Wpisy z tagiem: zabytki
sobota, 14 stycznia 2012
Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa przy ulicy Kopernika czyli Kura, Xawery i zmodernizowany historyzm.
Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa przy ulicy Kopernika, czyli Kura, biały Jezus spod wiaduktu, Xawery i zmodernizowany historyzm. Matka rano za okno spojrzała. Ziemia pokryta białym puchem. Świat jakby złagodniał. Na ślepej uliczce pusto. Do samotnie stojącego biurowca nikt nie przyjechał. Sobota. Od czasu do czasu ktoś z psem przejdzie i rzuci patykiem. Matka wczoraj wieczorem napisała zjadliwy tekst, ale dziś… dziś nie czuje złości, tylko smutek. Smuci się matka nad losem małych innowierców, małych ludzi wychowywanych na ateistów w szacunku do innych kultur. Mały człowiek zostaje na poziomie przedszkolnym wtłoczony w machinę nietolerancji i wielkich zdziwionych oczu.
We wrześniu Kura rozpoczął drugi rok przedszkolny. Po pierwszym tygodniu uczęszczania wyśpiewuje piosenkę o piesku, co się budzi, wita słonko i biegnie do swego pana. W połowie września odbyło się spotkanie z rodzicami. No i okazało się, że od tego przedszkolnego roku obowiązuje Kurę - w myśl ustawy - uczęszczanie na lekcje religii w wymiarze dwóch godzin tygodniowo. Wspomnę tylko, że w kraju należącym do Unii Europejskiej, te same zasady nie dotyczą edukacji języka angielskiego! Matka opowiada Kurze o arce Noego, opowiada o Bożym Narodzeniu, o Jonaszu, który jak Tomcio Paluch trafił do rybiego brzuszyska bo wie, że bez znajomości Pisma Świętego (również i mitów greckich) nie ma zrozumienia wielu dzieł sztuki i literatury. Matka chciała zaznajomić Kurę z obrzędem mszy. W tym celu, wieki temu, wybrała się na dziecięcą mszę, do kaplicy przy kościele Najświętszego Serca Pana Jezusa, na ulicy Kopernika. Opis zajścia tutaj: http://redoffroad.blox.pl/2009/04/Prosze-ksiedza-To-nie-smok-To-krokodyl-z-Ikei.html
Kwiecień. Wiosna w pełni. Przechadzamy się ulicą Kopernika ku szpitalom, gdzie odwiedzamy babcię "A". Pod wiaduktem graffiti – biały Jezus i napis „pójdźcie do mnie wszyscy”. Czemu nie. W dzień ceglana budowla nie wydaje się tak zwalista. Autor projektu czerpał z architektury i romańskiej i gotyckiej i barokowej (zmodernizowany historyzm). Wchodzimy do środka, choć Kurze nie jest łatwo zrezygnować z wiosennego słońca. W tym celu pokonujemy kilka schodów, bez podjazdu. Nad naszymi głowami mozaika portalu przedstawiająca "Przebicie boku Chrystusa". Powyżej posępne i zwaliste rzeźby, tak charakterystyczne dla ich projektanta – Xawerego Dunikowskiego. Potężny centralny Chrystus i grupy boczne Mnisi i Rodzina, jakby szukająca pocieszenia w rozpostartych ramionach Chrystusa. Jakiż to ciekawy artysta rzeźbiarz był. Z jednej strony niezwykle utalentowany, obsypywany nagrodami, porównywany do Rodena, z drugiej zaś stony, awanturnik o nieciekawej posturze. Artysta rzeźbiarz postrzeliwszy śmiertelnie innego artystę - malarza, w prawdzie uniewinniony, ale potrafiący kompletować sobie wrogów, wyjezdża w końcu dla oczyszczenia atmoswry zasmakować innych światów. W czasach wojny trafia na pięć długich lat do obozu koncentracyjnego. Dwa lata leczy się poobozowo, a potem daje wtłoczyć w socjalistyczną machinę. Matka o Dunikowskim czytała w podstawówce, chłonąc podręcznik od plastyki. Podobały się matce czarno - białe reprodukcje rzeźb, przedstawiających brzemienne kobiety, tak krytykowane w swoich czasch. Matka zadziera głowę w niepokoju, czy wielki Chrystus nie spadnie. "Pójdźcie do mnie wszyscy", czyli bialy Jezus spod wiaduktu Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa i jego wieża Rzeźby projektu Xawerego Dunikowskiego sklepienie z piękną polichromią Miejsce: Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa, Kraków ul. Kopernika
środa, 08 czerwca 2011
Semana Santa i dzieci Baezy
Semana Santa i dzieci Baezy Matka wychowana na podłódzkiej wsi, wielokrotnie widziała przewieszony przez drzwi dębowej szafy strój, który prababka wkładała na kościelne obchody świąteczne Biała haftowana bluzka, czarna, aksamitna kamizelka ozdobiona dekoracją z barwnych cekinów, oraz pasiasta spódnica. Ten sam strój, poszerzony nieco, wisiał później na drzwiach szafy politurowanej, należącej do babci „Z”. Potem powinna była go przejąć matka matki – jako najstarsza córka. Przejęła go jednak ciotka „D” – młodsza nieco, mająca więcej czasu i mieszkająca bliżej kościoła. Kto dziś będzie w nim chodził, matka nie wie… Piętnaście lat temu matka słyszeć nie chciała o założeniu pasiaka. Dziś? I owszem, bardzo chętnie skłoniłaby się ku tradycji, będąc najstarszą - 34 letnią - wnuczką babci "Z".
Na początku niczym armia, kroczą zakapturzeni, w strojach barwy przynależnej danemu bractwu - los nazarenos (pokutnicy) Niosą wielki ozdobny krzyż, sztandar, świece, atrybuty bractwa. Ich charakterystyczne stożkowe kaptury (capirote), mocno odróżniają się w tłumie. Widoczne są tylko oczy, żeby nikt nie widział, kto odbywa pokutę. Często wędrują boso, pozwalają, aby gorący wosk kapał im na dłonie, lub poszczą nie jedząc przez cały dzień. Kaptury wyglądają dość groźnie i mają być tłem dla mającej nadejść posępnej Męki Chrystusa. Platformy niesione są przez - los costaleros – około 20-30 mężczyzn podobnego wzrostu. Są niewidoczni dla tłumu. Okrywa ich aksamitna tkanina. Wymieniają się czasem podczas postoju i wtedy można zobaczyć, że na głowach i ramionach mają osłonę w postaci zwiniętych tkanin, na których spoczywa platforma. „Pasos” – ogromne platformy z figurami Jezusa, Marii a nawet całymi scenami figuratywnymi, naturalnej wielkości, w teatralnych pozach o umartwionych twarzach. Bywa, że figury pochodzą z XVI, czy XVII wieku. Ubrane w bogato haftowane stroje, korony, w otoczeniu kosztownych bukietów, palm, kandelabrów. Ozdobny baldachim podtrzymują posrebrzane kolumny. Platforma może ważyć nawet tonę. Za platformą kroczą - los penitentes – z odsłoniętymi twarzami. Niosą krzyże, często boso na znak pokuty. Wszystkiemu towarzyszy rytm wybijany przez bębniarzy i muzyka orkiestr dętych nawiązując nieco do flamenco. Zawodząca nuta przywodzi na myśl śpiew muezina niosący się na tych ziemiach wieki temu. Wielki Piątek. Sklepy pozamykane. Zaopatrzeni w jajka zapodajmy sobie rankiem jajecznicę – taka odmiana po wieczornych sadzonych. Szczęśliwi i najedzeni możemy zacząć zwiedzanie z przewodnikiem w ręku. W powietrzu daje się odczuć świąteczną atmosferę. Mieszkańcy w przygotowanych odświętnych kreacjach, biegną w kierunku przeciwnym od naszego. Po drodze mijamy dużą ulicę, z przystrojonymi na fioletowo balkonami i trybuną. To tędy maszerować będzie procesja, którą zamierzamy zobaczyć. Na deptakowej ulicy znajdujemy plac zabaw. Kura podskakuje z radości. Dawno nie bywał wśród huśtawek. Na placu są dwa drewniane kombajny ze zjeżdżalniami w kształcie domków do wspinania. Jeden dla młodszych, drugi wyższy i trudniej dostępy - dla straszaków. Oprócz tego strasznie piszczące huśtawki, którymi Kura cieszy się najdłużej. Wkoło kilka knajpek ze stolikami skąpanymi w słońcu. Mimo słońca nie jest upalnie. Kura biega w bluzie. Obok placu przejeżdża ciuchcia dla dzieci. Kura już przebiera nogami. Idziemy dalej zlokalizować miejsce, z którego ten jakże sprawdzony przepis na zwabienie dzieci, rusza. Trafiamy na przepiękny placyk: Plaza del Populo. Trzy jego skrzydła to renesansowe perełki – dominuje brama z 1526 roku z pięknym Arco del Villalar – łuk triumfalny z powodu zwycięstwa nad zbuntowanymi Kastylijczykami. Do bramy przylega Casa del Populo – dwukondygnacyjna budowla z osobnymi sześcioma witrynami, gdzie pracowali pisarze miejscy. Początkowo był budynkiem administracji sądowej. Następne skrzydło zamyka stara rzeźnia – budowla z 1550 roku – dziś archiwum i muzeum. Reszta to piękna ruina, których w miasteczku niebywala mnogość. Po środku za wysoka dla nikczemnego wzrostu Kury – Fontanna Lwów z XVI wieku. Rzeźby czterech lwów zwieńczone są postacią kobiety, która według podań, miała przedstawiać Imilice – żonę Hannibala. Tak to Kartagina ociera się o życie Kury po raz drugi. Jako niespełna roczniak siedział w Kartaginie obok kolumny dłubiąc palcem w jej kanelach. W oczekiwaniu na procesję, czyli Kura w żywiole placu zabaw Plaza del Populo - renesansowa perełka Przejażdżka ciuchcią Mieszkańcy spieszący na procesję dzieci Baezy Kura ogląda procesję los nazarenos mały dobosz goła stopa pokutnika - los costaleros niosący platformę Pasos - przedstawiająca wjazd Chrystusa do Jerozolimy i bohaterki drugiego planu Miejsce: Baeza, Andaluzja, Hiszpania
wtorek, 07 czerwca 2011
Kura w Baezie
Kura w Baezie Po zasłużonym posiłku, z nieskrywanym żalem opuszczamy Kordobę. Przed nami Baeza i 138 km w jej kierunku. Baeza nie jest często odwiedzanym miejscem przez turystów. Planując trasę postanowiliśmy włączyć ją na listę, jako odpoczynek po zwiedzaniu dużych miast spodziewając się sennego, skąpanego w słońcu miasteczka. I tak oto przeskakujemy w renesansowy świat. Jakże inny od tego, co do tej pory zobaczyliśmy. Kura przez całe 138 kilometrów nie zmrużył oka. Z ciekawością wyczekuje postoju, aby obejrzeć nowe miejsce noclegowe. Puste ulice oznaczają sjestę. Tym razem bez trudu udaje nam się odnaleźć hotel. Parkujemy na sennej ulicy, tuż przed nim. Hotel Fuentenueva – znaleziony oczywiście na Booking.com. zaprasza przyjemnym holem recepcyjnym, a w głębi za przeszklonymi drzwiami – błękitną taflą małej „piscyny” – basenu. Nie pokazujemy go Kurze. Jest zbyt chłodno na kąpiel na świeżym andaluzyjskim powietrzu. Recepcjonistka ku naszemu zdziwieniu prowadzi nas na drugą stronę ulicy. Wchodzimy do małego korytarzyka i wciskamy walizki do małej windy wiozącej nas na drugie piętro. Dostajemy apartament składający się z salonu, kuchni i sypialni. Salon od sypialni oddzielony jest ośmiometrowej długości korytarzem. Przyjemna łazienka zajmuje Kurę na czas rozpakowywania, ponieważ posiada małe drzwi wiodące na dach. Zamykaniom i otwieraniom nie ma końca. Dobre to nasze dziecko jest. Wyobraźnia nie potrzebuje sterty zabawek. Plaza de Santa Maria, z niezwykle uroczą fontanną jest oddechem w ciasnej zabudowie miasteczka. Nasze oczy omiatają kościół postawiony w miejscu dawnego meczetu. Obchodzimy go w koło patrząc na pozostałości mauretańskie oraz datowane na XIII wiek motywy wczesnochrześcijańskiej budowli. Dla Kury najważniejsza jest fontanna. Zbyt brudna woda odstręcza wielkiego estetę, który od razu wącha dłonie czy przypadkiem nie śmierdzą. Uznając, że to miejsce nie dla niego, daje się poprowadzić w dół mijając fasadę pięknego Palacio de los Marqueses de Jablaquinto. Małe ambony usytuowane na kapitelach półkolumn, obramują część środkową z portalem i oknami zdobionymi w sposób charakterystyczny dla stylu izbelińskiego – czyli połączenie późnego gotyku z mudejarem. Dodatkową dekoracją są tzw. picos – wystające ostro zakończone kamienie dające w świetle słońca efekt ściany usianej diamentami. Na ulicach pusto. To jednak cisza przed burzą. Mieszkańcy żyją jutrzejszym dniem - bardzo uroczyście obchodzonym Wielkim Piątkiem. Nastraszeni tym, że wszystkie sklepy zostaną pozamykane na trzy hiszpańskie spusty, wędrujemy do pobliskiego marketu zaopatrzyć się w produkty śniadaniowo – obiadowe. Jajka, bagietka, przekąski, mleko. Uliczkami Baezy Wieża katedry Santa Maria Plaza Santa Maria - katedra i fontanna Palacio de los Marqueses del Jabalquinto - fasada w stylu izbelińskim Uliczki W oczekiwaniu na Wielki Tydzień - Semana Santa
Miejsce: Baeza, Andaluzja, Hiszpania
poniedziałek, 30 maja 2011
Kura w Kordobie
Kura w Kordobie Nasz 3,5 latek dzielnie znosi kolejne przenosiny. Ogląda zmieniający się krajobraz wywijając szalikiem matki, który ma za zadanie osłonić przed słońcem, które z uporem maniaka operuje w jego kierunku. W ciągu całej podróży Kura dwa razy po drodze zażąda postoju, z powodu nagle wzbierających potrzeb fizjologicznych. Na trasie – szczególnie w okolicach Rondy i pueblos blancos, jest mnóstwo "miradorów" – czyli punktów widokowych, gdzie można się bezpiecznie zatrzymać. Dalej jest trochę gorzej, choć na stację benzynową zawsze liczyć można. Matka za każdym razem poucza Kurę, żeby nie sygnalizował swych fizjologicznych potrzeb w ostatniej chwili, co u 3,5 latka jest nagminne i w jego mniemaniu oczywiste. Matka wie, że to odwieczny problem, który rodzi strach przed podróżowaniem z dzieckiem, które ledwie z pieluch wyskoczyło, lub wyskoczyło jakiś czas temu. Matka oglądała przed podróżą turystyczne nocniczki z wkładami jednorazowymi i rozkładanymi nóżkami. Niektóre z nich po złożeniu nóżek, mogą być jednocześnie nakładą na sedes. Nie polecamy czegoś, czego nie przetestowaliśmy na własnej skórze, ale sygnalizujemy, że producenci akcesoriów dziecięcych wychodzą naprzeciw aktywnym rodzicom. Nasze andaluzyjskie odległości nie są zbyt wielkie. Sewillę od Kordoby dzieli 144 km. Do pokonania świetnymi drogami ekspresowymi, w 2h. "M" trzyma się przepisowych prędkości. Kura zmęczony podróżą, wykąpany, dobrze zasypia w rozklekotanym łóżeczku. To jedyne łóżeczko turystyczne, jakie hostel posiada. Kiedy Matka usypia Kurę „M” idzie na poszukiwanie porannego prowiantu. Okienko wychodzące na patio pozwala rodzicom na zasłużony relaks. Opierając się o ścianę, za którą śpi dziecko czytamy o Mezquicie, historii andaluzyjskich żydów i wypijamy dwie butelki taniego, hiszpańskiego wina. Urocze patio: Hostel Senses&Colours Seneca Mury Mezquity w wieczornym i porannym słońcu Uliczki Kordoby w wieczornym i porannym słońcu Miejsce: Kordoba, Andaluzja, Hiszpania
środa, 09 lutego 2011
Kino pod Baranami i Kura w ramach jubileuszu!
Kino pod Baranami i Kura w ramach jubileuszu!
Dziś dmuchamy świeczki! Dziś nasz blog kończy dwa lata. Kura mierzy jakie 105 centymetrów. Wypowiada pełne zdania, logicznie ripostuje i stosuje groźby. Nie bierze jeńców, jest krzykliwy i spierający się o wszystko. Poprawia nastrój ciekawymi dialogami. Chce się ożenić z matką. Jeśli się tuli, to się tuli! Ulubiony kolor – nadal zielony. Ulubiona cyfra – 4. Potrafi w Wordzie samodzielnie napisać TATA. Dyktuje listy do IKEA o treści „Otwórz się IKEO”. Znalazł 10 PLN na chodniku i kupił sobie 15 dkg mieszanki krakowskiej. Chciał jeszcze kupić „kaluzelę dla niepełnosplawnych z cholobą lokomocyjną” – ale nie starczyło pieniędzy, a matce serce zadrżało, bo dziecko pomyślało o niej! Chodzi spać przed 21. Budzi się koło 7. Mniej choruje. Umie się bawić bez zabawek wykorzystując wszystko co znajdzie - dobrze rokuje na podróżniczą przyszłość. Coraz częściej wspomina o jakimś zwierzątku, najchętniej – psie, co źle rokuje na podróżniczą przyszłość. Zaczyna opowiadać sny. Pewnego poranka, ze snem jeszcze pod Kurzymi powiekami zapytał: „cemu na Litwie szlabany kichają?” Odwiedza Kura wiele miejsc w mieście Krakowie, odwiedza też wiele miejsc poza nim. Nasz czuły punkt to place zabaw. Krecia robota czyniona też przez znane wszystkim rodzicom „Mini Mini”. "Mini Mini" jednak chyba odpuściła sobie place na rzecz bawialni. Matka i Kura znaleźli się przez przypadek na jednym ze zdjęć "Mini Mini", kiedy Kura eksplorował plac zabaw przy Misjonarskiej. Przez przypadek również, Kura i jego matka znaleźli się na zdjęciu jednego z partnerów „Baranków w pieluchach”. Znaczy to, że bywamy tu i tam, a nic tak nie kształci jak podróże, nawet te malutkie! Rynek Główny 27. Pałac pod Baranami. Źródła donoszą, iż w narożnej kamienicy przy Rynku, prowadzono gospodę, a na jej dziedziniec spędzano barany przeznaczone na handel. W bramie półgodzinny repertuar dla dzieci, w ramach letniej, niedzielnej akcji: "Baranki Dzieciom". Trafiamy na "Gąskę Balbinkę" i "Koziołka Matołka". Cena biletu 10 zł, opiekunowie gratis. Wejście z dziedzińca. Obszerny hol z ogromną klatką schodową. Matka pyta portiera, czy może zostawić wózek. Raczej nie. Kino na drugim piętrze. Matka wnosi wózek, poruszajac się po pół piętra asekurując gramolącego się Kurę. Decyzja zapada. Wózek zostaje na pierwszym piętrze, przy kasie. Gramolimy się wyżej, nadal podziwiając klatkę. Kiedyś to był rozmach! Matka zapomniała wody dla Kury. Chce kupić napój. W porannej ofercie - tylko zimne, prosto z lodówy. Miły chłopiec, ten sam co kasuje bilety, oferuje swą pomoc i idzie poszukać napoju – nie z lodówy. Udaje się. Mamy wodę! Mała sala. Kilkoro dzieci czeka na seans. Wybieramy początkowe rzędy. Kura nie chce siedzieć na kinowym krzesełku i wybiera kolana matki. Jest wyciszony. W sali panuje półmrok, ale światła gasną. Matka pierwszy raz ogląda “Gąskę Balbinkę” i stwierdza, że ta produkcja z ubiegłego stulecia do najmądrzejszych nie należy. Nijak nie wpisuje się w edukacyjny, współczesny nurt. Matka despotka, ojciec fajtłapa i wtłoczona pomiędzy - rozrabiajaca Balbinka. Jest dość głośno. Głośniej niż matka się spodziewała. "Koziołek Matołek na Dzikim Zachodzie", czyli strzelanka. Kura wymięka, matka też. Opuszczamy salę przed zakończeniem seansu. W holu młoda dziewczyna przygotowuje zajęcia plastyczne, które organizowane są po seansie. Kura pragnie swobody udowadniając po raz kolejny, że nie lubi ciemnych, małych przestrzeni. Kino musi jeszcze poczekać na swoje pięć minut. Kino nieosiągalne dla osoby niepełnosprawnej. Pałac pod Baranami - Rynek Główny 27 Jedna z trzech baranich głów Oszałamiająca klatka schodowa Kinowo i klimatycznie Miasto: Kraków Miejsce: Pałac pod Baranami, Kino pod Baranami
wtorek, 08 lutego 2011
Zamek w Ojcowie, czyli udany przepis na jesienny piknik.
Zamek w Ojcowie, czyli udany przepis na jesienny piknik.
Ugotowane i pokrojone w kostkę ziemniaki, ogórek kiszony, też w kostkę, jajaka na twardo – w kostkę nie inaczej, kurczak pokrojony w kostkę zamarynowany w przyprawie do grosa i obsmażony, cały, świeżutki pęczek natki pietruszki, groszek zielony z puszki i odrobina majonezu. Zamieszać, wybełtać, zapakować do plastikowego pojemnika. Trzy widelce, serwetki, świeża bagieta, termos z herbatą. Oto przepis na udany jesienny piknik na terenie jednego z 23 parków narodowych w naszym kraju. Wrześniowy słoneczny poranek. Wybieramy Ojcowski Park Narodowy i położone na jego terenie ruiny Ojcowskiego Zamku. Do zamku warownego, wzniesionego na malowniczym wzgórzu z inicjatywy Kazimierza Wielkiego w II połowie wieku XIV, trzeba się wspiąć kamiennymi schodami. Kilkoro turystów. Jeden rówieśnik Kury. Mijamy bramę i zakupujemy bilety. Normalny 2,50 PLN. Cena niezbyt wygórowana, ale i zwiedzania niewiele. Rozsypujące się mury rozebrano w XIX wieku pozostawiając we względnie dobrym stanie bramę, przez którą wchodzimy na teren zamku do dziś, oraz ośmioboczną wieżę, która w XX wieku doczekała się renowacji. Wspinamy się do budynku bramnego w pierwszym rzędzie, aby obejrzeć w środku tak charakterystyczną dla naszych muzealnych obiektów – barwną, papierową makietę, którą należałoby wpisać na listę UNESCO. Fosa, most zwodzony. Wielki to obiekt nie był. Wykorzystał naturalne właściwości obronne wzgórza. Niszczał przechodząc z jednych możnych rąk do drugich, jako wierzytelność za długi dokonane przez króla. Przyszedł wreszcie potop szwedzki i tu pełne zaskoczenie matki, zwolenniczki odszkodowań i dywidend. Ten zamek jako jedyny chyba w naszej historii, nie ucierpiał podczas potopu. Szwedzi zmagazynowali tu broń oraz żywność. Czego nie zniszczył Szwed, zniszczył czas i szlachcic. W 1787 wzmiankuje się jeszcze pobyt Augusta Poniatowskiego. Po klęsce Napoleona Ojców należał do Kongresówki i został przejęty przez władzę, która losem zamku nie przejęła się wcale. W połowie wieku XIX samoistnie osunęła się jedna ze ścian zamku. Konstanty Wolicki, któremu rząd sprzedał zamek rozpoczął proces wyburzania podupadłych elementów budowli pozostawiając bramę, którą Kura przekroczył dziarsko i oktagonalną wieżę ostatecznej obrony, czyli stołp. Wolnostojąca wysoka budowla, początkowo sięgająca ok. 13 metrów wysokości z czterema kondygnacjami i dziś jest dominującym punktem. W górnej części posiadała ganek ze strzelnicami. Można wejść do środka. W wejściu powieszono rycinę z krótką notką historyczną. Ciasna przestrzeń, żółta od wdzierającego się słońca. Bazgroły na średniowiecznych, wzniesionych z ciosanego kamienia ścianach, rozsypujące się schody, którymi Kura usiłuje się wspiąć do długiej drabiny pozostawionej bez zabezpieczenia. Na szczęście dziedzińcową studnię, mającą niegdyś 50 metrów głębokości, (dziś 20) zabezpieczono kratą. Kura zagląda nie bez obawy. Nie udaje się go przekonać nawet do nawoływania w głąb, żeby przywołać echo. Biegnie w chaszcze gdzie ustawiono paśnik dla zwiedzających. Dziś też w ruinie, bez daszku, a tylko z drewnianą konstrukcją. Rozsiadamy się. Szeleszczą woreczki. Kura wcina suchą bułkę popijając ciepłą herbatą i przegryzając raz po raz jajem, ogórkiem, ziemniakiem - broń Panie Boże kurczakiem. Spoglądamy na resztki rozsypujących się murów. Wydeptane przez turystów, żądnych widoków, ścieżki wiodą na skraj murów zabezpieczonych drewnianym, prowizorycznym ogrodzeniem. Kura już nie tak wyrywny. Widać, że w naszym trzylatku budzi się wreszcie instynkt samozachowawczy. Budynek bramnyz dołu. Brama Makieta zamku Wieża ostaniej szansy, czyli stołp. Taras widokowy Spacer doliną Miejscowość: Ojców, ruiny zamku.
poniedziałek, 13 grudnia 2010
O „pikniku” w Dworku Białoprądnickim
O „pikniku” w Dworku Białoprądnickim Tego upalnego dnia sierpniowego, Kura minął ulubiony Park Wyspiańskiego i pojechał w kierunku Dworku Białoprądnickiego. Towarzysko zabraliśmy „M”. Pół godziny dziarskiego marszu. Kura lekko zniecierpliwiony. Bardzo chce już rowerkować, bo rower obowiązkowo na wózek wtłoczony. Białe budynki bielą się z daleka, choć dziś Dworek Białoprądnicki usytuowany jest tuż przy bardzo ruchliwej arterii miasta – Opolskiej. Kiedyś…kiedyś był był letnią willą, we włoskim typie - „między dziedzińcem a ogrodem”. Kanclerz Wielki Koronny biskup krakowski Samuel Maciejowski uczynił go pełną życia rezydencją goszczącą znamienitych wieku XVI. Przejął i rozbudował kolejny biskup – Andrzej Zebrzydowski, który nadał mu, wraz ze zmieniającymi się czasami, obronny charakter poprzez dobudowanie murów kurtynowych z półbasztami. Potem zmienne koleje, jak to w naszej historii. Podupada w XVII wieku, kolejny biskup – Piotr Gembarowski – próbuje doprowadzić go do dawnej świetności. Na próżno. Oto szarańcza szwedzka nadciąga i niszczy, co się nawinie po drodze: zamki, dworki i folwarki. (Matka jest za wyciagnięciem finansowych konsekwencji wobec Szwedów). Podnosi się po raz ostatni, nasz mały biały domek, za biskupa Sołtyka, który w nowym duchu, współpracując z Fontaną, nadaje mu późnobarkowy sznyt. Konfederacja Barska – upadek. Potem dobra biskupie wchłonięte zostały do dóbr koronnych, które kapituła odzyskuje w 1793. Zabór austriacki przynosi konfiskatę, a wiek XIX rozparcelowanie posiadłości z przyległym parkiem. Tym czasem Kura przebiera nogami. Mijamy Opolską, przechodzimy przez mostek, mijamy pierwsze zabudowania z restauracjami weselnymi. Matka jest lekko zaniepokojona nadmiernym ruchem za bramą wjazdową. Ostatnią rzeczą o jakiej marzy, to tłumy w przylegającym Parku Kościuszki. Wchodzimy i wszystko jasne. Czarno od ludzi w podkolanówkach z kolorowymi chustkami na głowach i szyjach. Pomarańczowe megafony natychmiast zdradzają charakter zgromadzenia. Msza polowa. Ludzie siedzą byle jak i byle gdzie zasłaniając skutecznie fasadę dworku i budynków przyległych. Slalomem mijamy rozmodlonych. Kura zszokowany nie odzywa się słowem. Nie zna jeszcze instytucji pielgrzymowania. W parku niestety jeszcze większe tłumy. Jedni konstruują kanapki z pasztetem, drudzy przekłuwają pęcherze. Dziewczyny w waroczach wlepiają wzrok w grającego na gitarze zakonnika, a pozostali wsłuchują się w słowa kobiety dającej świadectwo cudu, jaki przydarzył się koleżance młodszej siostry, z którą pracował 20 lat temu jej szwagier. Kura dosiada rower i kluczy alejkami między pątnikami. I już widzi te porozkładane kanapki i na całe gardło dzieli się z matką swym odkryciem: Matka zna te klimaty. Dawno, dawno, bardzo dawno temu na pieszej pielgrzymce do Częstochowy była. Szła trzy dni w jedną stronę, modląc się raz bardziej, raz mniej gorliwie licząc na cud ozdrowienia dla swego brata. Cudu nie było rzecz jasna, ale dla matki pątniczy trud był jedyną możliwą formą samodzielnego wakacyjnego wyjazdu. Rozrywką wakacyjną, o której matka marzyć tylko mogła pochodząc z biednej rodziny gdzieś na wsi pod Łodzią. Matka lat 14. Harcerski plecak brata, na którym dla odróżnienia wymalowała czarnym pisakiem, dwie uśmiechnięte gruszki. Paprykarz, pasztet i dla odmiany dżem. Teksty piosenek na dwa gitarowe chwyty pamięta do dziś. Noc na sianie pośród chichotów starszej młodzieży. Następna noc u starej wdowy, na starej zawilgoconej kozetce i obrazem małżeńskim nad głową. Boże – myślała wtedy matka patrząc mężczyźnie w oczy – ty nie żyjesz od 20 lat. Matka wie, że o szczególnej religijności wśród młodzieży nie ma co snuć wyobrażeń. Czasy się zmieniają, ale młodość rządzi się własnym prawem. Matka ze zrozumieniem spogląda na kuse spódniczki wymalowanych Włoszek, które okupują parkowy plac zabaw i wabią zza ogrodzenia młodych Hiszpanów. Nagle zaczyna się niespokojny ruch. Z megafonów dobiegają komendy: GRUPA PIERWSZ RUSZA JAKO PIERWSZA, GRUPA DRUGA RUSZA JAKO DRUGA! Plac zabaw pustoszeje. Wreszcie widać jego atrakcje. Kura może pobawić się w sporej piaskownicy i pokręcić na zielonej karuzeli. Huśtawki, kombajn ze zjeżdżalnią i mostkiem oraz dwie ścianki do wspinaczki dla starszych dzieci. Plac wśród kilku drzew daje schronienie przed grzejącym niemiłosiernie słońcem. Dworek Białoprądnicki Zbierający się pielgrzymi Rowerowanie do pielgrzymów Plac zabaw w Parku Kościuszki Malowniczy most Miasto: Kraków Miejsce: Dworek Białoprądnicki i Park Kościuszki
sobota, 11 grudnia 2010
Plac Szczepański - matka pyta czemu nie Włoch?
Plac Szczepański - matka pyta czemu nie Włoch?
9.07.2006. Bełchatów. Powrót z polsko – włoskiego wesela przyjaciółki. „La chante me cantare” jeszcze szumi w uszach. Polski Ekspress rusza. To wielki dzień dla kierowcy. Finał Mistrzostw Świata w piłce nożnej. Mecz Francja – Włochy. Głośno nastawione radio ani na chwilę nie pozwala o tym zapomnieć. Horacio Elizando gwiżdże po raz pierwszy. Piłkarska machina rusza. Komentatorzy malują słowem skomplikowaną sytuację na boisku prześcigając się w wymyślnych porównaniach. Robi się wesoło. Autobus parska raz po raz śmiechem. Tym czasem siódma minuta, Zidane strzela z karnego pierwszego gola. Tłum szaleje. Matka się poddaje. Pozwala ponieść się emocjom i dwie minuty później widzi w przedniej szybie autokaru krasomówczo odmalowaną remisową bramkę strzeloną przez Materazziego. 110 minuta meczu. Zidane sprowokowany przez Materazziego, woli zakończyć pyskówkę buńczucznym uderzeniem z główki, czym przejdzie do masowej podkultury. Szaleństwo. Rzuty karne. Włosi po raz czwarty mistrzami świata!!! Od połowy XX wieku był parkingiem nim jednak został parkingiem stanowił, zaraz po sukiennicach, największy targ. Nim jednak został targiem wyburzono zabudowę pojezuicką i kościółek gdzie stacjonowały wojska austriackie. Wcześniej teren należał do miasta, jeszcze wcześniej do Komisji Edukacji Narodowej. XVI wiek to jezuici. Oni to do kaplicy z 1425 św św Macieja i Mateusza oraz XIII wiecznego kościółka św Szczepana dobudowują i przekształcają okoliczne budynki w seminarium. Stary układ możemy zobaczyć na makiecie będącej elementem nowego wystroju. Podsumowując – szkoda, że odzyskana przestrzeń miejska nie służy człowiekowi ani małemu, ani dużemu, ani we dnie, ani w nocy. Wystarczy tu przyjść raz i zobaczyć, co powstało na miejscu dawnego parkingu. Widok na fontannę i Pałac Sztuki Kura i przestrzeń placu z secesyjną dekoracją Teatru Starego Makieta Placu Szczepańskiego Miasto: Kraków Miejsce: Plac Szczepański
wtorek, 05 października 2010
Szydłów czyli polizać Carcassone i zdążyć przed Panem Bogiem.
Szydłów czyli polizać Carcassone i zdążyć przed Panem Bogiem.
Dziś Szydłów jest maleńką wsią wtłoczoną w średniowieczny układ urbanistyczny. Matka biega bojąc się, że nie zdąży przed ulewą, że odgłosy nadciągającej burzy wystraszą i zbudzą Kurę. Najpierw na matki drodze staje jedyna zielona enklawa z kościołem św. Władysława wzniesionym w celach pokutnych przez Kazimierza Wielkiego, który rzekomo rozkazał utopić kanonka Marcina Baryczkę. Kościół odbudowano po pożarze starając się nadać pierwotny kształt jedynie części prezbiterialnej. Z kościoła wychodzą ludzie. Nie tłumnie. Nie mszowi, choć to niedziela. To będą jedyni, jakich matka spotkała w swym morderczym biegu. Rzut okiem na pociemniałe wnętrze i dalszy bieg po średniowiecznym układzie wąskich uliczek. Dziś Szydłów to plac budowy. Wzmagający się przedburzowy wiatr unosi budowlany pył w górę. Matka mruży oczy. Ktoś parkuje. Ryneczek rozkopany z hałdami piasku. Gmina dostała unijną dotację. Renowacja rynku i murów kosztować będzie 7 mln zł. Remont dotyczy nie tylko przywrócenia dawnej świetności, ale tego, co umożliwi normalne funkcjonowanie jego mieszkańcom, a więc i kanalizacji deszczowej i ściekowej. Matka mija kilka małych chatek. Małe chatki posiadają małe podwórka, a na małych podwórkach maleńkie piaskownice. Nie ma tu placu zabaw, nie ma bankomatu, nie ma restauracji, nie ma chociażby domu oferującego noclegi. Miasteczko ludzi starych. Kto młody - wyjeżdża. Brama Krakowska stoi otworem. Jest piękna i przypomina zwiedzającym o dawnej świetności miejsca. Nad nią dziura w niebie. Kropi. Może to i dobrze. Pył usiądzie. Przy bramie niezagospodarowane chaszcze i drewniane słupy. Dalej Matka pędzi obejrzeć przez kratę dziedziniec zamkowy. Spalona słońcem trawa czeka na deszcz. Bilet na wszystkie atrakcje do kupienia w budynku bramy wjazdowej. Matka żałuje, że nie ma czasu. Kontenery przy ruinach Zamku, który szczęścia nie miał. Średniowieczny na planie prostokąta z kaplicą wewnętrzną, niegdyś dwukondygnacyjny. Kilka zdjęć. Rzut oka na Skarbczyk w drugim końcu dziedzińca. Robi się ciemno. Matka kieruje się w stronę jasnego jeszcze nieba. W stronę synagogi. Kilka kolejnych wąskich uliczek. Nowoczesny budynek szkoły pasujący jak pięść do nosa. Przy synagodze zaparkowane auto. Kilka dużych drewnianych rzeźb. Odrestaurowany późnoresansowy budyneczek synagogi, z dobudowanym drewnianym przedsionkiem mieści dziś maleńkie muzeum. Bilet – 2 złote. Miły pan otwiera mi drzwi. Pachnie farbami olejnymi w związku z wystawą obrazów. Chanukije, kilka rzeźb w brązie, wielki – 4 metrowy, drewniany posąg Mojżesza. Jasno. Nie odkryte polichromie czekają na sponsora. Z zewnątrz, ta jedna z najstarszych synagog naszego kraju, ma chcarkter obronny. Trzy minuty. Matka biegnie do chłopaków. Zaczyna padać. Ruszamy w kierunku Krakowa mijając Bramę Krakowską. Z tej perspektywy wydaje się, że za nią znajdziemy uśpione miasteczko z onirycznym nastrojem. Może kiedyś, może po zakończeniu inwestycji wszelkich. Może ktoś pomyśli o nie budowaniu tu więcej budynków niepasujących do całej reszty. Może będzie można usiąść na ryneczku i wypić kawę. Nie musi być bankomatu. Mury Szydłowa, wejście od kościoła św. Władysława Kościół św. Władysława Brama Krakowska Ruiny Zamku Skarbczyk Rozkopany Rynek Szydłowa Synagoga Wnętrze synagogi Zabytkowa studnia Miejsce: Szydłów
piątek, 10 września 2010
Kura w Barbakanie
Kura w Barbakanie
Kura zauważył Barbakan. Szedł wtedy od strony Placu Matejki, który jest pozostałością po średniowiecznym przedpolu. Kura wiosną bał się Barbakanu (syczało), ale czy zapamięta swe irracjonalne uczucia względem tej średniowiecznej budowli? Latem, kiedy przestało w Barbakanie syczeć (zakończono remont kazamtów), Kura postanowił swój strach przełamać. Najpierw zwolnił kroku mijając ceglane mury wzniesione z intencji Jana Olbrachta, obawiającego się najazdów z tureckiej strony. Potem chwytem za kaptur matka odwodzi Kurę od pomysłu radosnego zbiegnięcia po ładnie przystrzyżonej trawie porastającej dół, który niegdyś był 26 metrową fosą. Niepełne koło, średnica wewnątrz mierzy 24 m. Mur o trzy metrowej szerokości w dolnych partiach. 130 otworów strzelniczych rozmieszczonych na czterech poziomach. 7 wieżyczek – stanowisk obserwacyjnych. Machikuły – ganek wystający przed lico budowli z otworami w podłodze ku rażeniu wroga smołą i co tam pod ręką. Bronił miasta i obok położonego Arsenału. Nie do zdobycia w owych czasach. Wróg mądry, atakował więc od strony Kazimierza. Niezdobyty, ale ledwie ocalał podczas akcji wyburzania murów w połowie XIX w. (nie przetrwał warowny korytarz łączący go z Bramą Floriańską) Realizowano Planty. Materiał z rozbiórki murów miał posłużyć do innych realizacji, bardziej miastu przydatnych. Matka kupuje bilet – 7 zł normalny. Wchodzimy na dziedziniec, na którym w sezonie (bo B. tylko w sezonie otwarty, czyli od kwietnia do października) można tańce dworskie i bijatyki rycerskie oglądać. Wychodzą Francuzi, a koleżanka bileterki konsumuje w podcieniach śniadanie. Totalnie pusto. Matka nastawia się, że Kura tuż po zakupie biletu, tuż po wejściu na dziedziniec zechce się wycofać. Parkujemy wózek. Kura wdrapuje się po schodach. Matka asekuruje i pilnuje kierunków zwiedzania co w B jest bardzo ważne. Kura zachwycony, biega w koło wąskim korytarzem raz po raz zatrzymując się, żeby wyjrzeć przez otwór. Pewnie sprawy sobie nie zdaje, że biega w koło. Widok na Barbakan od strony murów Średniowieczny środeczek Miasto: Kraków Miejsce: Barbakan
środa, 28 lipca 2010
Kura na Wawelu
Kura na Wawelu Matka Kurę zapchać może wszędzie. Grzecznie Kura spędzi w wózku 30 minut marszu i więcej nawet, jeśli tylko u kresu podróży czekać będzie nagroda. Tego wiosennego dnia matka chciała usiąść na dziedzińcu Wawelskim, usiąść, oprzeć się o mur, wyciągnąć nogi, wyjąć z koszyka wózka kubek termiczny z własną kawą i popatrzeć na cienie rzucane przez ludzi. Kura dociera, bardzo chce do Jamy Smoczej zajrzeć i kręci się przy wejściu. Matka spokojnie siorbie kawę i spokojnie nawołuje Kurę, żeby się już przestał tam kręcić, bo i tak nie pójdzie. Z wózkiem nie ma co począć. Potem okazuje się, że kręci się bo jest ładunek, czyli pełny pęcherz. Nim matka odłożyła kubek z życiodajnym płynem, Kura już stoi pod drzewkiem i ściąga portki. W zakamarkach pamięci odszukuje matka miejsce z toaletą. Trzeba by gnać na dziedziniec zamkowy i skierować się w stronę ściany kurtynowej. Za późno. Trawnik - miejsce zakazane na oddawanie moczu, ale do innego matka już nie zdąży. Porada taka: nim zaczniecie drogie mamy zwiedzć, czy to Wawel czy inne szacowne miejsce, pierwszą myślą niech będzie zlokalizowanie toalet. Matka marzy o zobaczeniu swej ulubionej kaplicy w Katedrze. Namawia syna na kościół, a Kura mimo swego pogaństwa chętnie się zgadza. Mimo początku tygodnia i przedpołudniowych godzin ludu sporo. Teren dziedzińca zewnętrznego, gdzie można było oglądać porośnięte trawką relikty pierwotnych zabudowań wzgórza: kościół św Michała, Jerzego, dom kanonika Jana Borka otoczono, zdradzającym prace remontowe, ogrodzeniem. Płot trwać będzie do 2012 roku. Do tego czasu za ok. 13 mln zł wyremontowana zostanie nierówna nawierzchnia pochodząca z lat 60 ubiegłego stulecia. Ma być przyjaźnie wszelkiego rodzaju wózkom czy to inwalidzkim, czy to dziecięcym. Kawiarenka przy wejściu na wystawę „Wawel zaginiony” nieczynna. Matka się cieszy, że ma swoją kawę a dziecko wodę. Z Katedrą w tle Katedra Wawelska - wejście dla niepełnosprawnych Dziedziniec Wawelski Miasto: Kraków Miejsce: Wawel
środa, 07 kwietnia 2010
U św. Wojciecha, czyli spełnione marzenie małego poganina!
U św. Wojciecha, czyli spełnione marzenie małego poganina! Kura dyktuje warunki. Nie zawsze oczywiście, ale ma prawo decydować o tym, co chce usłyszeć do poduszki. Obecnie Kura preferuje: Calineczkę, czasem Smoka Wawelskiego, pasjami wracamy do mądrego Pana Kuleczki. Czasem jednak trzeba coś więcej dać z siebie! Zaśpiewać np. o zielonym sklepie z Grodzkiej na melodię „W stepie szerokim…”. A czasem Kura życzy sobie opowieści z życia… jak to dzielnie zniósł wizytę u pani doktor, albo o małym, białym kościółku, do którego nie mógł wejść, bo nie miał zaproszenia. Pamiętliwy jest! Dwa tygodnie temu mieliśmy piękne wiosenne intro. Umówiłyśmy się z „D”, że zabierzemy dzieci na Rynek. Brać wózki czy nie brać? Oto dylematy matek. Do autobusu 130 – wiecznie zatłoczonego i raz na jakiś czas niskopodłogowego, ciężko będzie się dostać. Kościół św. Wojciecha - malowniczy i malutki położony u wyjścia na Grodzką. O patronie matka nasłuchała się w głębokim dzieciństwie. Salka katechetyczna jeszcze wtedy poza murami szoły, w środku pomalowane na sraczkowato ławki bez oparć i ksiądz „F” - gruby i rozpostarty na krześle, nim rozdzielił żółty ser z darów, długo i namiętnie mógł o nim rozprawiać, bo rodzinna parafia matki na podłódzkiej wsi, pod tym samym wezwaniem. A że to pierwszy męczennik polski, choć człek pochodzący z Czech, a że Chrobry wykupił jego ciało za wagę złota, a że pochowany w Gnieznie. Jedna z legend głosi, iż to właśnie spod wówczas, drewnianego kościółka usytuowanego na południowym krańcu krakowskiego Rynku, wyruszył Wojciech na swą ostatnią misję do Prus. Tym czasem Kura usiłuje się przeżegnać patrząc na mnie. Pomagam mu bezgłośnie, bo wiem, że wraz z plaśnięciem łapek padnie bardzo głośne i żywiolowe „amen”. Jedyny świadek religijnych zapędów Kury, odwraca siwą głowę. Na szczęście siwa głowa nie wie, że to mały, nieochrzczony poganin. Zaglądamy w oko błękitnej kopuły. Mały nieochrzczony poganin nie wie, że z tęczowej belki spogląda na niego Chrystus z „prawdziwymi” włosami! Jest dość ciemno więc jak bardzo Kura chciał wejść, tak bardzo chce wyjść. Siada na pobliskim murku i zjada lunch – szarlotkę domowej roboty. Dziewczyny wracają z napojami, a potem powoli czałapiemy na obiad. Kura zajmuje wygodną pozycję na matczynych barkach i nie wie, ze za 18 dni zatrzyma się na dwie noce w pewnej podłódzkiej wsi i pójdzie obejrzeć drewniany kościółek pod wezwaniem św. Wojciecha. Kiepskie zdjęcia św. Wojciecha Miasto: Kraków Miejsce: Kościół św. Wojciecha, Rynek Główny
piątek, 12 marca 2010
Kura, św. Andrzej i Frantic
Kura, św. Andrzej i Frantic Matka nie wie, dlaczego wiesza się na nim psy, a wiesza się. Psioczy się, że taki piękny, romański, obronny, a w środku rozczarowanie, bo barok. I czemu się tak tego baroku nie lubi? Bo sprofanował tyle piękniejszych miejsc? Bo chciałoby się po wejściu do kościoła romańskiego zobaczyć wystrój romański, nietknięty przez zmieniającą się modę. Dziś dostaje się w spadku mieszkanie z kuchnią, którą należałoby wpisać na listę UNESCO. Nikt się jednak nie zastanawia. Wymienia się podłogę, instalację, a potem po meble do IKEA. Nasze czasy unicestwiają architektoniczne gwiazdy modernizmu. Na łamach gazet wybuchają dyskusje – skuwać mozaikę na Biprostalu, czy nie skuwać. Inwestor myśli o ekonomii, chce ocieplić budynek, środowiska twórcze pieją o niewątpliwych walorach artystycznych tej 55 metrowej mozaiki.
Grodzka 54. Teren dawnej średniowiecznej osady – Okół, który stanowił podgrodzie, ale są też wzmianki, że Okół posiadał przez chwil parę osobiste prawa miejskie. Po ostatnią ćwierć XI wieku mecenat należał do władcy lub władz kościelnych. Kościół św. Andrzeja natomiast, powstał po 1086 r z inicjatywy bogacącego się na fali feudalizmu wojewody krakowskiego – Sieciecha i stanowi skromny, lecz jeden z najlepiej zachowanych obiektów tamtych czasów. Przy kościele św. Andrzeja nie ma tłumów. Raz po raz zachodzi tu pojedynczy turysta. Pod murem klasztornym akordeonista wygrywa motyw z Frantica, którego matka początek widziała razy kilkanaście, ale nigdy końca. To kolejny kościół niedostępny dla niepełnosprawnego. Matka wprawdzie wciąga wózek za próg bramy ale, ustawia go w widocznym miejscu przed schodami. Klaryski niedostępne i Fontana niedostępny. Św Andrzej z Grodzkiej Barokowy portal a w nim Kura Cudeńka Fontany Kontenplacja Kury na progu Miasto: Kraków Ulica: Grodzka 54 Miejsce: Kościóół św. Andrzeja
sobota, 20 lutego 2010
O zanieczyszczeniu rafy i tego konsekwencjach, czyli na co patrzy Sfinks
O zanieczyszczeniu rafy i tego konsekwencjach, czyli na co patrzy Sfinks Pierwszy raz zostawiam Kurę na całą noc i cały dzień i całą noc. Stresik jest, choć chłopaki świetnie sobie sami radzą. Przed wyjazdem uprzedzam oczywiście synka o swoich planach. Kura myśli… myśli i stwierdza wreszcie – „mama jedzie do Kailu kupić nowe okulaly”. Tak! Matka ma pecha, jeśli chodzi o okulary. Na każdym wyjeździe traci parę. Tym razem szkiełko wypadło na oczach Kurki i poturlało się – a jakże - wprost do szpary w pomoście, żeby wpaść przez tę szparę do morza. Tak to matka niechcąco zanieczyszcza rafę! Do końca wakacji matka jednak daje radę bez okularów. Podróbki D&G nie są w jej typie, więc pierwszy raz będzie miała równo opaloną twarz. Dojeżdżamy. Miasto moloch, największe na kontynencie, borykające się z zanieczyszczeniami. Wąskie, ślepe uliczki. Balkonik w balkonik, albo malutkie okienko w malutkie okienko. Brak opadów sprawia, że domy są szare i brudne od pyłów naniesionych z pustyni. Niezliczona ilość ludności, około 2 mln żyjących w skrajnej nędzy w „Mieście Umarłych” – stare cmentarzysko, które widzimy tylko z okien pędzącego ku barce autokaru. Matka marzyła żeby zobaczyć piramidy. Widziała je setki razy na reprodukcjach, ale nie sposób wyobrazić sobie ogromu i usytuowania w przestrzeni. No i na co patrzy Sfinks… Zimno. Kropi. Wiatr targa różowy szal matki. Gwarno, pełno dzieci pragnących zrobić zdjęcie za niewielki pieniądz amerykański. Matka wsiada na wielbłąda i w karawanie innych wycieczkowiczów pozwala się zaprowadzić małemu chłopcu na pustynię, skąd rozpościera się piękny widok na piramidy – bez autokarów w tle. Matka nie ufa swojemu wielbłądowi. A najpierw Swinks i piramidy z rodzinnych albumów w obiektywie pradziadka Kury Hajłej matki Giza i wyłaniające się piramidy Cheops, Chefren, Mykerinos z wilbłąda Panorama spod piramid Na co patrzy Sfinks Miejsce: Egipt - Kair - Giza
czwartek, 22 października 2009
Rekiny biznesu czyli Ora et labora!
Ora et labora Skoro zamawiamy pizzę oznacza to, że mamy więcej czasu, bo obiadu nie trzeba gotować. Prosto z kopca jedziemy zatem do Tyńca. Doskonale pamiętamy, kiedy byliśmy tam ostatnio razem. Był to słoneczny niedzielny dzień 3 kwietnia 2005 roku. Jeden z najbardziej kontemplacyjnych poranków w Polsce. Poranek po śmierci Jana Pawła II. Minęło zatem trochę czasu, a odległość przecież tak niewielka – jakieś 12 km od centrum Krakowa. Kiedyś wybrałam się tam na wycieczkę rowerową. Odległe czasy. Kupiłam sobie w przydrożnym sklepie paczkę Corn Flakes z miodem i zżarłam siedząc na trawie oparta o rozsypujący się mur. Z toalet nie korzystaliśmy, ale jak donoszą organizatorzy tegorocznej akcji: „Miejsce przyjazne dzieciom” to jedyny klasztor w Krakowie posiadający w toalecie przewijak!!! Organizuje się tu również warsztaty edukacyjne dla dzieci w wieku szkolnym – cena około 18 - 26 zł. Dziedziniec w jesiennym słońcu Fasada kościoła św. Piotra i św. Pawła Studnia i jej ciekawa konstrukcja - bez użycia gwoździ Wnętrze, nawa główna z ołtarzem Miejsce: Klasztor w Tyńcu
|
Archiwum
O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Napisz do matki
Nasza zajezdnia
Podglądamy
Tagi
![]()
|