i skierować się w stronę ściany kurtynowej. Za późno. Trawnik - miejsce zakazane na oddawanie moczu, ale do innego matka już nie zdąży. Porada taka: nim zaczniecie drogie mamy zwiedzć, czy to Wawel czy inne szacowne miejsce, pierwszą myślą niech będzie zlokalizowanie toalet. Matka marzy o zobaczeniu swej ulubionej kaplicy w Katedrze. Namawia syna na kościół, a Kura mimo swego pogaństwa chętnie się zgadza. Mimo początku tygodnia i przedpołudniowych godzin ludu sporo. Teren dziedzińca zewnętrznego, gdzie można było oglądać porośnięte trawką relikty pierwotnych zabudowań wzgórza: kościół św Michała, Jerzego, dom kanonika Jana Borka otoczono, zdradzającym prace remontowe, ogrodzeniem. Płot trwać będzie do 2012 roku. Do tego czasu za ok. 13 mln zł wyremontowana zostanie nierówna nawierzchnia pochodząca z lat 60 ubiegłego stulecia. Ma być przyjaźnie wszelkiego rodzaju wózkom czy to inwalidzkim, czy to dziecięcym. Kawiarenka przy wejściu na wystawę „Wawel zaginiony” nieczynna. Matka się cieszy, że ma swoją kawę a dziecko wodę. Z Katedrą w tle Katedra Wawelska - wejście dla niepełnosprawnych Dziedziniec Wawelski Miasto: Kraków Miejsce: Wawel
piątek, 26 lutego 2010
Kura w Bunkrze
Kura w Bunkrze Kura uwielbia Rynek Główny. W połowie grudniowych wakacji, siedząc na leżaku i susząc się po kąpieli w Red Sea ,też go wspomina. Pewnego jesiennego dnia zakładamy red kaloszki i ruszamy na Młynówkę połazić po kałużach, które powstały po nocnych ulewach. W połowie drogi słyszę sakramentalne „na lynek”. Lekki skręt wózka i obieramy azymut na Rynek. Może za kilka lat będziemy tu zaglądać częściej. Bunkier prowadzi ciekawe zajęcia plastyczne dla dzieci w ramach Małego Klubu Bunkara, o których można poczytać na blogu: http://blog.bunkier.art.pl/ Brutalizm Bunkra Gumiaki na World Pres Foto Miasto: Kraków Miejsce: Galeria Sztuki Współczesnej Bunkier Sztuki Ulica: pl. Szczepańskie 3a Cel: World Press Foto
czwartek, 13 sierpnia 2009
Schody Collegium Maius
Collegium Maius Miejsce to wspominam z pewnym sentymentem i wiąże się bynajmniej nie z Kopernikiem, Rejem czy nawet Wojtyłą, a z poznaniem „A” Obie z prowincji. Obie z okolic Łodzi. Przyjechały na studia. Ja objuczona plecakiem, zmierzająca w kierunku schroniska na Oleandry, ona szczupła i drobana, czekająca na koniec ulewy. Dwie sieroty stojące u wyjścia z Maius po pierwszych wykładach z technik artystycznych. Cóż miały robić… zaczęły ze sobą rozmawiać. Okazało się, że mają wiele wspólnego. Ulewa ustała, a nasza znajomość wciąż trwa. To już zdaje się jakieś 10 lat. http://www.maius.uj.edu.pl/zmysly/index.php Ma się na deszcz. Zbieram Kurę do wózka. Częstuję go nektaryną i ruszamy w kierunku bramy, do której mam tyle sentymentu. Patrzę jeszcze na stary wykusz i uciekamy na Planty. P.s. Lista miejsc, które otrzymały certyfikat „ Miejsce przyjazne maluchom”: http://krakow.miastodzieci.pl/wydarzenia/1:wszystkie/17674:Miejsca_Przyjazne_Maluchom_edycja_.html Oglądam tę listę i zastanawiam się, jakim cudem restauracja „Rooster” dostała certyfikat. Dla niewtajemniczonych – w restauracji tej obsługa tylko żeńska w mocno wydekoltowanych bluzeczkach i mega – kusych majtach odsłaniających poślady biega. Być może są tam krzesełka do karmienia i serwuje się małe porcje dla dzieci, ale podejrzewam, że nie bez powodu obsługa ma właśnie taki uniform. Pójść z dzieckiem do restauracji, gdzie podpici „Angole” slinią się na widok obsługi, a nie jedzenia – z góry dziękuję! Wykusz Collegium Maius Dziedziniec Gonitwa krużgankowa pod arkadami Maszkaron Certyfikat Miasto: Kraków Ulica: Jagiellońska Miejsce: Collegium Maius
wtorek, 11 sierpnia 2009
Krzyżtopór
Zamek Krzyżtopór Każdy ma jakieś rodzinne strony. Jedni tylko dalej, inni trochę bliżej. Jedni jeżdżą częściej, bo bliscy czekają, inni rodzinnych stron nie znoszą. W rodzinnych stronach zawsze znajdą się ciekawe miejsca do pokazania. Najczęściej: ruiny zamku, cmentarz poniemiecki, nieczynny młyn, drewniany kościół. Krzyż i topór Na rękach u mamy Wejście na owalny dziedziniec U taty - wieża reprezentacyjna - oktagonalna - dół ... i góra Stajnie Miejscowość: Ujazd Miejsce: Zamek Krzyżtopór
poniedziałek, 27 lipca 2009
Ogrodzienic czyli Cave Canis
Szwedzi na zamku! Wakacyjna niedziela. Zapraszamy znajomych na poranną kawę. Bialetti szaleje już od 10. W lodówce zimny sernik – nie z papierka! Wyznaję zasadę, że ciasto z papierka to nie ciasto – poza tym Kura też z chęcią zjada łakocie. Miłe spotkanie, miłym spotkaniem, ale dobrze się gdzieś ruszyć. Wybór pada na Ogrodzieniec. Wybieraliśmy się tam już od dawna, a znajomi nigdy tam nie byli. Dla nas to miłe wspomnienia jednej z pierwszych randek. Na zamku cicho i spokojnie, niewielu turystów, brak budek z rzemykami… zupełnie inaczej niż w niedzielę dwa tygodnie temu! W drodze na zamczysko
Festyn "Szwedzi na zamku" Dziedziniec
Cave Canis Miejsce: Zamek w Ogrodzieńcu
poniedziałek, 22 czerwca 2009
Tam gdzie z drzew spadają myszy.
Zamek w Pieskowej Skale Co to znaczy być mieszczuchem? Być mieszczuchem to znaczy mieć ochotę, na choć krótki, wypad za miasto. Krótki to znaczy przedpołudniowy. Przedpołudniowy to znaczy przed południową drzemką dziecka. Po powrocie dziecko zasypia na trzy godziny i takim to sposobem mamy wspaniałą rodzinną niedzielę z odrobiną lenistwa w tle. Z maczugą w tle Z zamkiem w tle Kasztan Ogród Miejsce: Zamek w Pieskowej Skale
|
Archiwum
O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Napisz do matki
Nasza zajezdnia
Podglądamy
Tagi
![]()
|