Off-road na trzech kołach. Podróże w wersji red. Miejsce na Ziemi - Kraków - ale nie tylko.

Wpisy z tagiem: zabytki

sobota, 14 stycznia 2012
Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa przy ulicy Kopernika czyli Kura, Xawery i zmodernizowany historyzm.

Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa przy ulicy Kopernika, czyli Kura, biały Jezus spod wiaduktu, Xawery i zmodernizowany historyzm.

Matka rano za okno spojrzała. Ziemia pokryta białym puchem. Świat jakby złagodniał. Na ślepej uliczce pusto. Do samotnie stojącego biurowca nikt nie przyjechał. Sobota. Od czasu do czasu ktoś z psem przejdzie i rzuci patykiem. Matka wczoraj wieczorem napisała zjadliwy tekst, ale dziś… dziś nie czuje złości, tylko smutek. Smuci się matka nad losem małych innowierców, małych ludzi wychowywanych na ateistów w szacunku do innych kultur. Mały człowiek zostaje na poziomie przedszkolnym wtłoczony w machinę nietolerancji i wielkich zdziwionych oczu.

 

We wrześniu Kura rozpoczął drugi rok przedszkolny. Po pierwszym tygodniu uczęszczania wyśpiewuje piosenkę o piesku, co się budzi, wita słonko i biegnie do swego pana. W połowie września odbyło się spotkanie z rodzicami. No i okazało się, że od tego przedszkolnego roku obowiązuje Kurę  - w myśl ustawy - uczęszczanie na lekcje religii w wymiarze dwóch godzin tygodniowo. Wspomnę tylko, że w kraju należącym do Unii Europejskiej, te same zasady nie dotyczą edukacji języka angielskiego!
Matkę olśniło. Piosenka nie jest o piesku, co biegnie do swego pana, tylko jest piosenką o Panu – tym Panu! Matka dostała do podpisania deklarację, że tak, zgadza się na uczęszczanie dziecka na religię. Kiedy zapytała, jaką ma alternatywę, bo choć matka w Boga wierzy, to z antyklerykalną postawą się obnosi. W odpowiedzi matka zobaczyła parę zdziwionych oczu i usłyszała slowa: dziecku będzie przykro, bo będzie siedziało w oddzielnym pomieszczeniu. Ups. I jak tu nie wierzyć w dyskryminację?  Ooo jak bardzo chciałaby usłyszeć tak proste zdanie: ZROBIMY WSZYSTKO ŻEBY DZIECKU NIE BYŁO PRZYKRO…

Matka opowiada Kurze o arce Noego, opowiada o Bożym Narodzeniu, o Jonaszu, który jak Tomcio Paluch trafił do rybiego brzuszyska bo wie, że bez znajomości Pisma Świętego (również i mitów greckich) nie ma zrozumienia wielu dzieł sztuki i literatury.
Matka spotyka się z katechetką w celu rozmowy i upewnienia się, że nie będzie straszyć czterolatka piekłem i jego ogniem. W koncu różnych Bozia ma lokatorów. I tak to nieochrzczony Kura, wraz z dwójką innych dzieci, nie mając innej alternatywy, na religię uczęszcza.

Matka chciała zaznajomić Kurę z obrzędem mszy. W tym celu, wieki temu, wybrała się na dziecięcą mszę, do kaplicy przy kościele Najświętszego Serca Pana Jezusa, na ulicy Kopernika. Opis zajścia tutaj:

http://redoffroad.blox.pl/2009/04/Prosze-ksiedza-To-nie-smok-To-krokodyl-z-Ikei.html


Ileż to razy matka po nocy wracała ulicą Kopernika, do wynajmowanego pokoiku na ulicy Łazarza. Pracowała wtedy w knajpce, która mieściła się w podworcu kamienicy Szarej… ale to oddzielna historia;) I matka patrzyła na ciężką sylwetkę kościoła jezuitów, zaprojektowaną na początku XX wieku, przez krakowskiego architekta Franciszka Mączyńskiego.  Jedna z najwyższych wież w Krakowie (68 metrów) posępnie odcinała się od granatowego nieba.

Kwiecień. Wiosna w pełni.  Przechadzamy się ulicą Kopernika ku szpitalom, gdzie odwiedzamy babcię "A". Pod wiaduktem graffiti – biały Jezus i napis „pójdźcie do mnie wszyscy”. Czemu nie. W dzień ceglana budowla nie wydaje się tak zwalista. Autor projektu czerpał z architektury i romańskiej i gotyckiej i barokowej (zmodernizowany historyzm).  Wchodzimy do środka, choć Kurze nie jest łatwo zrezygnować z wiosennego słońca. W tym celu pokonujemy kilka schodów, bez podjazdu. Nad naszymi głowami mozaika portalu przedstawiająca "Przebicie boku Chrystusa". Powyżej posępne i zwaliste rzeźby, tak charakterystyczne dla ich projektanta – Xawerego Dunikowskiego. Potężny centralny Chrystus i grupy boczne Mnisi i Rodzina, jakby szukająca pocieszenia w rozpostartych ramionach Chrystusa. Jakiż to ciekawy artysta rzeźbiarz był. Z jednej strony niezwykle utalentowany, obsypywany nagrodami, porównywany do Rodena, z drugiej zaś stony, awanturnik o nieciekawej posturze. Artysta rzeźbiarz postrzeliwszy śmiertelnie  innego artystę - malarza, w prawdzie uniewinniony, ale potrafiący kompletować sobie wrogów, wyjezdża w końcu dla oczyszczenia atmoswry zasmakować innych światów. W czasach wojny trafia na pięć długich lat do obozu koncentracyjnego. Dwa lata leczy się poobozowo, a potem daje wtłoczyć w socjalistyczną machinę. Matka o Dunikowskim czytała w podstawówce, chłonąc podręcznik od plastyki. Podobały się matce czarno - białe reprodukcje rzeźb, przedstawiających brzemienne kobiety, tak krytykowane w swoich czasch.

Matka zadziera głowę w niepokoju, czy wielki Chrystus nie spadnie.
Wchodzimy do przedsionka pod wieżą, gdzie wita nas Święty Krzysztof. W kruchcie duża scena figuralna przedstawiając przebicie boku Chrystusa,  zapowiadająca bogactwo dekoracji.
Wnętrze trójnawowe, sklepienie z żelbetu, wykonano tu po raz pierwszy w Krakowie. Pokrywa je wielobarwna polichromia o secesyjnym zacięciu. Posadzki na modłę starochrześcijańskich kościołów z klarownym podziałem.
50 metrów długości Kura przemierza dziarsko i wkracza w mozaikowy świat. Patrzy dookoła i nie potrafi skupić wzroku. Matka też tak ma. Po pierwsze wie, że Kura zażąda za chwilę odwrotu, więc trzeba szybko ogarnać wzrokiem co się da, po drugie, ze względu na mnogość dekoracji.
Nad ołtarzem głównym, wsparta na kolumnach koncha, pokryta mozaiką kapiącą od testamentowych symboli. W przestrzeniach nad kolumnami oddzielającymi nawy, również mozaiki - przedstawiają hołd składany Jezusowi przez świętych, błogosławionych oraz naród. Matka tłumaczy co to konfesjonał, bo to dla Kury najbardziej intrygujący element, do którego ten bardzo chce się dostać. I już matka wspomina, jak to sama, siedząc w nawie bocznej swojego kościoła parafialnego na podłódzkiej wsi, wlepiała wzrok w jasne drewno konfesjonału. I matka nie wie, jak jej własnej matce udało się poskromić w kościele dwoje dzieci tak, że grzecznie siedziały na swoich miejscach. Co niedzielna masza o 11. Trzy kilometry pokonane rowerem, równo i gęsiego. Potem czesanie grzywek żółtym grzebykiem przed wejściem w progi świątyni. Jak bardzo matka nie lubiła tego uścisku za brodę, celem podtrzymania głowy. I mówi się, że swoim dzieciom trzeba wpoić, to co samemu się otrzymało...
Małym ludziom wpoić trzeba wiarę w człowieka, ciekawość kultur i szacunek do różnych religii tego świata amen. Wychodzimy.

"Pójdźcie do mnie wszyscy", czyli bialy Jezus spod wiaduktu

graffiti pod wiaduktem przy ul. Kopernika, Kraków

Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa i jego wieża 

Kościół Najświetszego Serca Pana Jezusa przy ul Kopernika, Kraków

Rzeźby projektu Xawerego Dunikowskiego

Xawery Dunikowski, kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa, Kraków

Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa, Kraków ul. Kopernika

sklepienie z piękną polichromią

Kościół Naświętszego Serca Jezusa, Kraków ul. Kopernika

Miejsce: Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa, Kraków ul. Kopernika

środa, 08 czerwca 2011
Semana Santa i dzieci Baezy

Semana Santa i dzieci Baezy

Matka wychowana na podłódzkiej wsi, wielokrotnie widziała przewieszony przez drzwi dębowej szafy strój, który prababka wkładała na kościelne obchody świąteczne  Biała haftowana bluzka, czarna, aksamitna kamizelka ozdobiona dekoracją z barwnych cekinów, oraz pasiasta spódnica. Ten sam strój, poszerzony nieco, wisiał później na drzwiach szafy politurowanej, należącej do babci „Z”. Potem powinna była go przejąć matka matki – jako najstarsza córka. Przejęła go jednak ciotka „D” – młodsza nieco, mająca więcej czasu i mieszkająca bliżej kościoła. Kto dziś będzie w nim chodził, matka nie wie… Piętnaście lat temu matka słyszeć nie chciała o założeniu pasiaka. Dziś? I owszem, bardzo chętnie skłoniłaby się ku tradycji, będąc najstarszą - 34 letnią - wnuczką babci "Z".


Semana Santa – Wielki Tydzień - jest najważniejszym świętem w Hiszpanii. Obchody trwają od Niedzieli Palmowej do Wielkanocy.
Przygotowania do Semana Santa trwają na wiele miesięcy przed. Stroi się platformy i czyni próby generalne, wytycza trasy i miejsca ustawienia trybun honorowych. Nad wszystkim czuwają bractwa pokutnicze (los cofradias), których początki sięgają niekiedy i XVI wieku. To jego członkowie są tak naprawdę głównymi bohaterami procesji, badzo wyczerpujących, trwających często cały dzień i noc.

Na początku niczym armia, kroczą zakapturzeni, w strojach barwy przynależnej danemu bractwu - los nazarenos (pokutnicy) Niosą wielki ozdobny krzyż, sztandar, świece, atrybuty bractwa. Ich charakterystyczne stożkowe kaptury (capirote), mocno odróżniają się w tłumie. Widoczne są tylko oczy, żeby nikt nie widział, kto odbywa pokutę. Często wędrują boso, pozwalają, aby gorący wosk kapał im na dłonie, lub poszczą nie jedząc przez cały dzień. Kaptury wyglądają dość groźnie i mają być tłem dla mającej nadejść posępnej Męki Chrystusa.

Platformy niesione są przez - los costaleros – około 20-30 mężczyzn podobnego wzrostu. Są niewidoczni dla tłumu. Okrywa ich aksamitna tkanina. Wymieniają się czasem podczas postoju i wtedy można zobaczyć, że na głowach i ramionach mają osłonę w postaci zwiniętych tkanin, na których spoczywa platforma.

„Pasos” – ogromne platformy z figurami Jezusa, Marii a nawet całymi scenami figuratywnymi, naturalnej wielkości, w teatralnych pozach o umartwionych twarzach. Bywa, że figury pochodzą z XVI, czy XVII wieku. Ubrane w bogato haftowane stroje, korony, w otoczeniu kosztownych bukietów, palm, kandelabrów. Ozdobny baldachim podtrzymują posrebrzane kolumny. Platforma może ważyć nawet tonę.

Za platformą kroczą - los penitentes – z odsłoniętymi twarzami. Niosą krzyże, często boso na znak pokuty. Wszystkiemu towarzyszy rytm wybijany przez bębniarzy i muzyka  orkiestr dętych nawiązując nieco do flamenco. Zawodząca nuta przywodzi na myśl śpiew muezina niosący się na tych ziemiach wieki temu.

 Wielki Piątek. Sklepy pozamykane. Zaopatrzeni w jajka zapodajmy sobie rankiem jajecznicę – taka odmiana po wieczornych sadzonych. Szczęśliwi i najedzeni możemy zacząć zwiedzanie z przewodnikiem w ręku. W powietrzu daje się odczuć świąteczną atmosferę. Mieszkańcy w przygotowanych odświętnych kreacjach, biegną w kierunku przeciwnym od naszego. Po drodze mijamy dużą ulicę, z przystrojonymi na fioletowo balkonami i trybuną. To tędy maszerować będzie procesja, którą zamierzamy zobaczyć. 

Na deptakowej ulicy znajdujemy plac zabaw. Kura podskakuje z radości. Dawno nie bywał wśród huśtawek. Na placu są dwa drewniane kombajny ze zjeżdżalniami w kształcie domków do wspinania. Jeden dla młodszych, drugi wyższy i trudniej dostępy - dla straszaków. Oprócz tego strasznie piszczące huśtawki, którymi Kura cieszy się najdłużej. Wkoło kilka knajpek ze stolikami skąpanymi w słońcu. Mimo słońca nie jest upalnie. Kura biega w bluzie. Obok placu przejeżdża ciuchcia dla dzieci. Kura już przebiera nogami. Idziemy dalej zlokalizować miejsce, z którego ten jakże sprawdzony przepis na zwabienie dzieci, rusza. Trafiamy na przepiękny placyk: Plaza del Populo. Trzy jego skrzydła to renesansowe perełki – dominuje brama z 1526 roku z pięknym Arco del Villalar – łuk triumfalny z powodu zwycięstwa nad zbuntowanymi Kastylijczykami. Do bramy przylega Casa del Populo – dwukondygnacyjna budowla z osobnymi sześcioma witrynami, gdzie pracowali pisarze miejscy. Początkowo był budynkiem administracji sądowej. Następne skrzydło zamyka stara rzeźnia – budowla z 1550 roku – dziś archiwum i muzeum. Reszta to piękna ruina, których w miasteczku niebywala mnogość. Po środku za wysoka dla nikczemnego wzrostu Kury – Fontanna Lwów z XVI wieku. Rzeźby czterech lwów zwieńczone są postacią kobiety, która według podań, miała przedstawiać Imilice – żonę Hannibala. Tak to Kartagina ociera się o życie Kury po raz drugi. Jako niespełna roczniak siedział w Kartaginie obok kolumny dłubiąc palcem w jej kanelach.
Ciuchcia parkuje przy placyku. Odjazd za 15 minut. Bilet 3 Euro za półgodzinną przejażdżkę.  Matka nie jedzie, idzie rozkoszować się tym, co widziała już wczoraj. Stąd już krok do Katedry Santa Maria. Przewodnik pod pachą. Kilkoro turystów. Matka snuje się uliczkami i siedząc na murku obserwuje odświętnie ubrane dzieci Baezy. Ćwiczą niesienie palm popiskując i przekomarzając się z nieskrywaną swobodą. Powiewają na wietrze wstążki we włosach, powiewają i palmy. Matka zagląda do budynku, który wygląda jak kościół, ale nie ma na nim krzyża. Z półmroku wyłaniają się bogato zdobione platformy bractw i Chrystus niosący krzyż.
Raz po raz słychać wybuchy petard – znak, że procesja licząca setki pokutników ruszyła. Zwykle senne miasteczko ożywa. Matka wraca na trasę pochodu i staje na środku skrzyżowania ulic dziś zamkniętych. Pilnuje godziny przyjazdu chłopaków. Chłopcy jednak znajdują matkę w tłumie. Kura ląduje na ramionach matki i mocno skulony nie ogarnia tematu. To podczas procesji widać dopiero, że mieszka tu wielu ludzi, którzy tłumnie wylegają ze swych domów. Niektórzy szczęściarze – jak dwie staruszki – bohaterki drugiego planu, które mimowolnie obserwujemy, mają balkony wychodzące na trasę pochodu. Niewzruszone tym, że niemal na ich wysokości przesuwa się figura Jezusa wjeżdżającego do Jerozolimy, nie przerywają swej dysputy. Procesje są pretekstem do spotkań towarzyskich, które wieczorami przeradzają się w biesiady w barach tapas.
 Rytmiczna muzyka bębnów wystraszyła nieco wycofanego Kurę. Matka pokazuje mu palcem małego dobosza, od którego nie można oderwać wzroku. Raz po raz myli się grając kiedy cała reszta przestaje, albo w ogóle nie gra, albo się rozgląda albo drapie w nogę. Pełna skupienia pucułowata twarzyczka na chwilę poprawia nastrój Kury. Powoli zbliżają się do nas zakapturzeni stożkowo - los nazarenos. Budzą w sercu niepokój swym mistycznym wyglądem. Ich szaty w kolorze morskiej zieleni niespokojnie rozwiewa wiatr. Srebrny krzyż lśni w słońcu. Trudno jest zaufać zakapturzonemu człowiekowi nawet kiedy niesie krzyż. Stoimy tak koło godziny. Procesja jest bardzo powolna, ruszamy jej naprzeciw i mijając chwiejącą się rytmicznie „pasos” odbijamy boczną uliczką w renesansowy świat.
Postanawiamy ruszyć dalej, nim cała reszta miasteczka zostanie sparaliżowana przez procesję. Bez pośpiechu wyjeżdżamy mijając 9 kilometrów dalej bliźniacze miasteczko –Ubedę, gdzie mieliśmy zajrzeć. Kura zasypia jednak, postanawiamy go nie budzić.
Przed nami Guadix.

W oczekiwaniu na procesję, czyli Kura w żywiole placu zabaw

Baeza

Plaza del Populo - renesansowa perełka

Baeza - Plaza del Populo

Przejażdżka ciuchcią

Baeza

Mieszkańcy spieszący na procesję

Baeza

dzieci Baezy

Baeza

Kura ogląda procesję

Baeza

los nazarenos

Baeza i Semana Santa

Baeza i Semana Santa

Baeza i Semana Santa

mały dobosz

Baeza i Semana Santa

goła stopa pokutnika - los costaleros niosący platformę

Baeza - Semana Santa

Pasos - przedstawiająca wjazd Chrystusa do Jerozolimy i bohaterki drugiego planu

Baeza - Semana Santa

Miejsce: Baeza, Andaluzja, Hiszpania

 

 

 

wtorek, 07 czerwca 2011
Kura w Baezie

Kura w Baezie

Po zasłużonym posiłku, z nieskrywanym żalem opuszczamy Kordobę. Przed nami Baeza i 138 km w jej kierunku. Baeza nie jest często odwiedzanym miejscem przez turystów. Planując trasę postanowiliśmy włączyć ją na listę, jako odpoczynek po zwiedzaniu dużych miast spodziewając się sennego, skąpanego w słońcu miasteczka. I tak oto przeskakujemy w renesansowy świat. Jakże inny od tego, co do tej pory zobaczyliśmy.

Kura przez całe 138 kilometrów nie zmrużył oka. Z ciekawością wyczekuje postoju, aby obejrzeć nowe miejsce noclegowe. Puste ulice oznaczają sjestę. Tym razem bez trudu udaje nam się odnaleźć hotel. Parkujemy na sennej ulicy, tuż przed nim. Hotel Fuentenueva – znaleziony oczywiście na Booking.com. zaprasza przyjemnym holem recepcyjnym, a w głębi za przeszklonymi drzwiami – błękitną taflą małej „piscyny” – basenu. Nie pokazujemy go Kurze. Jest zbyt chłodno na kąpiel na świeżym andaluzyjskim powietrzu. Recepcjonistka ku naszemu zdziwieniu prowadzi nas na drugą stronę ulicy. Wchodzimy do małego korytarzyka i wciskamy walizki do małej windy wiozącej nas na drugie piętro. Dostajemy apartament składający się z salonu, kuchni i sypialni. Salon od sypialni oddzielony jest ośmiometrowej długości korytarzem. Przyjemna łazienka zajmuje Kurę na czas rozpakowywania, ponieważ posiada małe drzwi wiodące na dach. Zamykaniom i otwieraniom nie ma końca. Dobre to nasze dziecko jest. Wyobraźnia nie potrzebuje sterty zabawek.
Po krótkim wypoczynku przy filiżance kawy rozpuszczalnej (warto nadmienić, że w żadnej z kuchni nie było czajnika do gotowania wody. Były za to włoskie kawiarki. Warto zatem zabrać kawę mieloną), wylegamy „na miasto”. Pusto. Szybko docieramy do starego centrum, do bajecznego placu z dominującą sylwetką katedry Santa Maria. Mauretańsko bielone ściany domostw kontrastują z piaskowcem renesansowych budowli. Historia miasteczka sięga czasów rzymskich. Powstało na terenach prowincji Baetica (szczęśliwe miasto) gdzie założono za panowania Maurów niezależne państwo. Po podbojach królów katolickich rozkwita na nowo w XVI wieku. Osiedla się tutaj szlachta, biorąca udział w rekonkwiście. Funduje place, kościoły i pałace, które dziś stanowią o charakterze miasta.

Plaza de Santa Maria, z niezwykle uroczą fontanną jest oddechem w ciasnej zabudowie miasteczka. Nasze oczy omiatają kościół postawiony w miejscu dawnego meczetu. Obchodzimy go w koło patrząc na pozostałości mauretańskie oraz datowane na XIII wiek motywy wczesnochrześcijańskiej budowli. Dla Kury najważniejsza jest fontanna. Zbyt brudna woda odstręcza wielkiego estetę, który od razu wącha dłonie czy przypadkiem nie śmierdzą. Uznając, że to miejsce nie dla niego, daje się poprowadzić w dół mijając fasadę pięknego Palacio de los Marqueses de Jablaquinto. Małe ambony usytuowane na kapitelach półkolumn, obramują część środkową z portalem i oknami zdobionymi w sposób charakterystyczny dla stylu izbelińskiego – czyli połączenie późnego gotyku z mudejarem. Dodatkową dekoracją są tzw. picos – wystające ostro zakończone kamienie dające w świetle słońca efekt ściany usianej diamentami.

Na ulicach pusto. To jednak cisza przed burzą. Mieszkańcy żyją jutrzejszym dniem - bardzo uroczyście obchodzonym Wielkim Piątkiem. Nastraszeni tym, że wszystkie sklepy zostaną pozamykane na trzy hiszpańskie spusty, wędrujemy do pobliskiego marketu zaopatrzyć się w produkty śniadaniowo – obiadowe. Jajka, bagietka, przekąski, mleko.
Nie zdajemy sobie sprawy jak bardzo wszyscy jesteśmy spragnieni normalnego jedzenia. Odpalamy sprzęty w naszej kuchni. Jajka sadzone z bagietką posmarowaną masłem, sałatka z pomidorów i łosoś, smakują jak nigdy przedtem. „M” musi raz jeszcze pobiec po pieczywo, bo zjedliśmy więcej niż zamierzaliśmy. Matka w tym czasie urządza Kurze długą kąpiel z pianką. Kura zasypia w łóżeczku turystycznym jak niemowle tuląc „kalimbowego” węża. Rodzic relaksuje się spożywając "servezę", patrząc na papieża granego przez Piotra Adamczyka mówiącego najprawdziwszą hiszpańszczyzną;)

Uliczkami Baezy

Wieża katedry Santa Maria

Baeza - wieża katedry Santa Maria

Baeza

Plaza Santa Maria - katedra i fontanna

Baeza - Plaza Santa Maria

Baeza

Palacio de los Marqueses del Jabalquinto - fasada w stylu izbelińskim

Palacio de los Marqueses del Jabalquinto - Baeza

Uliczki

Baeza

W oczekiwaniu na Wielki Tydzień - Semana Santa

Baeza

 

Miejsce: Baeza, Andaluzja, Hiszpania

 

 

poniedziałek, 30 maja 2011
Kura w Kordobie

Kura w Kordobie

Nasz 3,5 latek dzielnie znosi kolejne przenosiny. Ogląda zmieniający się krajobraz wywijając szalikiem matki, który ma za zadanie osłonić przed słońcem, które z uporem maniaka operuje w jego kierunku. W ciągu całej podróży Kura dwa razy po drodze zażąda postoju, z powodu nagle wzbierających potrzeb fizjologicznych. Na trasie – szczególnie w okolicach Rondy i pueblos blancos, jest mnóstwo "miradorów" – czyli punktów widokowych, gdzie można się bezpiecznie zatrzymać. Dalej jest trochę gorzej, choć na stację benzynową zawsze liczyć można. Matka za każdym razem poucza Kurę, żeby nie sygnalizował swych fizjologicznych potrzeb w ostatniej chwili, co u 3,5 latka jest nagminne i w jego mniemaniu oczywiste. Matka wie, że to odwieczny problem, który rodzi strach przed podróżowaniem z dzieckiem, które ledwie z pieluch wyskoczyło, lub wyskoczyło jakiś czas temu. Matka oglądała przed podróżą turystyczne nocniczki z wkładami jednorazowymi i rozkładanymi nóżkami. Niektóre z nich po złożeniu nóżek, mogą być jednocześnie nakładą na sedes. Nie polecamy czegoś, czego nie przetestowaliśmy na własnej skórze, ale sygnalizujemy, że producenci akcesoriów dziecięcych wychodzą naprzeciw aktywnym rodzicom.

Nasze andaluzyjskie odległości nie są zbyt wielkie. Sewillę od Kordoby dzieli 144 km. Do pokonania świetnymi drogami ekspresowymi, w 2h. "M" trzyma się przepisowych prędkości.
Matka nieco drży przed kolejnym dużym miastem, choć w porównaniu z Sewillą, Kordoba wypada bardzo przyjaźnie już na przedmieściach.
Niewysoka zabudowa, szerokie arterie, place zabaw, od których matka odwraca uwagę Kury, bo wie, że place zabaw w starych centrach miast nie istnieją (na naszych krakowskich Plantach przydałby się choć jeden!)
Nauczeni doświadczeniem z Sewilli, od razu szukamy publicznego parkingu. Pokręciwszy się trochę parkujemy, od razu przepakowujemy w mały plecak najpotrzebniejsze rzeczy, pamiętając tym razem o piżamie dla Kury. Kordoba od razu przypada nam do gustu. Szerokim, niezatłoczonym deptakiem wędrujemy w kierunku najstarszej części miasta. I znów naszym oczom ukazuje się ciasna zabudowa dzielnicy żydowskiej – Juderia. Bielone ściany kontrastują z żywą barwą kwiatów, dekoracyjnymi talerzami ze sklepów pamiątkarskich, szalami migotliwie odbijających popołudniowe słońce. Hostel Senses&Colours Seneca  okazuje się oazą spokoju, azylem chroniącym od skwaru dnia i turystów takich jak my. Przez żelazną bramę wchodzimy na okwiecone patio. Bielone ściany upstrzone donicami i barwnymi talerzami, miękkie, zacienione białe siedziska. Dostajemy pokoik na parterze. Szafa, łóżko i maleńka łazienka, rozklekotane łóżeczko turystyczne. Na rozłożenie walizek nie byłoby miejsca, więc okopanie się do małego plecaka ma większy sens. Kurze się podoba. Nowa szafa, która może udawać windę zajmuje go na długo. Przed wyjściem na wieczorne zwiedzanie zażywamy prysznic, co bardzo poprawia nam samopoczucie. Do dyspozycji mamy ogólnodostępną kuchnię zaopatrzoną we wszystko, co potrzebne, a nawet więcej. Mamy kawę, mleko, jednego pomidora, resztki pieczywa i serki topione, za którymi matka nie przepada. W kuchni są dwa automaty – jeden z kawą i batonikami, drugi z zimnymi napojami. Posiliwszy się, odpocząwszy, namówiwszy Kurę na opuszczenie szfo – windy, wylegamy na zalane popołudniowym słońcem uliczki Kordoby. Hostel ma fantastyczne położenie – sto metrów od naszego turystycznego celu – Mezquity, a więc sto metrów do serca miasta. Nasz kroki kierujemy tam właśnie. Kura kluczy czystymi uliczkami dzierżąc w ustach słomki do napojów. Matka prosi Kurę, żeby nie lazł ze słomkami w buzi. Potknie się i będzie nieszczęście. Matka prosi Kurę kilka razy, po czym nie uzyskawszy pożądanego rezultatu zabiera i wyrzuca do kosza. Jest afera. Słuchają jej stare mury Mezquity, która objawiła się nam jako niezdobyta twierdza. Mur z piaskowca wzmocniony przyporami wieńczą blanki. Ozdobne portale, których drzwi lśnią w promieniach zachodzącego słońca są miłym przerywnikiem dla oka. Oko Kury łzą zalane z powodu nieodwracalnie utraconych słomek powoli schnie. Siadamy pod murem wdychając woń drzewek i rozkoszujemy się spokojem zapominając powoli o Sewilli. Maka wie, że za plecami ma największy meczet świata. Jego wymiary dziś to: 175 x 128 metrów. Echo ma się od czego odbijać.  

Kura zmęczony podróżą, wykąpany, dobrze zasypia w rozklekotanym łóżeczku. To jedyne łóżeczko turystyczne, jakie hostel posiada. Kiedy Matka usypia Kurę „M” idzie na poszukiwanie porannego prowiantu. Okienko wychodzące na patio pozwala rodzicom na zasłużony relaks. Opierając się o ścianę, za którą śpi dziecko czytamy o Mezquicie, historii andaluzyjskich żydów i wypijamy dwie butelki taniego, hiszpańskiego wina.

Urocze patio:  Hostel Senses&Colours Seneca

Hostel Senses&Colours Seneca, Kordoba

Mury Mezquity w wieczornym i porannym słońcu

Mezquita, Kordoba

Mezquita, Kordoba

Mezquita, Kordoba

Mezquita, Kordoba

Uliczki Kordoby w wieczornym i porannym słońcu

Kordoba

Kordoba

Kordoba

Kordoba

Miejsce: Kordoba, Andaluzja, Hiszpania

 

 

środa, 09 lutego 2011
Kino pod Baranami i Kura w ramach jubileuszu!

Kino pod Baranami i Kura w ramach jubileuszu!

 

Dziś dmuchamy świeczki! Dziś nasz blog kończy dwa lata. Kura mierzy jakie 105 centymetrów. Wypowiada pełne zdania, logicznie ripostuje i stosuje groźby. Nie bierze jeńców, jest krzykliwy i spierający się o wszystko. Poprawia nastrój ciekawymi dialogami. Chce się ożenić z matką. Jeśli się tuli, to się tuli! Ulubiony kolor – nadal zielony. Ulubiona cyfra – 4. Potrafi w Wordzie samodzielnie napisać TATA. Dyktuje listy do IKEA o treści „Otwórz się IKEO”. Znalazł 10 PLN na chodniku i kupił sobie 15 dkg mieszanki krakowskiej. Chciał jeszcze kupić „kaluzelę dla niepełnosplawnych z cholobą lokomocyjną” – ale nie starczyło pieniędzy, a matce serce zadrżało, bo dziecko pomyślało o niej! Chodzi spać przed 21. Budzi się koło 7. Mniej choruje. Umie się bawić bez zabawek wykorzystując wszystko co znajdzie -  dobrze rokuje na podróżniczą przyszłość.  Coraz częściej wspomina o jakimś zwierzątku, najchętniej – psie, co źle rokuje na podróżniczą przyszłość. Zaczyna opowiadać sny. Pewnego poranka, ze snem jeszcze pod Kurzymi powiekami zapytał: „cemu na Litwie szlabany kichają?” Odwiedza Kura wiele miejsc w mieście Krakowie, odwiedza też wiele miejsc poza nim. Nasz czuły punkt to place zabaw. Krecia robota czyniona też przez znane wszystkim rodzicom „Mini Mini”. "Mini Mini" jednak chyba odpuściła sobie place na rzecz bawialni. Matka i Kura znaleźli się przez przypadek na jednym ze zdjęć "Mini Mini", kiedy Kura eksplorował plac zabaw przy Misjonarskiej. Przez przypadek również, Kura i jego matka znaleźli się na zdjęciu jednego z partnerów „Baranków w pieluchach”. Znaczy to, że bywamy tu i tam, a nic tak nie kształci jak podróże, nawet te malutkie!
Z okazji drugiej rocznicy, zapraszamy więc do Kina pod Baranami!
Kura się ucieszył na wieść, że pójdzie do kina, choć nie wiedział do końca, co to oznacza.

Rynek Główny 27. Pałac pod Baranami. Źródła donoszą, iż w narożnej kamienicy przy Rynku, prowadzono gospodę, a na jej dziedziniec spędzano barany przeznaczone na handel.
Okazały Pałac powstał z trzech mniejszych kamienic. W XVI w, dwie istniejące gotyckie kamienice połączył Justus Ludwig Decjusz. Przechodząc z rąk do rąk magnackich, w XVII w za Radziwiłłów, rozrósł się o następną kamienicę, świadcząc tym samym o zamożności właścicieli. W drugiej połowie XIX w, pałac doczekał się remontu i podwyższenia o jedno piętro, co dodatkowo zespoliło stylistycznie budynek. Nad portalem trzy rzeźbione głowy baranów wspierające balkon. Na parterze knajpki, w piwnicach słynna Piwnica pod Baranami i resztki gotyckich sklepień. Wyżej mamy już klasycyzm i kino, które działa tu od 1969 roku.

W bramie półgodzinny repertuar dla dzieci, w ramach letniej, niedzielnej akcji: "Baranki Dzieciom". Trafiamy na "Gąskę Balbinkę" i "Koziołka Matołka". Cena biletu 10 zł, opiekunowie gratis. Wejście z dziedzińca. Obszerny hol z ogromną klatką schodową. Matka pyta portiera, czy może zostawić wózek. Raczej nie. Kino na drugim piętrze. Matka wnosi wózek, poruszajac się po pół piętra asekurując gramolącego się Kurę. Decyzja zapada. Wózek zostaje na pierwszym piętrze, przy kasie. Gramolimy się wyżej, nadal podziwiając klatkę. Kiedyś to był rozmach! Matka zapomniała wody dla Kury. Chce kupić napój. W porannej ofercie - tylko zimne, prosto z lodówy. Miły chłopiec, ten sam co kasuje bilety, oferuje swą pomoc i idzie poszukać napoju – nie z lodówy. Udaje się. Mamy wodę! Mała sala. Kilkoro dzieci czeka na seans. Wybieramy początkowe rzędy. Kura nie chce siedzieć na kinowym krzesełku i wybiera kolana matki. Jest wyciszony. W sali panuje półmrok, ale światła gasną. Matka pierwszy raz ogląda “Gąskę Balbinkę” i stwierdza, że ta produkcja z ubiegłego stulecia do najmądrzejszych nie należy. Nijak nie wpisuje się w edukacyjny, współczesny nurt. Matka despotka, ojciec fajtłapa i wtłoczona pomiędzy - rozrabiajaca Balbinka. Jest dość głośno. Głośniej niż matka się spodziewała. "Koziołek Matołek na Dzikim Zachodzie", czyli strzelanka. Kura wymięka, matka też. Opuszczamy salę przed zakończeniem seansu. W holu młoda dziewczyna przygotowuje zajęcia plastyczne, które organizowane są po seansie. Kura pragnie swobody udowadniając po raz kolejny, że nie lubi ciemnych, małych przestrzeni. Kino musi jeszcze poczekać na swoje pięć minut.
W Kinie pod Baranami organizuje się też seanse z cyklu „Baranki w pieluchach” – dla mam z totalnymi maluszkami, które ledwie na oczy widzą. Raz w tygodniu, mamy mogą tu zajrzeć ze swymi maluszkami i obejrzeć premierowy film. Podobno sala nie jest całkowicie zaciemniona i podobno dźwięk odpowiednio sciszony (miejmy nadzieję bardziej niż na naszym seansie). Z informacji na stronie wynika, że nieosiągalne drugie piętro, jest osiągalne przy pomocy pracowników kina, czego wszystkim mamom -melomankom –  życzymy!

Kino nieosiągalne dla osoby niepełnosprawnej.

Pałac pod Baranami - Rynek Główny 27

Pałac Pod Baranami, Kraków, Rynek Główny 27

Jedna z trzech baranich głów

Pałac Pod Baranami, Kraków

Oszałamiająca klatka schodowa

Pałac Pod Baranami, Kraków, Kino pod Baranami

Kinowo i klimatycznie

Kino pod Baranami, Kraków

Miasto: Kraków

Miejsce: Pałac pod Baranami, Kino pod Baranami

 

wtorek, 08 lutego 2011
Zamek w Ojcowie, czyli udany przepis na jesienny piknik.

Zamek w Ojcowie, czyli udany przepis na jesienny piknik.

 

Ugotowane i pokrojone w kostkę ziemniaki, ogórek kiszony, też w kostkę, jajaka na twardo – w kostkę nie inaczej, kurczak pokrojony w kostkę zamarynowany w przyprawie do grosa i obsmażony, cały, świeżutki pęczek natki pietruszki, groszek zielony z puszki i odrobina majonezu. Zamieszać, wybełtać, zapakować do plastikowego pojemnika. Trzy widelce, serwetki, świeża bagieta, termos z herbatą. Oto przepis na udany jesienny piknik na terenie jednego z 23 parków narodowych w naszym kraju.

Wrześniowy słoneczny poranek. Wybieramy Ojcowski Park Narodowy i położone na jego terenie ruiny Ojcowskiego Zamku.
Ruiny widać już z oddali. Kura wprawdzie bardziej zainetresowany jest autobusem na parkingu, ale dzielnie gramoli się ku górze ściskając rękę taty. Prawie trzylatek słabo ruinami jest zainteresowany. Do miejsca przeznaczenia trzeba go zwabić albo smakołykiem (zasada kija i marchewki) albo nieziemskimi widokami – w tym przypadku na parking.

Do zamku warownego, wzniesionego na malowniczym wzgórzu z inicjatywy Kazimierza Wielkiego w II połowie wieku XIV, trzeba się wspiąć kamiennymi schodami. Kilkoro turystów. Jeden rówieśnik Kury. Mijamy bramę i zakupujemy bilety. Normalny 2,50 PLN. Cena niezbyt wygórowana, ale i zwiedzania niewiele. Rozsypujące się mury rozebrano w XIX wieku pozostawiając we względnie dobrym stanie bramę, przez którą wchodzimy na teren zamku do dziś, oraz ośmioboczną wieżę, która w XX wieku doczekała się renowacji. Wspinamy się do budynku bramnego w pierwszym rzędzie, aby obejrzeć w środku tak charakterystyczną dla naszych muzealnych obiektów – barwną, papierową makietę, którą należałoby wpisać na listę UNESCO. Fosa, most zwodzony. Wielki to obiekt nie był. Wykorzystał naturalne właściwości obronne wzgórza. Niszczał przechodząc z jednych możnych rąk do drugich, jako wierzytelność za długi dokonane przez króla. Przyszedł wreszcie potop szwedzki i tu pełne zaskoczenie matki, zwolenniczki odszkodowań i dywidend. Ten zamek jako jedyny chyba w naszej historii, nie ucierpiał podczas potopu. Szwedzi zmagazynowali tu broń oraz żywność. Czego nie zniszczył Szwed, zniszczył czas i szlachcic. W 1787 wzmiankuje się jeszcze pobyt Augusta Poniatowskiego. Po klęsce Napoleona Ojców należał do Kongresówki i został przejęty przez władzę, która losem zamku nie przejęła się wcale. W połowie wieku XIX samoistnie osunęła się jedna ze ścian zamku. Konstanty Wolicki, któremu rząd sprzedał zamek rozpoczął proces wyburzania podupadłych elementów budowli pozostawiając bramę, którą Kura przekroczył dziarsko i oktagonalną wieżę ostatecznej obrony, czyli stołp. Wolnostojąca wysoka budowla, początkowo sięgająca ok. 13 metrów wysokości z czterema kondygnacjami i dziś jest dominującym punktem. W górnej części posiadała ganek ze strzelnicami. Można wejść do środka. W wejściu powieszono rycinę z krótką notką historyczną. Ciasna przestrzeń, żółta od wdzierającego się słońca. Bazgroły na średniowiecznych, wzniesionych z ciosanego kamienia ścianach, rozsypujące się schody, którymi Kura usiłuje się wspiąć do długiej drabiny pozostawionej bez zabezpieczenia. Na szczęście dziedzińcową studnię, mającą niegdyś 50 metrów głębokości, (dziś 20) zabezpieczono kratą. Kura zagląda nie bez obawy. Nie udaje się go przekonać nawet do nawoływania w głąb, żeby przywołać echo. Biegnie w chaszcze gdzie ustawiono paśnik dla zwiedzających. Dziś też w ruinie, bez daszku, a tylko z drewnianą konstrukcją. Rozsiadamy się. Szeleszczą woreczki. Kura wcina suchą bułkę popijając ciepłą herbatą i przegryzając raz po raz jajem, ogórkiem, ziemniakiem - broń Panie Boże kurczakiem. Spoglądamy na resztki rozsypujących się murów. Wydeptane przez turystów, żądnych widoków, ścieżki wiodą na skraj murów zabezpieczonych drewnianym, prowizorycznym ogrodzeniem. Kura już nie tak wyrywny. Widać, że w naszym trzylatku budzi się wreszcie instynkt samozachowawczy.
Ruszamy w dół. Schody łagodne, ale z wózkiem nie byłoby łatwo. Do zwiedzania „orlich gniazd” nadają się jedynie nosidła. Dla trzylatków – barki ojca.
U podnóża zamku z czasem powstała osada, która przekształciła się w wieś mająca w XIX i XX wieku status uzdrowiska. Ośrodki wczasowe i zdrojowisko to już przeszłość. Dziś Ojców proponuje malownicze trasy piesze z widokiem na stare wille w stylu ojcowsko – szwajcarskim. Z Kurą nie zajdziemy jednak daleko, nie uda nam się zobaczyć Jaskini Łokietka czy dotrzeć do Bramy Krakowskiej. Skupiamy się na strumykach, w których można pogrzebać patykiem.

Budynek bramnyz dołu.

Ojców, zamek

Brama

Ojców, zamek

Makieta zamku

Ojców, zamek

Wieża ostaniej szansy, czyli stołp.

Ojców, zamek

Taras widokowy

Ojców, zamek

Spacer doliną

Ojców

Miejscowość: Ojców, ruiny zamku.

 

 

 

poniedziałek, 13 grudnia 2010
O „pikniku” w Dworku Białoprądnickim

O „pikniku” w Dworku Białoprądnickim

Tego upalnego dnia sierpniowego, Kura minął ulubiony Park Wyspiańskiego i pojechał w kierunku Dworku Białoprądnickiego. Towarzysko zabraliśmy „M”. Pół godziny dziarskiego marszu. Kura lekko zniecierpliwiony. Bardzo chce już rowerkować, bo rower obowiązkowo na wózek wtłoczony.

Białe budynki bielą się z daleka, choć dziś Dworek Białoprądnicki usytuowany jest tuż przy bardzo ruchliwej arterii miasta – Opolskiej. Kiedyś…kiedyś był był letnią willą, we włoskim typie - „między dziedzińcem a ogrodem”. Kanclerz Wielki Koronny biskup krakowski Samuel Maciejowski uczynił go pełną życia rezydencją goszczącą znamienitych wieku XVI. Przejął i rozbudował kolejny biskup – Andrzej Zebrzydowski, który nadał mu, wraz ze zmieniającymi się czasami, obronny charakter poprzez dobudowanie murów kurtynowych z półbasztami. Potem zmienne koleje, jak to w naszej historii. Podupada w XVII wieku, kolejny biskup – Piotr Gembarowski – próbuje doprowadzić go do dawnej świetności. Na próżno. Oto szarańcza szwedzka nadciąga i niszczy, co się nawinie po drodze: zamki, dworki i folwarki. (Matka jest za wyciagnięciem finansowych konsekwencji wobec Szwedów). Podnosi się po raz ostatni, nasz mały biały domek, za biskupa Sołtyka, który w nowym duchu, współpracując z Fontaną, nadaje mu późnobarkowy sznyt. Konfederacja Barska – upadek. Potem dobra biskupie wchłonięte zostały do dóbr koronnych, które kapituła odzyskuje w 1793. Zabór austriacki przynosi konfiskatę, a wiek XIX rozparcelowanie posiadłości z przyległym parkiem.
Od lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia Dworek Białoprądnicki działa prężnie jako siedlisko kultury wszelakiej. W odrestaurowanych ponownie wnętrzach odbywały się koncerty jazzowe, bluesowe, przedstawienia teatralne. Stał się enklawą poetów, muzyków oraz zwykłych ludzi, mogących przyprowadzić swoje potomstwo na zajęcia plastyczne w tym także dzieci z zespołem Downa. W mijającym właśnie roku, Centrum Kultury „Dworek Białoprądnicki” obchodzi jubileusz 35 – lecia działalności.

Tym czasem Kura przebiera nogami. Mijamy Opolską, przechodzimy przez mostek, mijamy pierwsze zabudowania z restauracjami weselnymi. Matka jest lekko zaniepokojona nadmiernym ruchem za bramą wjazdową. Ostatnią rzeczą o jakiej marzy, to tłumy w przylegającym Parku Kościuszki. Wchodzimy i wszystko jasne. Czarno od ludzi w podkolanówkach z kolorowymi chustkami na głowach i szyjach. Pomarańczowe megafony natychmiast zdradzają charakter zgromadzenia. Msza polowa. Ludzie siedzą byle jak i byle gdzie zasłaniając skutecznie fasadę dworku i budynków przyległych. Slalomem mijamy rozmodlonych. Kura zszokowany nie odzywa się słowem. Nie zna jeszcze instytucji pielgrzymowania. W parku niestety jeszcze większe tłumy. Jedni konstruują kanapki z pasztetem, drudzy przekłuwają pęcherze. Dziewczyny w waroczach wlepiają wzrok w grającego na gitarze zakonnika, a pozostali wsłuchują się w słowa kobiety dającej świadectwo cudu, jaki przydarzył się koleżance młodszej siostry, z którą pracował 20 lat temu jej szwagier. Kura dosiada rower i kluczy alejkami między pątnikami. I już widzi te porozkładane kanapki i na całe gardło dzieli się z matką swym odkryciem:
-MAMO, MAMO,MAMO! LUDZIE MAJĄ PIKNIK!

Matka zna te klimaty. Dawno, dawno, bardzo dawno temu na pieszej pielgrzymce do Częstochowy była. Szła trzy dni w jedną stronę, modląc się raz bardziej, raz mniej gorliwie licząc na cud ozdrowienia dla swego brata. Cudu nie było rzecz jasna, ale dla matki pątniczy trud był jedyną możliwą formą samodzielnego wakacyjnego wyjazdu. Rozrywką wakacyjną, o której matka marzyć tylko mogła pochodząc z biednej rodziny gdzieś na wsi pod Łodzią. Matka lat 14. Harcerski plecak brata, na którym dla odróżnienia wymalowała czarnym pisakiem, dwie uśmiechnięte gruszki. Paprykarz, pasztet i dla odmiany dżem. Teksty piosenek na dwa gitarowe chwyty pamięta do dziś. Noc na sianie pośród chichotów starszej młodzieży. Następna noc u starej wdowy, na starej zawilgoconej kozetce i obrazem małżeńskim nad głową. Boże – myślała wtedy matka patrząc mężczyźnie w oczy – ty nie żyjesz od 20 lat.
Nocleg w Częstochowie u zakonnic. Wszystkie marzymy o tym żeby się umyć, ale te złośliwe bestie zakręcają ciepłą wodę. Jakaś msza na wałach w asyście orkiestry dętej. Pocztówka z wakacji wysłana do domu. Ryło wakacyjne opalone. Można wracać.

Matka wie, że o szczególnej religijności wśród młodzieży nie ma co snuć wyobrażeń. Czasy się zmieniają, ale młodość rządzi się własnym prawem. Matka ze zrozumieniem spogląda na kuse spódniczki wymalowanych Włoszek, które okupują parkowy plac zabaw i wabią zza ogrodzenia młodych Hiszpanów. Nagle zaczyna się niespokojny ruch. Z megafonów dobiegają komendy: GRUPA PIERWSZ RUSZA JAKO PIERWSZA, GRUPA DRUGA RUSZA JAKO DRUGA!

Plac zabaw pustoszeje. Wreszcie widać jego atrakcje. Kura może pobawić się w sporej piaskownicy i pokręcić na zielonej karuzeli. Huśtawki, kombajn ze zjeżdżalnią i mostkiem oraz dwie ścianki do wspinaczki dla starszych dzieci. Plac wśród kilku drzew daje schronienie przed grzejącym niemiłosiernie słońcem.
Park gdzie niegdyś stacjonował Kościuszko przegrupowując siły przed bitwą pod Racławicami wreszcie staje się przejrzysty. Podziwiamy z Kurą jego aleje, puste polany i malowniczy mostek. Siadamy na ławce i w świętym spokoju konsumujemy nasz własny piknikowy suchy prowiant. Po pielgrzymach pozostały niebieskie „tojtoje”.
Nie zauważamy, że za naszymi plecami zebrała się wielka granatowa chmura. Matka pakuje Kurę do wózka i biegiem rusza do wyjścia. Nie ma folii. Ostatnia grupa pielgrzymów, wyruszająca zapewne jako ostatnia, zasłania dziedziniec. Najkrótszą drogą, Opolską do kładki potem między blokami docieramy biegiem do Parku Wyspiańskiego. Kura miarowo telepany - zasypia. Wiatr się zrywa i matka już wie, że nie zdąży przed ulewą. Resztką sił dociera pod wiadukt dający schronienie. Kura śpi okryty koszulką. Budzi go pisk hamulca rowerzysty, który przemoczony do suchej nitki wpada pod wiadukt. Robi się wielkie bajoro. Kura je obserwuje z pozycji leżącej. Nawałnica ustaje. Przez bajoro nie da się przejść suchą nogą. Matka włazi w klapkach. Cały koszyk wózka, wraz z zawartością, zatapia się w brązowej brei. Doieramy do domu. Matka szoruje wózek, a Kura zjadając naleśnika, wspomina wielki piknik
.

Dworek Białoprądnicki

Kraków, Dworek Białoprądnicki

Zbierający się pielgrzymi

Kraków, Dworek Białoprądnicki

Rowerowanie do pielgrzymów

Kraków, Dworek Białoprądnicki, Park Kościuszki

Plac zabaw w Parku Kościuszki

Kraków, Dworek Białoprądnicki, Park Kościuszki

Malowniczy most

Kraków, Dworek Białoprądnicki, Park Kościuszki

Miasto: Kraków

Miejsce: Dworek Białoprądnicki i Park Kościuszki

sobota, 11 grudnia 2010
Plac Szczepański - matka pyta czemu nie Włoch?

Plac Szczepański - matka pyta czemu nie Włoch?

 

9.07.2006. Bełchatów. Powrót z polsko – włoskiego wesela przyjaciółki. „La chante me cantare” jeszcze szumi w uszach. Polski Ekspress rusza. To wielki dzień dla kierowcy. Finał Mistrzostw Świata w piłce nożnej. Mecz Francja – Włochy. Głośno nastawione radio ani na chwilę nie pozwala o tym zapomnieć. Horacio Elizando gwiżdże po raz pierwszy. Piłkarska machina rusza. Komentatorzy malują słowem skomplikowaną sytuację na boisku prześcigając się w wymyślnych porównaniach. Robi się wesoło. Autobus parska raz po raz śmiechem. Tym czasem siódma minuta, Zidane strzela z karnego pierwszego gola. Tłum szaleje. Matka się poddaje. Pozwala ponieść się emocjom i dwie minuty później widzi w przedniej szybie autokaru krasomówczo odmalowaną remisową bramkę strzeloną przez Materazziego. 110 minuta meczu. Zidane sprowokowany przez Materazziego, woli zakończyć pyskówkę buńczucznym uderzeniem z główki, czym przejdzie do masowej podkultury. Szaleństwo. Rzuty karne. Włosi po raz czwarty mistrzami świata!!!
Nie jeden raz podpierając brodę i patrząc w okno matka myślała o włoskich świetnościach. A obwożąc Kurę po Koloseum zastanawiała się jak to możliwe, że Włoch wielkie imperium zbudować potrafił. Pradziadek Kury w zawieruchach wojennych do czynienia z Włochem miał. Monte Cassino. Za wiele o waleczności Włocha nie potrafił powiedzieć.
Matka pyta się – dlaczego? Dlaczego Polak, choć taki w bojach zaprawiony i po świecie przegnany wciąż z najlepszych wzorców korzystać nie potrafi. Co najwyżej nieudolnie parodiuje realizując górnolotne pomysły. A Włoch? Włoch z jego pizzą i pastą potrafi takie placyki, takie zaułki oswajać i wplatać w powstałą dawno architekturę. Że każdy placyk za dekorację teatralną mógłby uchodzić. Że każdy zaułek jest grzechu wart. Tym czasem w Krakowie mamy znów architektoniczny gniot, który oczywiście za wielkie pieniądze (13 mln) powstał.
Pojechał Kura latem pełnym tę perełkę, ten odzyskany kawałek przestrzeni miejskiej obejrzeć.
Główna atrakcja – fontanna! 
Pochmurny, ale ciepły dzień. Woda tryska z otworów. Kura nie ma kaloszy, więc bezkarnie biegać nie może i nie powinien, bo fontanna ma obieg zamknięty, a więc do bezkarnego, radosnego pluskania się nie nadaje. Kura już lekko mokry i rzecz jasna szczęśliwy. Matka co chwila napomina wzywając do ostrożności. Oczekiwanie względem nowej architektury długo jeszcze będą się różnić. Główne założenie fontanny niby wpisuje się w secesyjne założenia (wyszedł trochę neobarok) mające nawiązywać do secesyjnego Pałacu Sztuki będącą galerią sztuki. Największe nazwiska tamtych czasów – Malczewski, Laszczka, Madeyski projektują dekoracje zewnętrzne: figuratywny fryz, który zmienność losu artysty ukazuje, dekoracyjny portal kolumnowy z Apollonem i popiersia największych mistrzów. I młodopolski mistrz Wyspiański, którego popiersie zdobi ścianę od strony Placu Szczepańskiego, musi teraz zerkać na tę kakofonię stylów: na fontannę, na czerwony porfir, na promieście ustawione kule, na kilka ławek pomalowanych w możliwie najgorszym z możliwych odcieni zieleni.
Kura dosiada rower. Jeździ po kwadratach wyznaczonych porfirem. Plac nie ma nastroju żeby tu dłużej przebywać. Nie chce się usiąść na ławce i poczytać książki, nawet przeglądać ogłoszeń kupna/sprzedaży się nie chce, nie chce się zjeść drugiego śniadania i nie chce się wypić kawy na wynos. Autorzy projektu próbują jeszcze zwabić mieszkańców i turystów kolorowym światłem i muzyką, ale w przewodnikach nie ma o czym pisać.

Od połowy XX wieku był parkingiem nim jednak został parkingiem stanowił, zaraz po sukiennicach, największy targ. Nim jednak został targiem wyburzono zabudowę pojezuicką i kościółek gdzie stacjonowały wojska austriackie. Wcześniej teren należał do miasta, jeszcze wcześniej do Komisji Edukacji Narodowej. XVI wiek to jezuici. Oni to do kaplicy  z 1425 św św Macieja i Mateusza oraz XIII wiecznego kościółka św Szczepana dobudowują i przekształcają okoliczne budynki w seminarium. Stary układ możemy zobaczyć na makiecie będącej elementem nowego wystroju.

Podsumowując – szkoda, że odzyskana przestrzeń miejska nie służy człowiekowi ani małemu, ani dużemu, ani we dnie, ani w nocy. Wystarczy tu przyjść raz i zobaczyć, co powstało na miejscu dawnego parkingu.
Może znów nam trzeba architektów, malarzy, rzeźbiarzy z Włoch sprowadzać. Swojego czasu gościli na naszych dworach i źle na tym nie wyszliśmy. Mamy włoszczyznę i Wawel!

Widok na fontannę i Pałac Sztuki

Kraków, Plac Szczepański

Kura i przestrzeń placu z secesyjną dekoracją Teatru Starego

Kraków, Plac Szczepański

Makieta Placu Szczepańskiego

Kraków, Plac Szczepański

Miasto: Kraków

Miejsce: Plac Szczepański

 

wtorek, 05 października 2010
Szydłów czyli polizać Carcassone i zdążyć przed Panem Bogiem.

Szydłów czyli polizać Carcassone i zdążyć przed Panem Bogiem.


Zaczyna grzmieć. Wtłoczony niemal na siłę w fotelik samochodowy Kura, odpływa przy piętnastym obrocie koła. Do przewidzenia. Matka nie rezygnuje z zobaczenia Szydłowa i po około 15 minutach jazdy, staje na przeciwko białych murów mocno odcinających się od granatowego nieba. Śpiący słodko Kura zostaje z tatą. Matka z rozwianym włosem biegnie przez parking. Mijana w pośpiechu staruszka bardzo chce matce sprzedać agrest. Ona też chce zdążyć przed Panem Bogiem. Wieje. Agrestu matka nie kupi, choć zaduma się nad tym zapomnianym owocem i rozpamięta dziadkowy sad z malinówką jesieną, z gruszą drobną, czereśnią na skraju i chaszczem po środku. Nad chaszczem suszyło się pranie, chaszcz drapiący jak młode kocię, chaszcz uginający się od czerwonego dojrzałego agrestu. Wyssany środek, wypluta włochata skórka. Teraz stoi tam dom piekarza.


Matka bardzo chce wejść i zobaczyć ten maleńki urbanistyczny układ zamknięty kilometrowym, średniowiecznym murem. Boczne wejście od strony kościoła św. Władysława. Przystrzyżony żywopłot, ławeczka, łysy staruszek patrzy zdziwiony, że matka biegnie i nie czuje, że to tak bogaty w historię kawałek świata, o którym wzmianki pochodzą już z 1191 roku. Strategiczne położenie na szlaku handlowym, który po scaleniu po rozbiciu dzielnicowym powoduje, że miasto rozkwita i korzysta z dobrodziejstw handlu. XIV wiek przynosi nadanie praw miejskich przez Łokietka. Kazimierz Wielki dostrzega znakomite położenie obronne i wznosi tu zamek warowny, kościół i mury z trzema bramami: Krakowską, Opatowską i Wodną. W XV w miasto rozkwita. Prężnie działają cechy rzemieślnicze, produkuje się sukno, buduje wodociągi i łaźnie. Pod koniec XVI wieku jedną trzecią mieszkańców stanowi społeczność żydowska, szanowana i traktowana na równi wobec prawa i religii, a świadczy o tym wzniesiona w obrębie murów - synagoga.
Potem przychodzi niestety wiek XVII. Oczywiście klęska pożarów mocno osłabia miasto, ale potop szwedzki i najazd Rakoczego sprawiają, że miasto już nigdy swej świetności nie odzyska. Niszczeje zamek, mury się sypią, zaraza dziesiątkuje ludność. Wiek XVIII i Maciej Sołtyk zagrabiający ziemie i popierający go Stanisław August Poniatowski. Czas rozbiorów:  najpierw Szydłów znalazł się na terenach objętych zaborem austriackim, potem rosyjskim. W drugiej połowie XIX wieku traci prawa miejskie. Podczas II wojny światowej utworzono tu getto, a ludność żydowską zgładzono w obozach koncentracyjnych. Socjalizm dla sztuki łaskawy nie był. Jego mecenat spowodował niewątpliwie zniknięcie magicznego oniryzmu z miasteczka.

Dziś Szydłów jest maleńką wsią wtłoczoną w średniowieczny układ urbanistyczny. Matka biega bojąc się, że nie zdąży przed ulewą, że odgłosy nadciągającej burzy wystraszą i zbudzą Kurę. Najpierw na matki drodze staje jedyna zielona enklawa z kościołem św. Władysława wzniesionym w celach pokutnych przez Kazimierza Wielkiego, który rzekomo rozkazał utopić kanonka Marcina Baryczkę. Kościół odbudowano po pożarze starając się nadać pierwotny kształt jedynie części prezbiterialnej. Z kościoła wychodzą ludzie. Nie tłumnie. Nie mszowi, choć to niedziela. To będą jedyni, jakich matka spotkała w swym morderczym biegu. Rzut okiem na pociemniałe wnętrze i dalszy bieg po średniowiecznym układzie wąskich uliczek. Dziś Szydłów to plac budowy. Wzmagający się przedburzowy wiatr unosi budowlany pył w górę. Matka mruży oczy. Ktoś parkuje. Ryneczek rozkopany z hałdami piasku. Gmina dostała unijną dotację. Renowacja rynku i murów kosztować będzie 7 mln zł. Remont dotyczy nie tylko przywrócenia dawnej świetności, ale tego, co umożliwi normalne funkcjonowanie jego mieszkańcom, a więc i kanalizacji deszczowej i ściekowej. Matka mija kilka małych chatek. Małe chatki posiadają małe podwórka, a na małych podwórkach maleńkie piaskownice. Nie ma tu placu zabaw, nie ma bankomatu, nie ma restauracji, nie ma chociażby domu oferującego noclegi. Miasteczko ludzi starych. Kto młody - wyjeżdża. Brama Krakowska stoi otworem. Jest piękna i przypomina zwiedzającym o dawnej świetności miejsca. Nad nią dziura w niebie. Kropi. Może to i dobrze. Pył usiądzie. Przy bramie niezagospodarowane chaszcze i drewniane słupy. Dalej Matka pędzi obejrzeć przez kratę dziedziniec zamkowy. Spalona słońcem trawa czeka na deszcz. Bilet na wszystkie atrakcje do kupienia w budynku bramy wjazdowej. Matka żałuje, że nie ma czasu. Kontenery przy ruinach Zamku, który szczęścia nie miał. Średniowieczny na planie prostokąta z kaplicą wewnętrzną, niegdyś dwukondygnacyjny. Kilka zdjęć. Rzut oka na Skarbczyk w drugim końcu dziedzińca. Robi się ciemno. Matka kieruje się w stronę jasnego jeszcze nieba. W stronę synagogi. Kilka kolejnych wąskich uliczek. Nowoczesny budynek szkoły pasujący jak pięść do nosa. Przy synagodze zaparkowane auto. Kilka dużych drewnianych rzeźb. Odrestaurowany późnoresansowy  budyneczek synagogi, z dobudowanym drewnianym przedsionkiem mieści dziś maleńkie muzeum. Bilet – 2 złote. Miły pan otwiera mi drzwi. Pachnie farbami olejnymi w związku z wystawą obrazów. Chanukije, kilka rzeźb w brązie, wielki – 4 metrowy, drewniany posąg Mojżesza. Jasno. Nie odkryte polichromie czekają na sponsora. Z zewnątrz, ta jedna z najstarszych synagog naszego kraju, ma chcarkter obronny. Trzy minuty. Matka biegnie do chłopaków. Zaczyna padać. Ruszamy w kierunku Krakowa mijając Bramę Krakowską. Z tej perspektywy wydaje się, że za nią znajdziemy uśpione miasteczko z onirycznym nastrojem. Może kiedyś, może po zakończeniu inwestycji wszelkich. Może ktoś pomyśli o nie budowaniu tu więcej budynków niepasujących do całej reszty. Może będzie można usiąść na ryneczku i wypić kawę. Nie musi być bankomatu.
Wiem, że z Kurą nic byśmy nie zobaczyli. Wiem, że Kura miałby zasypane oczy pyłem. Wózek się nie sprawdzi, może fragmentami. Przespał burzę i ulewę, która złapała nas zaraz za Szydłowem. Spowolniła wprawdzie powrót do domu, ale (przynajmniej) matce pozwoliła na samochodowy relaks i pobożne życzenia wszystkiego co najlepsze dla Szydłowa!

Mury Szydłowa, wejście od kościoła św. Władysława

Szydłów

Kościół św. Władysława

Szydłów, kościół św. Władysława

Brama Krakowska

Brama Krakowska, Szydłów

Ruiny Zamku

Zamek, Szydłów

Skarbczyk

Szydłów, Skarbczyk

Rozkopany Rynek Szydłowa

Szydłów

Szydłów

Synagoga

Szydłów, synagoga

Wnętrze synagogi

Szydłów, synagoga

Zabytkowa studnia

Szydłów

Miejsce: Szydłów

 

 

piątek, 10 września 2010
Kura w Barbakanie

Kura w Barbakanie


Jak matka była mała, bała się różnych rzeczy. Na przykład, że jej własna matka z pracy nie wróci, że nie zobaczy po południu roweru opartego o ceglaną ścianę domu i nie będzie mogła pogrzebać (w zostawionej na kierowniku, zakupowej torbie z napisem BIG SHOPPING) w poszukiwaniu pączka. Bała się kogutów, do dziś nosi dwa ślady po ataku. Bała się grzmotów burzy, jakby to one były głównym powodem nieszczęść.

Kura zauważył Barbakan. Szedł wtedy od strony Placu Matejki, który jest pozostałością po średniowiecznym przedpolu. Kura wiosną bał się Barbakanu (syczało), ale czy zapamięta swe irracjonalne uczucia względem tej średniowiecznej budowli?
Łatwo swój strach zapamiętać, pielęgnować i podsycać, kiedy się zdjęcia z samym sobą lubi oglądać. Barbakan zrodził strach, ale i zwyczajną ludzką ciekawość.

Latem, kiedy przestało w Barbakanie syczeć (zakończono remont kazamtów), Kura postanowił swój strach przełamać. Najpierw zwolnił kroku mijając ceglane mury wzniesione z intencji Jana Olbrachta, obawiającego się najazdów z tureckiej strony. Potem chwytem za kaptur matka odwodzi Kurę od pomysłu radosnego zbiegnięcia po ładnie przystrzyżonej trawie porastającej dół, który niegdyś był 26 metrową fosą.

Niepełne koło, średnica wewnątrz mierzy 24 m. Mur o trzy metrowej szerokości w dolnych partiach. 130 otworów strzelniczych rozmieszczonych na czterech poziomach. 7 wieżyczek – stanowisk obserwacyjnych. Machikuły – ganek wystający przed lico budowli z otworami w podłodze ku rażeniu wroga smołą i co tam pod ręką. Bronił miasta i obok położonego Arsenału. Nie do zdobycia w owych czasach. Wróg mądry, atakował więc od strony Kazimierza. Niezdobyty, ale ledwie ocalał podczas akcji wyburzania murów w połowie XIX w. (nie przetrwał warowny korytarz łączący go z Bramą Floriańską) Realizowano Planty. Materiał z rozbiórki murów miał posłużyć do innych realizacji, bardziej miastu przydatnych.

Matka kupuje bilet – 7 zł normalny. Wchodzimy na dziedziniec, na którym w sezonie (bo B. tylko w sezonie otwarty, czyli od kwietnia do października) można tańce dworskie i bijatyki rycerskie oglądać. Wychodzą Francuzi, a koleżanka bileterki konsumuje w podcieniach śniadanie. Totalnie pusto. Matka nastawia się, że Kura tuż po zakupie biletu, tuż po wejściu na dziedziniec zechce się wycofać. Parkujemy wózek. Kura wdrapuje się po schodach. Matka asekuruje i pilnuje kierunków zwiedzania co w B jest bardzo ważne. Kura zachwycony, biega w koło wąskim korytarzem raz po raz zatrzymując się, żeby wyjrzeć przez otwór. Pewnie sprawy sobie nie zdaje, że biega w koło.
- Chces kupę! – odbija się echem od średniowiecznych murów. Matka porywa dziecię na rękę i zbiega jak na skrzydłach ze stromych schodów. Pani stojąca przy kasie wskazuje drzwi za rogiem. To miłe - myśli Matka. Wąski korytarzyk z drzwiami na haczyk zakończony muszlą – toaleta tylko dla personelu, innej nie ma!
Kura wraca na schody. Biega jeszcze godzinę po tym kawałku średniowiecznego świata nie zdając sobie sprawy, że Barbakan mamy lepszy niż francuskie Carcassonne
.

Widok na Barbakan od strony murów

Barbakan, Kraków

Średniowieczny środeczek

Barbakan, Kraków

Barbakan, Kraków

Miasto: Kraków

Miejsce: Barbakan

 

środa, 28 lipca 2010
Kura na Wawelu

Kura na Wawelu

Matka Kurę zapchać może wszędzie. Grzecznie Kura spędzi w wózku 30 minut marszu i więcej nawet, jeśli tylko u kresu podróży czekać będzie nagroda. Tego wiosennego dnia matka chciała usiąść na dziedzińcu Wawelskim, usiąść, oprzeć się o mur, wyciągnąć nogi, wyjąć z koszyka wózka kubek termiczny z własną kawą i popatrzeć na cienie rzucane przez ludzi.

Kura dociera, bardzo chce do Jamy Smoczej zajrzeć i kręci się przy wejściu. Matka spokojnie siorbie kawę i spokojnie nawołuje Kurę, żeby się już przestał tam kręcić, bo i tak nie pójdzie. Z wózkiem nie ma co począć. Potem okazuje się, że kręci się bo jest ładunek, czyli pełny pęcherz. Nim matka odłożyła kubek z życiodajnym płynem, Kura już stoi pod drzewkiem i ściąga portki. W zakamarkach pamięci odszukuje matka miejsce z toaletą. Trzeba by gnać na dziedziniec zamkowy i skierować się w stronę ściany kurtynowej. Za późno. Trawnik - miejsce zakazane na oddawanie moczu, ale do innego matka już nie zdąży.  Porada taka: nim zaczniecie drogie mamy zwiedzć, czy to Wawel czy inne szacowne miejsce, pierwszą myślą niech będzie zlokalizowanie toalet.

Matka marzy o zobaczeniu swej ulubionej kaplicy w Katedrze. Namawia syna na kościół, a Kura mimo swego pogaństwa chętnie się zgadza. Mimo początku tygodnia i przedpołudniowych godzin ludu sporo. Teren dziedzińca zewnętrznego, gdzie można było oglądać porośnięte trawką relikty pierwotnych zabudowań wzgórza: kościół św Michała, Jerzego, dom kanonika Jana Borka otoczono, zdradzającym prace remontowe, ogrodzeniem. Płot trwać będzie do 2012 roku. Do tego czasu za ok. 13 mln zł wyremontowana zostanie nierówna nawierzchnia pochodząca z lat 60 ubiegłego stulecia. Ma być przyjaźnie wszelkiego rodzaju wózkom czy to inwalidzkim, czy to dziecięcym. Kawiarenka przy wejściu na wystawę „Wawel zaginiony” nieczynna. Matka się cieszy, że ma swoją kawę a dziecko wodę.
Wejście do Katedry to nasz odwieczny problem. Główne jest nie do pokonania. Poza tym wyznaczono specjalne dla niepełnosprawnych. Matka z wózkiem się kwalifikuje, więc gna ku niemu w nadziei, że metalowe szyny w sezonie letnim są ekspozycją stałą! „Przejśća nie ma” - głoszą napisy w kilku językach. Matka widzi szyny oparte o ścianę, ale nie będzie robić sceny. Kura gramoli się o własnych siłach, a matka wciąga lekki już wózek. Nie zostawi go przecież przed wejściem, a nóż jakiś nadgorliwy ochroniarz wezwie specjalistów od rozbrajania bomb. Nastąpi ewakuacja wzgórza i matka Kaplicy Świętokrzyskiej nie obejrzy. A kaplica to piękna, pokryta malowidłami ruskimi – matka już o niej wspominała TU. Kura na smutne anioły uwagi nie zwraca, nie zwraca uwagi na kolorowe witraże projektu Mehoffera, ale pyta – wskazując paluszkiem na wciśnięty w róg kaplicy baldachimowo – tubowy nagrobek Kazimierza Jagiellończyka, dłuta Wita Stwosza.
Kura: co to?
Matka (po krótkim namyśle): król tu spi.
Kura (bez namysłu): obudzić króla!
Matka: tego króla nie da się obudzić.
Odpowiedź mało satysfakcjonująca, mało lotna, więc rodząca niezadowolenie. Wychodzimy, a Kura dalej katedry zwiedzać już nie chce. Zawracamy i niezgodnie z kierunkiem zwiedzania ruszamy ku wyjściu dla niepełnosprawnych. Mamy szczęście. Trafiliśmy na niepełnosprawnego, który akurat wyjeżdżał. Obsługa zwija szyny jak czerwony dywan. Matka pyta, czy może. Może. Obsługa asekuruje wózek. Miłe.
Kura z chęcią zażywa słońca na dziedzińcu zamku. Tak jak sobie matka wymarzyła. Oparta, z wyciągniętymi nogami, z kubkiem własnej, ale kończącej się już kawy, obserwuje wspinającą się po schodach pociechę oraz dwie kobiety wschodniego pochodzenia.
A obiecaną nagrodą za to miłe przedpołudnie będzie czekoladowe ciacho! Matka na pewno napełni sobie kubek.

Z Katedrą w tle

Wawel, Kraków

Katedra Wawelska - wejście dla niepełnosprawnych

Kraków, Katedra na Wawelu - wejście dla niepełnosprawnych

Dziedziniec Wawelski

Kraków, Wawel

Miasto: Kraków

Miejsce: Wawel

 

środa, 07 kwietnia 2010
U św. Wojciecha, czyli spełnione marzenie małego poganina!

U św. Wojciecha, czyli spełnione marzenie małego poganina!

Kura dyktuje warunki. Nie zawsze oczywiście, ale ma prawo decydować o tym, co chce usłyszeć do poduszki. Obecnie Kura preferuje: Calineczkę, czasem Smoka Wawelskiego, pasjami wracamy do mądrego Pana Kuleczki. Czasem jednak trzeba coś więcej dać z siebie! Zaśpiewać np. o zielonym sklepie z Grodzkiej na melodię „W stepie szerokim…”. A czasem Kura życzy sobie opowieści z życia… jak to dzielnie zniósł wizytę u pani doktor, albo o małym, białym kościółku, do którego nie mógł wejść, bo nie miał zaproszenia. Pamiętliwy jest!

Dwa tygodnie temu mieliśmy piękne wiosenne intro. Umówiłyśmy się z „D”, że zabierzemy dzieci na Rynek. Brać wózki czy nie brać? Oto dylematy matek. Do autobusu 130 – wiecznie zatłoczonego i raz na jakiś czas niskopodłogowego, ciężko będzie się dostać.
Kura ubrany, wsadzony w wóz. Ze szczęścia przebiera nogami. Po pierwsze: spotka się z „A”, po drugie: „jedzies na Lynek”. Pędzimy po bilet. Pokonujemy krawężnik i wózek pęka. Drugi raz, w tym samym miejscu. Nowy stelaż. Obciążenie prawidłowe. Kura waży jak kura – 13,5 kg. Wracamy żeby zostawić wózek. Problem rozwiązany. Dzwonię do „D”, że wózek zostaje. Ruszamy na pieszo na spotkanie dziewczyn. One też mają pecha. Pęka ucho od utorbienia, więc konieczna wymiana z przepakowaniem. Docieramy na przystanek. Czekamy jednak ponad 15 minut. Kura wie, że przyjedzie niebieski, Kura wie, że w Warszawie jeżdżą czerwone. Przyjeżdża zatłoczony, ale miłe ludziska miejsca ustępują. Jakby ludziska nie ustąpiły same, to matka by głośno i wyraźnie przeprosiła (polecam wszystkim mamom - z lubości lub konieczności - podróżującym autobusem – upatrzonej „ofierze” spojrzeć w oczy i personalnie powiedzieć: przepraszam, chciałabym tutaj usiąść!!!) Wiadomo, z dzieckiem na ręku niebezpiecznie, na podłodze przy nodze nie postawisz, bo zadepczą.
Kura coś jeszcze dywaguje, ale w okolicach zatłoczonego Kleparza schodzi. Głowa wisi, włosy pieją, a ja truchleję. Za nic się nie obudzi!
Wysiadamy na Pawiej. Kura wisi na rękach mimo próśb i obietnic. Obietnica była taka – jedziemy na Rynek, ale wejdziemy do Smyka po nowiutką, żółtą ciastolinę. Kura nadal śpi. Na szczęście w galerii odmyka na chwilę oko i ożywa. Dobiega go szum fontanny i już przebiera trampkami. Potem „Smyk”, wybór ciastoliny, kilka razy wędrówka przez tunel i co za tym idzie - kilkakrotny zjazd do basenu z piłkami. Wywabiamy dzieci z galerii i Szpitalną udajemy się na Rynek. Kura na przysłowiowego „barana”. Gonitwy wokół Mickiewicza, karmienie gołębi dopiero, co zakupionym preclem, którego tylko kawałek zniknął w paszczęce Kury. Dziewczyny udają się po napoje, a pamiętliwy Kura biegnie w kierunku małego, białego kościółka, do którego nie mógł wejść w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia. Nie mógł wejść, bo odbywał się tam ślub, a u Kury ani kwiatów ani zaproszenia.

Kościół św. Wojciecha - malowniczy i malutki położony u wyjścia na Grodzką. O patronie matka nasłuchała się w głębokim dzieciństwie. Salka katechetyczna jeszcze wtedy poza murami szoły, w środku pomalowane na sraczkowato ławki bez oparć i ksiądz „F” - gruby i rozpostarty na krześle, nim rozdzielił żółty ser z darów, długo i namiętnie mógł o nim rozprawiać, bo rodzinna parafia matki na podłódzkiej wsi, pod tym samym wezwaniem. A że to pierwszy męczennik polski, choć człek pochodzący z Czech, a że Chrobry wykupił jego ciało za wagę złota, a że pochowany w Gnieznie. Jedna z legend głosi, iż to właśnie spod wówczas, drewnianego kościółka usytuowanego na południowym krańcu krakowskiego Rynku, wyruszył Wojciech na swą ostatnią misję do Prus.
Najstarsze romańskie relikty sięgają X wieku. Dziś możemy podziwiać XII wieczną romańską bryłkę, przypominającą zaledwie kaplicę na planie kwadratu, przebudowaną w dobie – a jakże - baroku. Kura na pewno podziwia  biel otynkowanych częściowo ścian kościółka kontrastujacych z piękną barokową kopułą z latarnią, oraz nowym portalem. Stary prowadzi do podziemi, gdzie prezentowane są dzieje Rynku z jego strukturalnymi zmianami. Zwarty w bryle, na planie kwadratu z prostokątnie zamkniętym prezbiterium, dobudowaną kaplicą i niszami. Matka takie kościółki nazywa pieszczotliwie „bombonierkami”.

 
Kura biegnie, co tchu ku drzwiom. Ślepnie po wejściu z zalanego słońcem placu do ciemnego małego pomieszczenia. Kościół wygląda zachęcająco dla niepełnosprawnej osoby. Niby łatwy do pokonania, a jednak trudny. Wąskie drzwi, próg, schodek w dół.

Tym czasem Kura usiłuje się przeżegnać patrząc na mnie. Pomagam mu bezgłośnie, bo wiem, że wraz z plaśnięciem łapek padnie bardzo głośne i żywiolowe „amen”. Jedyny świadek religijnych zapędów Kury, odwraca siwą głowę. Na szczęście siwa głowa nie wie, że to mały, nieochrzczony poganin. Zaglądamy w oko błękitnej kopuły. Mały nieochrzczony poganin nie wie, że z tęczowej belki spogląda na niego Chrystus z „prawdziwymi” włosami! Jest dość ciemno więc jak bardzo Kura chciał wejść, tak bardzo chce wyjść. Siada na pobliskim murku i zjada lunch – szarlotkę domowej roboty. Dziewczyny wracają z napojami, a potem powoli czałapiemy na obiad. Kura zajmuje wygodną pozycję na matczynych barkach i nie wie, ze za 18 dni zatrzyma się na dwie noce w pewnej podłódzkiej wsi i pójdzie obejrzeć drewniany kościółek pod wezwaniem św. Wojciecha.

Kiepskie zdjęcia św. Wojciecha

Kościół św. Wojciecha, Kraków

Kościół św. Wojciecha, Kraków

Miasto: Kraków

Miejsce: Kościół św. Wojciecha, Rynek Główny


 

piątek, 12 marca 2010
Kura, św. Andrzej i Frantic

Kura, św. Andrzej i Frantic

Matka nie wie, dlaczego wiesza się na nim psy, a wiesza się. Psioczy się, że taki piękny, romański, obronny, a w środku rozczarowanie, bo barok. I czemu się tak tego baroku nie lubi? Bo sprofanował tyle piękniejszych miejsc? Bo chciałoby się po wejściu do kościoła romańskiego zobaczyć wystrój romański, nietknięty przez zmieniającą się modę. Dziś dostaje się w spadku mieszkanie z kuchnią, którą należałoby wpisać na listę UNESCO. Nikt się jednak nie zastanawia. Wymienia się podłogę, instalację, a potem po meble do IKEA. Nasze czasy unicestwiają architektoniczne gwiazdy modernizmu. Na łamach gazet wybuchają dyskusje – skuwać mozaikę na Biprostalu, czy nie skuwać. Inwestor myśli o ekonomii, chce ocieplić budynek, środowiska twórcze pieją o niewątpliwych walorach artystycznych tej 55 metrowej mozaiki.
Inne czasy, inna skala, ale pobudki podobne.


Latem kościoły krakowskie bywały dla nas wybawieniem od upału. Bywały oazą cienia i spokoju świętego. Jeśli tylko matka  naobiecuje łazikowanie po schodach, to Kura cierpliwie w wózku jedzie przez 40 minut chrupiąc pieczywo ryżowe. Dziś o obiekcie, którego sylwetka widoczna z rynku zapowiada spotkanie z architekturą romańską. 

Grodzka 54. Teren dawnej średniowiecznej osady – Okół, który stanowił podgrodzie, ale są też wzmianki, że Okół posiadał przez chwil parę osobiste prawa miejskie.  Po ostatnią ćwierć XI wieku mecenat należał do władcy lub władz kościelnych. Kościół św. Andrzeja natomiast, powstał po 1086 r z inicjatywy bogacącego się na fali feudalizmu wojewody krakowskiego – Sieciecha i stanowi skromny, lecz jeden z najlepiej zachowanych obiektów tamtych czasów. Przy kościele św. Andrzeja nie ma tłumów. Raz po raz zachodzi tu pojedynczy turysta. Pod murem klasztornym akordeonista wygrywa motyw z Frantica, którego matka początek widziała razy kilkanaście, ale nigdy końca.
Kura oswobodzony. Są upragnione schody. Wiodą nas przewrotnie w dół, sprowadzając do średniowiecznego poziomu, skąd trumno jednak podziwiać zmasowane i ciężkie piony budowli. Kościół wydaje się być makietą, zawierającą wszystkie elementy wielkich bazylik. Staranny, dwubarwny wątek ciosanego kamienia podnosi walory, ale nie pozwala zapomnieć o funkcjach obronnych, o których świadczą wysoko umieszczone otwory okienne oraz mury o grubości 1,6 metra. Masywność fasady łagodzi trójdzielne okno, które przygotowuje widza do ażuru strefy wieżowej. Liczne otwory okienne w ośmiobocznych wieżach i dodane w okresie baroku chełmy stanowią kontrast dla surowego dołu. Kontrast ten najbardziej jednak widoczny jest po wejściu do środka. Kura z lękiem patrzy na ciemny otwór, wiedziony jednak naiwną, dziecięcą ciekawością decyduje się przekroczyć próg. Matka widzi jak staje przed masywną kratą i zadziera głowę w stronę wpadającego światła. Około 1320 r. kościół i przyległe tereny pozyskują klaryski – zakon o surowej regule. Budują na tyłach klasztorne budynki a potem od reszty świata odgradzają się masywną kratą, przez którą matka pstryka fotę barokowym cudeńkom Fontany. Kura wybiera jednak naturalne światło i kontempluje dzień długo biegając po schodach, a potem stojąc w bramie gapiąc się na przechodniów. Matka natomiast siedzi na schodku i patrzy czy potomstwu nie dzieje się krzywda i czy potomstwu nie zaświta nagle myśl, aby ruszyć przed siebie. Owszem taka myśl zaświtała.

To kolejny kościół niedostępny dla niepełnosprawnego. Matka wprawdzie wciąga wózek za próg bramy ale, ustawia go w widocznym miejscu przed schodami. Klaryski niedostępne i Fontana niedostępny.

Św Andrzej z Grodzkiej

Kościół św. Andrzeja, Kraków, Grodzka 54

Barokowy portal a w nim Kura

Kościół św. Andrzeja, Kraków, Grodzka 54

Cudeńka Fontany

Kościół św. Andrzeja, Kraków, Grodzka 54

Kontenplacja Kury na progu

Kościół św. Andrzeja, Kraków, Grodzka 54

Miasto: Kraków

Ulica: Grodzka 54

Miejsce: Kościóół św. Andrzeja

sobota, 20 lutego 2010
O zanieczyszczeniu rafy i tego konsekwencjach, czyli na co patrzy Sfinks

O zanieczyszczeniu rafy i tego konsekwencjach, czyli na co patrzy Sfinks

Pierwszy raz zostawiam Kurę na całą noc i cały dzień i całą noc. Stresik jest, choć chłopaki świetnie sobie sami radzą. Przed wyjazdem uprzedzam oczywiście synka o swoich planach. Kura myśli… myśli i stwierdza wreszcie – „mama jedzie do Kailu kupić nowe okulaly”. Tak! Matka ma pecha, jeśli chodzi o okulary. Na każdym wyjeździe traci parę. Tym razem szkiełko wypadło na oczach Kurki i poturlało się – a jakże - wprost do szpary w pomoście, żeby wpaść przez tę szparę do morza. Tak to matka niechcąco zanieczyszcza rafę! Do końca wakacji matka jednak daje radę bez okularów. Podróbki D&G nie są w jej typie, więc pierwszy raz będzie miała równo opaloną twarz.
Żeby zwiedzić Kair trzeba opuścić Synaj, żeby opuścić Synaj, trzeba mieć wizę (pisałam o tym wcześniej) Półwysep Synaj geograficznie należy do Azji. Od  1967 (wojna sześciodniowa), aż po 1982 ów turystyczny raj pozostaje pod okupacją Izraela. Na mocy porozumień wraca do Egiptu, który zostaje zobligowany do ograniczenia wojsk na tych terenach.
Matka wizę ma, należycie wklejoną i zastępowaną przez wąsatego urzędnika. Urzędnik na każdym kroku dziwić nie powinien. Kraj walczy z bezrobociem poprzez tworzenie stanowisk. Na przejściach granicznych jeden sprawdza, drugi sprawdza, trzeci sprawdza, porównuje zgodność zdjęcia w paszporcie z oryginałem i czy jego poprzednik czegoś przypadkiem nie przeoczył.
Matka całuje zatem syna, raz jeszcze opowiada gdzie jedzie, usypia a potem cichaczem w środku nocy wymyka się z hotelu, wsiada w autokar i rusza do Kairu. Zatrzymujemy się po drodze w kilku innych hotelach w celu zebrania wycieczkowiczów. Trafia się rzecz jasna rozrywkowa ekipa, którą matka nazwie „Grupa Rzeszów”. „Grupa Rzeszów” usadawia się tuż za matką i od razu rozpoczyna konsumpcję napojów alkoholowych. Matka rozkłada oba siedzenia i zasypia tak jak „Grupa Rzeszów”, która okazała się marnym zawodnikiem.
Koło 6 rano, docieramy do pierwszego postoju. Wschód słońca. Stacja benzynowa z czymś w rodzaju jadłodajni. Przeterminowane słodycze, brudne okna, oszalały wzrok autochtonów sprawia, że matka rezygnuje z porannej kawy. Wychodzi na drogę mijając chaszcze, w których niezliczona ilość ptactwa wydaje oszałamiający świergot i patrzy na pustą drogę przecinającą pustynię. W tej jednej sekundzie poczuła się matką na hajłeju. Szybko przeszło. To tylko wycieczka do stolicy kraju. Zadziałał kolor, przestrzeń i brak szwędającego się w okolicach kolan potomstwa.

Dojeżdżamy. Miasto moloch, największe na kontynencie, borykające się z zanieczyszczeniami. Wąskie, ślepe uliczki. Balkonik w balkonik, albo malutkie okienko w malutkie okienko. Brak opadów sprawia, że domy są szare i brudne od pyłów naniesionych z pustyni. Niezliczona ilość ludności, około 2 mln żyjących w skrajnej nędzy w „Mieście Umarłych” – stare cmentarzysko, które widzimy tylko z okien pędzącego ku barce autokaru.
Pierwszy punkt wycieczki – rejs po Nilu. Matka się skusiła, bo chciała kości rozprostować. Zmarzła. Słońce okazało się złudne. I tak jest najcieplej ubrana. Nie chce myśleć, co czują inni. Rejs trwa pół godziny. Matka w jedną stronę coś widzi a w drugą nie, bo okularów na nosie brak.
Przewodnik mówiący nieźle po Polsku, zabiera nas do Muzeum Egipskiego. Pełno tu wojska i policji. Kolejka rusza szybko. Skanowanie podręcznych i jesteśmy na dziedzińcu. Dostajemy słuchawki, ale aparaty fotograficzne lądują w różowym, plastikowym koszyku i znikają Bóg wie gdzie. Nie wolno ich wnosić do muzeum. Chodzimy w miarę składnie oglądając, co ciekawsze skorupy i inne złote maski w wysokich przestronnych salach, które muszą pomieścić kamienne kolosy przedstawiające faraonów i ich żony w porządku chronologicznym. Uwagę niewątpliwie zwraca Złota Maska Tutenchamona wyeksponowana w oddzielnej sali, do której gęsiego podążają Rosjanie, Japończycy i my. Jak widać nie tylko Rosjanie złoto lubią. Warto. W muzeum jak to w muzeum, dużo schodów i tłumy. Nie do zwiedzania z dwulatkiem, wózkiem i innymi akcesoriami. Wolny czas matka wykorzystuje na łażenie między papirusami i skarbami powyciąganych z grobowców. Schodzi na kawę i snickersa, bo głód zajrzał w oczy. Pakiet śniadaniowy w połowie nie do przełknięcia.
Przewodnik już czeka pod drzewem trzymając różowy koszyk. Wszyscy ulgą wyciągają swoje aparaty. Matka od razu odpala sprzęt i przegląda zdjęcia. Zatęskniła do chłopaków.
Potem następuje zwiedzanie starej części Kairu. Odwiedzamy koptyjski kościół św. Sergiusza, w którym właśnie kończy się msza. Niewątpliwie przeszkadzamy, ale każdy chce zobaczyć piękny ikonostas, matka też. Opierając się o jedną z kolumn przez momentów kilka uczestniczy w obrządku. Kościół wzniesiony w IV i jak powszechnie się uznaje wzniesiono go na miejscu groty gdzie schroniła się Święta Rodzina podczas ucieczki z Egiptu. Nasz przewodnik również jest koptem – posiada niewielki tatuaż w postaci krzyża na wewnętrznej stronie nadgarstka. Zaglądamy też do jednej z najstarszych synagog świata – Ben Ezry, która przechodzi rzecz jasna wiele budowlanych zmian. Być może powstała na długo przed narodzinami Chrystusa.  Tutaj w 1763 r znaleziono genisę (miejsce na przechowywanie) a w środku 100.000 cennych rękopisów, w tym hebrajski oryginał Księgi Syracha.
Brukowanymi uliczkami podążamy w kierunku zielonego autobusu. Matka i cała reszta, łącznie z rosłą „Grupą Rzeszów” mocno zgłodniała. Dojeżdżamy do Gizy, trzeciego co do wielkości miasta Egiptu. Miasto położone ok. 20 km od Kairu łączy się z nim tworząc aglomeracyjną całość. Spośród niedokończonych budynków i śmietnisk wyłaniają się czubki Chefrena, Cheopsa i Mykerinosa – najbardziej znanej nekropolii świata, ale najpierw obiad.

Matka marzyła żeby zobaczyć piramidy. Widziała je setki razy na reprodukcjach, ale nie sposób wyobrazić sobie ogromu i usytuowania w przestrzeni. No i na co patrzy Sfinks… Zimno. Kropi. Wiatr targa różowy szal matki. Gwarno, pełno dzieci pragnących zrobić zdjęcie za niewielki pieniądz amerykański. Matka wsiada na wielbłąda i w karawanie innych wycieczkowiczów pozwala się zaprowadzić małemu chłopcu na pustynię, skąd rozpościera się piękny widok na piramidy – bez autokarów w tle. Matka nie ufa swojemu wielbłądowi.
Wolny czas matka spędza na siedząco opierając się plecami o Cheopsa. Nie ma jednak spokoju. Co chwilę ktoś chce coś matce sprzedać. Potem dwóch chłopców chce zrobić sobie z matką zdjęcie, choć matka ani piękna ani młoda. Matka pozwala, ale chce potem niespodziewanie dla chłopców - dwa dolary. Potem przychodzi wąsaty strażnik, przegania chłopców i tym samym pozbawia matkę zarobku, ale proponuje matce, że zrobi piękne pamiątkowe zdjęcie. Matka rezygnuje z bycia sam na sam z piramidami. Ku niedalekiemu Sfinksowi zawozi nas autokar. Wychodzi słońce. Matka już wszystko wie. Domyślała się, że kolos patrzy na miasto, ale nie wiedziała, że miasto podeszło tak blisko. Wielokrotnie zasypywany przez piach naniesiony z pustyni, co można zobaczyć na wielu starych rycinach. Dziś oczywiście odkopany, odnowiony, ale wciąż w rusztowaniach. Okaleczony w 1378 bezpowrotnie utracił nos i oczy pozyskując oblicze, które zna każdy. Matka pstryka zdjęcia i już wie, że na blogu umieści zdjęcie Sfinksa od tyłu, żeby każdy kto tu zajrzy mógł się przekonać na co ów patrzy.

A najpierw Swinks i piramidy z rodzinnych albumów w obiektywie pradziadka Kury Sfinks, Giza

Piramidy, Giza

Hajłej matki

W drodze do Kairu

Giza i wyłaniające się piramidy

Giza

Cheops, Chefren, Mykerinos z wilbłąda

Cheops, Chefren, Mykerinos

Panorama spod piramid

Panorama Kairu

Na co patrzy Sfinks

Sfinks

Miejsce: Egipt - Kair - Giza


 

czwartek, 22 października 2009
Rekiny biznesu czyli Ora et labora!

Ora et labora

Skoro zamawiamy pizzę oznacza to, że mamy więcej czasu, bo obiadu nie trzeba gotować. Prosto z kopca jedziemy zatem do Tyńca.

Doskonale pamiętamy, kiedy byliśmy tam ostatnio razem. Był to słoneczny niedzielny dzień 3 kwietnia 2005 roku. Jeden z najbardziej kontemplacyjnych poranków w Polsce. Poranek po śmierci Jana Pawła II. Minęło zatem trochę czasu, a odległość przecież tak niewielka – jakieś 12 km od centrum Krakowa. Kiedyś wybrałam się tam na wycieczkę rowerową. Odległe czasy. Kupiłam sobie w przydrożnym sklepie paczkę  Corn Flakes z miodem i zżarłam siedząc na trawie oparta o rozsypujący się mur.
Kura jest tu po raz pierwszy. Mur odrestaurowano pięknie jak i całą resztę klasztornego gospodarstwa - tfu – kompleksu!
Benedyktyni (najstarszy katolicki zakon) przybyli do osady w połowie XI wieku i z ramienia Kazimierza Odnowiciela zostali osadzeni w Tyńcu.
Na naturalnie ukształtowanym skalistym terenie, tuż nad Wisłą, wznoszono po kolei zabudowania drewniane, a następnie kamienne i wraz z upływem wieków dodawano kolejne elementy podkreślając obronny charakter klasztoru –  gruby mur, wieże, blanki, strzelnice, niewielki zamek, który po utracie znaczenia obronnego stał się najzwyklejszym domem opata. Trójnawowa romańska bazylika, której fragmeny pozostały do dziś, wraz ze zmieniającymi się epokami pozyskiwała nowy wystrój – najpierw gotycki (część prezbiterialna), a ostatecznie barokowy (nawa główna) z rokokowym ołtarzem z czarnego marmuru i piekną amboną.
Jak to zwykle bywa, klasztor to podupadał to się podnosił. Pierwszy rozbiór i zabór austriacki – zamknięcie. Po pożarze w 1831 klasztor opustoszał na sto lat i dopiero po zakończeniu wojny zaczęto jego powolną, systematyczną odbudowę. Dziś jest jednym z najbogatszych klasztorów w Polsce. ORA ET LABORA!!!
Kurka zdołał po drodze z kopca zasnąć, ale trzeba go było perfidnie obudzić, bo wózek został w domu. Nie ma z tym problemu. Senny jeszcze zostaje wtłoczony do nosidła żeby na dobre się obudzić w tunelu, czyli sklepionej bramie wiodącej na dziedziniec. Dziedziniec mimo niedzieli nie jest zatłoczony. Unosi się nad nim duch biznesu. Oj można się od braciszków przedsiębiorczości uczyć… Mamy tu oprócz pięknie odrestaurowanych zabytkowych budowli dwie restauracje, centrum konferencyjne, i świetnie prosperujący sklep (również on line) z wiktuałami opartymi na recepturach z benedyktyńskiego zielnika. Kupujemy smalczyk ze skwarkami (bdb), nalewkę od siedmiu boleści oraz muffinka. Muffinek z posmakiem piernika, znika w gardle Kurki w okolicach zabytkowej studni z XVII. Studnia i jej altanowa forma bardzo się podoba Kurce. Nawet nie wspominamy o jej głębokości żeby nie prowokować ochoty.

Z toalet nie korzystaliśmy, ale jak donoszą organizatorzy tegorocznej akcji: „Miejsce przyjazne dzieciom” to jedyny klasztor w Krakowie posiadający w toalecie przewijak!!! Organizuje się tu również warsztaty edukacyjne dla dzieci w wieku szkolnym – cena około 18 - 26 zł.

http://www.benedyktyni.eu/index.php?option=18&action=articles_show&cat_id=185&art_id=567&menu_id=492&page=291&lang=pl

Dziedziniec w jesiennym słońcu

Klasztor w Tyńcu

Fasada kościoła św. Piotra i św. Pawła

Klasztor w Tyńcu

Studnia i jej ciekawa konstrukcja - bez użycia gwoździ

Klasztor w Tyńcu

Wnętrze, nawa główna z ołtarzem

Klasztor w Tyńcu

Miejsce: Klasztor w Tyńcu

 

 
1 , 2 , 3
O autorze