|
niedziela, 26 lutego 2012
Losowanie, losowanie;)
Losowanie, losowanie! Odbyło się! Kura pochłonięty grą szmacianą piłką. Matki czerwony pazur okazalł się szczęśliwy dla: PIKININI! Gratuluję! Proszę na priv o informacje adresowe;) Miłego niedzilnego wieczoru;)
wtorek, 21 lutego 2012
Pa-lec pod bud-kę... czyli urodzinowe rozdawnictwo!
Pa-lec pod bud-kę... czyli urodzinowe rozdawnictwo! Trzy lata... nam mijają... Kura jest już dużym chłopczykiem... nie ma już wprawdzie czerwonego wózka, czerwonego laufrada zamienił na żółtego Puky... ale ciągle jesteśmy w duszy red;) Przepraszam za zaniedbania, przepraszam... ale wiele w zeszłym roku się wydarzyło! I jak w mordę strzelił -pasuje do matki cytat książki, którą czyta obecnie: "Ludzie nie tylko wybierają role zgodne z ich wrodzonymi zdolnościami i cechami osobowości, ale również poszukują typu środowiska sprzyjającego ich naturalnym skłonnościom" E.O. Wilson Kto śledzi ten wie, że matka rysuje...śpiących rycerzy, księżniczki papierowe, patctwo na trzech nogach... a wszystko zaczęło się dzięki Kurze. On to nabazgrolił na kartce coś, co matka na niewielkiej przestrzeni szkicownika przekształciła w pasiastego prosiaka... Kura inspiruje cały czas ale i matka inspiruje Kurę;) wszytskie rysunki, historyjki oraz źródła inspiracji do obejrzenia na: http://www.lookarna.blogspot.com
W związku z urodzinami, podwójnymi, bo i Lookarna świętuje w lutym, zapraszam do zabawy w urodzinowe rozdawictwo. Komu się spodoba czerwony Wilk - rozmiar 15x15, oprawiony w czarne passe-partout i antyramę 20x20 tego zapraszam do: pozostawienia komentarza polubienia redoffroudu na FB P.s. kto chce zwiększyć swoje szanse zapraszam na www.lookarna.blogspot.com bo tam też czai się Wilk! Wilk ręką matki nakreślony;)
wtorek, 14 lutego 2012
Kładka Ojca Bernatka, czyli krakowski most miłości
Kładka Ojca Bernatka, czyli krakowski most miłości W zeszły piątek matka była na wywiadówce. Porządnej, godzinnej rozmowie. Wysłuchała matka wiele ciepłych słów na temat Kury. Nie dość, że grzeczny, posłuszny, to jeszcze mądry i ładnie wysławiający się i logiczny o szerokim światopoglądzie. Rozwój emocjonalny – książkowy. Matka zbiera żniwo wielu wspólnych rodzinnych wypraw. 14 lutego – niektórzy celebrują ten dzień w szczególnie romantyczny sposób. A u nas dziś wpis tematycznie ze stanem zakochania związany, bo my – ludzie mieszkający w Krakowie - swój „most miłości” mamy, który to most często wiosną Kura przemierza w kierunku Podgórza. Modę na mosty rozpropagowała niewątpliwie książka dla młodzieży „Trzy metry nad niebem” - Federico Mocca. Mosty takowe posiadają wielkie miast tego świata: Rzym i jego stary most Mulwijski, Paryż, Florencja, Praga, Seul. Moda na mosty zawitała również do nas. Ma i Wrocław i Gdańsk i Warszawa, gdzie złomiarze miłosne kłódkowe wyznania mieli za nic, rozkłódkowując most do cna. I tak to Kura na swoim laufradzie , bez szumu aut i tramwajów za plecami, może spokojnie z Kazimierza na Podgórze przejechać. Długość kładki (130m) jest w przypadku Kury niewspółmierna do czasu, w jakim tę kładkę pokonać można. Kura bowiem, musi dotknąć absolutnie każdej kłódki, a kłódek na moście cale mnóstwo. Jedne wyszperane spośród domowych szpejów, od rdzy brązowe. Inne nowe, połyskujące w słoneczny dzień, specjalnie na tę okazję zakupione. Jedne łyse z dziurą po kluczu, wyrzuconym w mętne wody Wisły, drugie opatrzone napisami wymalowanymi na wszelkie sposoby flamastrami lub farbami. Inne jeszcze, te najbardziej zaangażowane, mają grawerunek imienny lub miosną sentencję. Są też kłódki, które ktoś bezskutecznie bardzo chciał usunąć. Być może wielkie uczucie właśnie się zakończyło, jak to często z wielkimi uczuciami w wieku nastoletnim bywa. Kura długo delektuje się kolorowymi kłódkami nie mając pojęcia ile mogą znaczyć... Jeśli przejście takim mostem spowoduje zwolnienie kroku, uśmiech i pewnego rodzaju zadumę nad skomplikowaną sferą, jaką są uczucia, to owszem, jeśli temu ma służyć to jak najbardziej jesteśmy za, choć... od wieszania kłódki jesteśmy daleko;) Kładka Ojca Bernatka Miejsce: Kładka Ojca Bernatka
poniedziałek, 13 lutego 2012
Wawel Zaginiony, czyli dziecko w muzeum dla całkiem dorosłych!
Wawel Zaginiony, czyli dziecko w muzeum dla całkiem dorosłych.
Przed wyjściem z Centrum Promocji i Informacji, kupujemy bilety. Osoba dorosła – 7 zł, w sezonie cena wzrasta o złotówkę. Kura - jeszcze darmocha. Szczelnie ubrani, ruszamy w kierunku budynku zamykającego od zachodniej strony dziedziniec królewski, tam gdzie latem znajduje się mało stylowa kawiarnia na wolnym powietrzu. Wózek lub duże nosidło musi zostać pod czujnym okiem pani od biletów. Pani informuje nas, że na terenie dziedzińca królewskiego jest bezpłatna przechowalnia bagażu. W muzeach na całym świecie, bagaże są skanowane, a wózki, duże torby, nosidła, muszą pozostać w przechowalni bagażu. Do Bazyliki Św. Piotra nie mogliśmy wjechać wózkiem… a Kurka tak słodko spał. W Alhambrze, która jest olbrzymim terenem, również musieliśmy pozostawić nosidło i zmęczonego Kurkę transportować od czasu do czasu na rękach. W muzeum pusto. Para obcokrajowców. Najpierw oglądamy makietę, pokazującą jak wyglądała zabudowa wzgórza w XVIII wieku. Kura zerka, ale jest zbyt mocno ukierunkowany na mosty. Wchodzimy do mrocznej sali. Nadwieszone chodniki prowadzą Kurze nóżki ku reliktom naszego chrześcijaństwa. Przez małe okienka wpada dzienne światło, nieśmiało oświetlające relikty najstarszej świątyni wawelskiej – Rotundę NMP. Pochodząca z ok. 1000 roku, wzniesiona na planie koła z przyległymi czterema absydami, rozglifionymi oknami, częściowo zrekonstruowana, zwana później Rotundą Św. Św. Feliksa i Adaukta, być może pełniła rolę kaplicy przy palatium książęcym. Oglądamy relikty ściany zachodniej, oraz zachowany pochówek szkieletowy, od którego Kura nie może oderwać swych błękitnych oczu. To pierwszy jego szkielet. Wawel Zaginiony Makieta XVIII - wiecznej zabudowy wzgórza Nadwieszone chodniki Kura i rotunda Ozdobny kafel Dziedziniec arkadowy zimą Miejsce; Wawel
piątek, 27 stycznia 2012
Wystawa „Legendy Wawelskie”, czyli Kura i kultura.
Wystawa „Legendy Wawelskie”, czyli Kura i kultura. Kura chorował bite dwa tygodnie. Trzeci tydzień postanowiliśmy spędzić w domu, celem dochodzenia do siebie i nabrania nieco odporności. Zgodnie jak nigdy, Kura przystaje na propozycję matki, aby uczcić zakończenie tygodnia wycieczką na Wawel i obejrzenie pokonkursowej wystawy ilustracji do wawelskich legend. Podekscytowanie wycieczką jest ogromne zarówno u Kury jak i u matki, co swobodę i wolność poczuła w nozdrzach. Tak! Na Wawel nam trzeba. Liznąć nieco kultury i kulturowego dziedzictwa. Zza chmur wygląda słonce. Ściany zamku jakoś tak pięknie wyglądają. Wdrapujemy się łagodnym podejściem od strony skrzyżowań ulic: Stradom, św. Gertrudy i Bernardyńskiej. Mijamy Bramę Bernardyńską, za którą zaraz skręcamy w prawo, aby nowo udostępnionym wejściem przy Baszcie Sandomierskiej, osiągnąć 228 m n.p.m wapiennego wzgórza. Oczom naszym ukazują się jasne i przestronne wnętrza gdzie: informacja turystyczna i kasy biletowe, sklepiki z pamiątkami i biuro rezerwacji i zwiedzania, kawiarnia i poczta. W lśniącej posadzce odbija się iluminacja i my. W piątkowy poranek mało zwiedzających. Nikogo nie ma przy jedynym pracującym okienku kasowym. Grzecznie pytamy o wystawę „Legendy Wawelskie” celem nabycia biletu. Wystawa jest bezpłatna i mieści się na piętrze. Polecamy bardzo. Wystawa, gdzie można się turlać i pobawić, może być jednym z pierwszych spotkań malucha z muzeum i jego regułami. Nieoficjalny styl i kolory na pewno zachęcą malucha do innych propozycji tego typu. Kura bardzo chętnie zgadza się na odwiedzenie tego dnia wystawy stałej „Wawel Zagiony Styczniowy Wawel Wnętrza wystawowe Centrum Promocji i Informacji na Wawelu Kilka przepięknych ilustracji Jedna ze zwycięzkich ilustracji Piotra Sochy Ilustracja Joanny Wieruszewskiej Edyta Burliga - Estela Maria Ekier Miejsce: Centrum Propmocji i Informacji na Wawelu Cel: wystawa pokonkurskowa "Legendy Wawelskie"
poniedziałek, 23 stycznia 2012
Cafe Bajarka i księgarnia "Dialog"
Cafe Bajarka i księgarnia "Dialog" Drugiego stycznia 2012 roku Kura idzie do przedszkola, trzeciego stycznia Kura nie idzie do przedszkola i pójdzie dopiero dziś. Tak to Kura wkroczył w nowy rok. Pochorował się jak zwykle, kiedy za „M” i jego plecakiem, zamknęły się drzwi. I oto matka przez dwa tygodnie rozmawia tylko z czterolatkiem, nie licząc krótkich sprawozdań telefonicznych oraz jednej, wieczornej, zaopatrzeniowej wizyty „W”. Żyjemy i kochamy się nadal;) Absolutne i niezastąpione od drugiego Kurzego roku życia - klocki LEGO! Matka niejednokrotnie zastanawiała się nad wyborem książeczek dla małego Kurki. Bo żeby edukacyjne i ładne, mądre i trwałe, zmywalne i jadalne. Niewątpliwie doskonałym źródłem zaopatrzenia w literaturę mądrą i pięknie zilustrowaną, stał się sklepik „Figi” dziś „Famigi” (nasze opisy TU i TU) i to waśnie tu kupiliśmy książeczkę „Jest tam kto” (Anna Clara Tidhholm) dzięki której Kura mając 20 miesięcy zaskoczył matkę na spacerze nazywając (jeszcze bełkotliwie) kolory zaparkowanych samochodów. Nieśmiertelna pozycja „Gdzie jest tort”(The Tjong-Khing),wałkowana miesiącami całymi – i gdzież ta książka z nami nie była, jadąc w parze z drewnianą kuchenną łyżką. Dziś źródłem wiedzy o współczesnej literaturze dziecięcej, (bo warto wyjść poza literaturę znaną z własnych lat dziecięctwa), są matki ulubione tematyczne blogi z recenzjami: http://czytanki-przytulanki.blogspot.com/ oraz rzecz jasna księgarnie, bo dobrze książkę przed zakupem poobracać jednak w dłoniach. Na początek schody. Brak podjazdu. Wózek można zostawić za drzwiami wejściowymi do kamienicy i udawać, że go wcale nie widać i udawać, że wózek jest do kradzieży przedmiotem słabo nadającym się. Matka tak udawała, kiedy wchodziła do mieszczącego się w tej samej kamienicy, sklepu z ubrankami „Jaś i Małgosia”.
Plac Inwalidów Księgarnia "Dialog" sale zabaw twórczych w Cafe Bajarka Miejsce: Cafe Bajarka
sobota, 14 stycznia 2012
Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa przy ulicy Kopernika czyli Kura, Xawery i zmodernizowany historyzm.
Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa przy ulicy Kopernika, czyli Kura, biały Jezus spod wiaduktu, Xawery i zmodernizowany historyzm. Matka rano za okno spojrzała. Ziemia pokryta białym puchem. Świat jakby złagodniał. Na ślepej uliczce pusto. Do samotnie stojącego biurowca nikt nie przyjechał. Sobota. Od czasu do czasu ktoś z psem przejdzie i rzuci patykiem. Matka wczoraj wieczorem napisała zjadliwy tekst, ale dziś… dziś nie czuje złości, tylko smutek. Smuci się matka nad losem małych innowierców, małych ludzi wychowywanych na ateistów w szacunku do innych kultur. Mały człowiek zostaje na poziomie przedszkolnym wtłoczony w machinę nietolerancji i wielkich zdziwionych oczu.
We wrześniu Kura rozpoczął drugi rok przedszkolny. Po pierwszym tygodniu uczęszczania wyśpiewuje piosenkę o piesku, co się budzi, wita słonko i biegnie do swego pana. W połowie września odbyło się spotkanie z rodzicami. No i okazało się, że od tego przedszkolnego roku obowiązuje Kurę - w myśl ustawy - uczęszczanie na lekcje religii w wymiarze dwóch godzin tygodniowo. Wspomnę tylko, że w kraju należącym do Unii Europejskiej, te same zasady nie dotyczą edukacji języka angielskiego! Matka opowiada Kurze o arce Noego, opowiada o Bożym Narodzeniu, o Jonaszu, który jak Tomcio Paluch trafił do rybiego brzuszyska bo wie, że bez znajomości Pisma Świętego (również i mitów greckich) nie ma zrozumienia wielu dzieł sztuki i literatury. Matka chciała zaznajomić Kurę z obrzędem mszy. W tym celu, wieki temu, wybrała się na dziecięcą mszę, do kaplicy przy kościele Najświętszego Serca Pana Jezusa, na ulicy Kopernika. Opis zajścia tutaj: http://redoffroad.blox.pl/2009/04/Prosze-ksiedza-To-nie-smok-To-krokodyl-z-Ikei.html
Kwiecień. Wiosna w pełni. Przechadzamy się ulicą Kopernika ku szpitalom, gdzie odwiedzamy babcię "A". Pod wiaduktem graffiti – biały Jezus i napis „pójdźcie do mnie wszyscy”. Czemu nie. W dzień ceglana budowla nie wydaje się tak zwalista. Autor projektu czerpał z architektury i romańskiej i gotyckiej i barokowej (zmodernizowany historyzm). Wchodzimy do środka, choć Kurze nie jest łatwo zrezygnować z wiosennego słońca. W tym celu pokonujemy kilka schodów, bez podjazdu. Nad naszymi głowami mozaika portalu przedstawiająca "Przebicie boku Chrystusa". Powyżej posępne i zwaliste rzeźby, tak charakterystyczne dla ich projektanta – Xawerego Dunikowskiego. Potężny centralny Chrystus i grupy boczne Mnisi i Rodzina, jakby szukająca pocieszenia w rozpostartych ramionach Chrystusa. Jakiż to ciekawy artysta rzeźbiarz był. Z jednej strony niezwykle utalentowany, obsypywany nagrodami, porównywany do Rodena, z drugiej zaś stony, awanturnik o nieciekawej posturze. Artysta rzeźbiarz postrzeliwszy śmiertelnie innego artystę - malarza, w prawdzie uniewinniony, ale potrafiący kompletować sobie wrogów, wyjezdża w końcu dla oczyszczenia atmoswry zasmakować innych światów. W czasach wojny trafia na pięć długich lat do obozu koncentracyjnego. Dwa lata leczy się poobozowo, a potem daje wtłoczyć w socjalistyczną machinę. Matka o Dunikowskim czytała w podstawówce, chłonąc podręcznik od plastyki. Podobały się matce czarno - białe reprodukcje rzeźb, przedstawiających brzemienne kobiety, tak krytykowane w swoich czasch. Matka zadziera głowę w niepokoju, czy wielki Chrystus nie spadnie. "Pójdźcie do mnie wszyscy", czyli bialy Jezus spod wiaduktu Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa i jego wieża Rzeźby projektu Xawerego Dunikowskiego sklepienie z piękną polichromią Miejsce: Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa, Kraków ul. Kopernika
środa, 11 stycznia 2012
Dolina Będkowska
Dolina Będkowska Matka wychowana na wsi, przy węglowym piecu wie jak jest. Na wsi w pobliskich lasach można było spotkać zużyte meble, lodówki i telewizory. Ludność pod osłoną nocy wywoziła wszystkie śmieci, które nie nadawały się do spalenia w piecach. Do dziś nikt nie myśli o ekologii, w wymiarze chociażby sortowania śmieci. Do dziś w piecach pali się wszystko to, co do spalenia się nadaje, pozwalając oszczędzić opał. Minęło lat 35. Matka mieszka w pięknym mieście, nad którym niczym zimowa czapa spoczywa smog. Pierwsze chłody sprawiły, że ludność odpaliła piece i ku oszczędności pali co popadnie. Raz po raz pojawiają się o komunikaty o zbyt wysokim stężeniu zanieczyszczeń. Spacer z dzieckiem nawet do najmodniejszej i najpiękniejszej dziecięcej krainy niewskazany. Trzeba z miasta uciekać, dzieci wywozić i nawet krótka aktywność za miastem zrobi nam lepiej, niż aktywność w mieście. W minionym roku rodzic często wywozi Kurę z miasta. Najczęściej do Doliny Będkowskiej, należącej do szergu dolinek wyżyny Olkuskiej, wchodzącej w skład tzw dolinek podkrakowskich, czyli malowniczych jarów, dolin upstrzonych szumiącymi strumykami, bramami skalnymi i ostańcami. Brzmi cudownie. Będkowska jest najdłuższą z dolinek. Około 8 km trasy spacerowej, atrakcyjnej o każdej porze roku. Oddalona o kilkanaście kilometrów od Krakowa, po naszej stronie miasta. Odkąd oddano rondo Ofiar Katania przejazd nie zajmuje więcej niż 20 minut. Atrakcyjna nie tylko dla amatorów wspinaczki. Atrakcyjna dla pchania wózka z maluchem, bo ruch kołowy ograniczony do mieszkańców nielicznych domostw oraz ich gości. Przy czym część trasy offroadowa, a część asfaltowa, więc wózek miejski tzw. parasolka może mieć trudności. Atrakcyjna dla starszych, biegających dzieci, bo cóż może stanowić lepszą zabawę od kawałka kija znalezionego w lesie, czy liści rzucanych do potoku. Atrakcyjna dla nosideł. Jest gdzie odpocząć po drodze, bo i gospodarstwo ze stawami rybnymi i Brandysówka z domowym ciastem. Pierwszy nasz spacer ku Dolinie Będkowskiej uskuteczniamy w kwietniu. Obieramy trasę na Olkusz, okło 15 km dalej skręt w lewo na Bębło i Będkowice. Parkujemy przy drodze. Mroźno. Trochę śniegu. Kura obowiązkowo na roweku biegowym, któremu kamieniste drogi nie straszne. Szutrową drogą, powoli schodzimy w dół ku Czarcim Wrotom – skalnej bramie. Tworzą ją dwa ostańce usytuowane po obu stronach drogi. Na szczycie jednego z nich samotna sosna. Dalej w dół, jakieś 200 metrów i Kura dojeżdża do dna doliny. Obieramy kierunek do Brandysówki – gospodarstwa agroturystycznego. Wzdłuż całej trasy towarzyszy nam potok Będkówka, który najbardziej sprawdzi się latem. Kura będzie grzebał patykiem, usiłował przejść po kamieniach na drugą stronę, oraz rzucał liście po jednej stronie mostu i patrzył czy wypływają z drugiej. Chłopaczysko! Wzrok odpoczywa. Po kolei mijamy najbardziej znane skały: najwyższą na terenie Jury – Sokolicę - 70 metrów wysokości. Na jej szczycie odnaleziono ślady prastarego grodziska. Skała udostępniona dla wspinaczy. Raj wspinaczkowy to też popularna Dupa Słonia, gdzie jesienią mogliśmy obserwować wspinającego się bez uprzęży zażylonego człowieczka oraz grupę uczących się, uzbrojonych po zęby we wszystkie dostępne na rynku akcesoria wspinaczkowe. Kiedy rodzic zadziera głowę ku górze, Kura grzebie w wygasłym palenisku. Można sobie wyobrazić jak wyglada. Do Dupy Słonia trzeba przejść przez potok przerzuconą kładką. Zdarza się, że czasem kładki brak;) Po drugiej stronie kolejny ostaniec samotnie stercząca – Iglica (25 m) Druga opcja dojazdu, to droga na Zabierzów, skręt w prawo za nowo powstałymi centrami handlowymi, kierunek na Brzezie i szukamy znaku prowadzącego do Będkowskiej. Droga wije się i w górę i w dół. Z tej strony blisko do kolejnego gospodarstwa, ze stawami rybnymi. Amatorów łowienia ryb tu nie brakuje. Latem wystawiają brzuchy w kierunku słońca. Ich kobiety i dzieci leżą nieopodal na kocach tworząc zwarte grupy znajomych. Kura siedzi na brzegu z patykiem i w skupieniu łowi swą wielką rybę wiedząc, że rodzic zamówił frytki. Podsumowując: na wieść o wyprawie do Będkowskiej, Kura trze z zachwytu piętkami. Oznacza to, że nawet mieszczuch ma coś tu do zrobienia. Zaledwie 20 kilometrów od Krakowa oddycha się innym powietrzem, a fusiasta kawa z cienkiego szkła,smakuje jakoś lepiej od mieskiej puchatej latte;) Dolina Będkowska w kwietniu Ku Czarcim Wrotom Dupa Słonia Iglica Wodospad Szum Sokolica latem Dekoracja Brandysówki - stary sprzęt wspinaczkowy Pole namiotowe koło Brandysówki Lato w pełni Miłośnik łowienia ryb jesień w dolinie Miejsce: Dolina Będkowska
niedziela, 08 stycznia 2012
WOŚP dla naszych dzieci
WOŚP dla naszych dzieci Kura od paru dni choruje. Jego duże błękitne oczyska wyglądają dziś jak dwie dziurki wysikane w śniegu. Zwykle jest rozgadanym i energicznym chłopcem. Matka ma szczęście… jej czterolatek może biegać po Krakowie! Po raz drugi, matka wraz z Kurą chciałaby wesprzeć po swojemu Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy ofiarując swoją ilustrację „Ryba z wiatrakiem”. Moze się komuś spodoba;) Zapraszam wszystkich zaglądaczy na naszą allegrową aukcję: http://aukcje.wosp.org.pl/show_item.php?item=596143 Całość dochodu trafi na konto WOŚP. Praca do obejrzenia na: www.lookarna.blogspot.com
piątek, 06 stycznia 2012
Kura w Szczyrku – hotel Elbrus
Kura w Szczyrku – hotel Elbrus Tegoroczna jesień i zima jest wyjątkowo łaskawa. Jeśli myślami wracamy do poprzedniej, to słabo pamiętamy, pamiętamy natomiast zimy naszego dzieciństwa… Lutowy zeszłoroczny weekend spędzamy w Szczyrku. Mroźno. Zdjęcia przypominają, że śniegu jak na lekarstwo. Jedziemy większą ekipą, jednak my, jako jedyni zabieramy ze sobą dziecko. Żyjemy więc własnym życiem, kierując się zegarem biologicznym i wewnętrznymi potrzebami Kury. Szczyrk jest małym miasteczkiem, malowniczo położony o korzeniach pasterskich sięgających wieku XV, kiedy to datuje się pierwsze wzmianki o miejscowości. Nazwa pochodzi od onomatopeicznego „szczyrkania”. Dla jednych od „szczyrkania” dzwonków wiązanych u szyi zwierząt, dla innych od „szczyrkania narzędzi uderzających o kamienistą ziemię podczas jej uprawiania, dla jeszcze innych od „szczyrkania” wody rzeźko spadającej z górskich potoków. W oczekiwaniu na ekipę, która wyruszyła na stok, korzystamy z basenu. Czysto, ciepło, przyjemnie i głośno, za sprawą rzecz jasna przeszczęśliwych dzieci. Dmuchanych rękawków, kółek i makaronów zatrzęsienie. Basen mały, nie do robienia 500 długości. Raczej do pilnowania dziecka, które samo chce na makaronie robić te 500 długości. Obok sauny, z których można bezkarnie korzystać. Wieczorem cóż… jedno z nas na posterunku. Drugie w holu z resztą ekipy. Drugie to tym razem matka;) Minionej zimy może szczególnie nie pamiętamy. Wraz z pójściem Kury do przedszkola skończyły się nasze długie spacery po mieście i odwiedzanie przeróżnych miejsc mniej lub bardziej dzieciom przyjaznych żeby zagospodarować dziecku, a może przede wszystkim sobie monotonny dzień. Hotel Elbrus, Szczyrk Zza okien sali zabaw sala zabaw Okoliczny plac zabaw Miejsce: Szczyrk, Hotel Elbrus
środa, 04 stycznia 2012
Hotel "Zamek na Skale"
Hotel "Zamek na Skale" Niespodziankaaaaaa No i tak teraz jest. Mało czasu, mało, żeby notkę sensowną i klarowną sklecić, choć naobiecywała matka, że zaniedbań nie będzie. Dziękuję za wszystkie odwiedziny, czyli wiarę! Tym czasem mijają miesiące jeden po drugim… Nastał Nowy Rok… dla matki rok twórczy, Rok Wilka;)Cóż musicie mi wybaczyć. Świat ruszył z kopyta, a wraz z nim moje wilki, śpiący rycerze i księżniczki. Teraz trzeba zaprowadzić ład i znaleźć złoty środek, żeby na wszystko czasu starczyło… drodzy czytelnicy zajrzyjcie na www.lookarna.blogspot.com a niebawem „Galeria pod chmurką” do polubienia na FB. Pierwsze krople do oczysk zakupione, i jak gdyby nigdy nic, dodaję zatem wpis… Luty. Kura zostaje wyekspediowany do babci. Rodzice pakują w odtwarzacz ulubioną płytę z muzyką i ruszają na pierwszy, samotny czytaj – bezdzietny - hajłej. Dziwne to uczucie. Kura do tej pory wszędzie jeździł z nami… Wyrzut sumienia znika jednak za pierwszym zakrętem (no… może jednak drugim) i wraz z pierwszym taktem ( no… może jednak drugim) rodzic jedzie eksplorować hotel: Zamek na Skale, a następnego dnia Kopalnię złota w Złotym Stoku. Droga pokrętna i cała w leśnej mgle. Las, las i las. Nie jest ciemno – jest CIMNO! Łatwo trafić nie będzie. Trzebieszowice to jedna z najstarszych miejscowości odnotowanych za Ziemi Kłodzkiej. Położona na szlaku zwanym Drogą Solną, który łączył Śląsk z Pragą poprzez Kłodzko i Lądek. Mijamy bramę. W niej miga nieśmiało oświetlony budynek. Może to mgła jednak tę nieśmiałość potroiła. Mówiąc „zamek” każdy ma na myśli co najmniej założenie typu Krzyżtopór. Ten obiekt jest jednak malutkim zameczkiem, a do dziś z tej budowli pozostały nieliczne ślady w najniższych, piwnicznych partiach. Kolejne wieki przyniosły upadek i a w dobie renesansu zamek ożył na nowo pozyskując wewnętrzny dziedziniec, wokół którego zgrupowano pomieszczenia o różnorakim przeznaczeniu. Przez wieki zmieniali się i właściciele i kształt budynku, który wraz ze zmieniającą się modą, musiał sprostać oczekiwaniom nowych zarządców. Największe znaczenie w historii zamku miały rody von Reichenbachów , Wallisowie – ród mający francuskie korzenie, dzięki którym zamek pozyskał stajnie, oranżerię oraz wieżę. Leżący nieopodal najstarszego uzdrowiska w Polsce -Lądka Zdroju, które to uzdrowisko słynęło w ówczesnej Europie ze swych leczniczych właściwości - możliwości – stał się główną atrakcją w regionie, godną odwiedzin, podziwiań i westchnień. Zwiedzamy obiekt tuż przed mającym się odbyć wielkim walentynkowym balem. Hol, czyli dziedziniec przeistacza się w piękną salę balową. Oglądamy pwnice, które służą dziś ku organizacjom wszelkiego rodzaju imprez, oglądamy salę konferencyjną, w której kiedy nic się nie dzieje zorganizowano kącik zabaw dla dzieci. Kącik to szumna nazwa. Rozpostarty dywan, poduszki, kilka kręgli i klocków. Dla starszych trambambula, dla jeszcze starszych rowey do treningów. Zimnica niestety. Punkt jednak za inicjatywę, a może i pewnego rodzaju wymóg społeczny. Okoliczny park piękny i zadbany. Spacerujemy mroźnym porankem myśląc o minionych czasach, kiedy to zamek tętnił życiem. Dziś trzeba go utrzymać i nie jest to łatwe, bo czym zwabić potencjalnych klientów hotelu. Nie wspomni też wizyty w kopalni złota w Złotym Stoku. To dopiero zetknięcie ze światem, w którym czas toczy się jakby inaczej. Mijamy podupadłe wsie. Podupadłe, ale jakże piękne tereny. Folwarczne zabudowania aż się proszą o renowację i ponowne zasiedlenie… tylko co tu na tych ziemiach robić? Mijamy kapliczki przydrożne, rozbielone słońcem i śniegiem. Mijamy ludzi i wioskowe psy nienależące tak naprawdę do nikogo. W Złotym Stoku idziemy zwiedzić kopalnią złota. Wchodzimy do biura. Czekamy na kobietę rzeźką, która swą męską kwadratową szczęką, bez cienia makijażu opowie o tunelach ręcznie kopanych w taki sposób, jakby rozprawiała o najpiękniejszym pierścionku zaręczynowym. To cud pasji i zacięcia. I już straszy „M”, który ma tu przywieźć za miesiąc kilka osób, trasą, którą będą musieli przebyć brodząc i podtapiając się. Trasą od której cytuję: „d… się marszczy”. I podobno się marszczy! My przemierzamy fragmenty korytarzy dostępne dla wszystkich. Kurze by się nie spodobało. Zimno, mokro, ciemno, choć wagonik kopalniany niewątpliwie przysoniłby ciemne i mokre strony. Zamek na Skale dziedziniec - hol sala konferencyja z kącikiem dla dzieci Kopalnia złota w Złotym Stoku Kopalnia dla matek z dziećmi i dla niepełnosprawnych na pewno nie do zdobycia Miejsce: Zamek na Skale, kopalnia zlota w Złotym Stoku
poniedziałek, 12 września 2011
Hotel Andel's w Łodzi, czyli Kura i dizajn
Hotel Andel's Łódź, czyli Kura i dizajn W związku z ogromnymi zaległościami, matka proponuje maraton po trzech zeszłorocznie odwiedzonych, z różnych powodów, hotelach. Matka pragnie jeszcze nadmienić, że żaden z proponowanych tu artykułów nigdy nie był, nie jest i nie będzie artykułem sponsorowanym. Jest to blog, który matka pisze pasjami. Wszystkie miejsca, które matka opisuje, są miejscami odwiedzonymi osobiście, osobiście sfotografowanymi i obiektywnie opisanymi. Matka nikogo nie faworyzuje, a nawet matce się czasem zdaje, że jest upierdliwa jak mało kto i wymaga Bóg wie czego od miejsc, które przecież nie są dla dzieci wyłącznie. Tak więc zaczynam od hotelu Andel's w Łodzi. Styczeń. Tuż po nowym roku matka zapragnęła odwiedzić własną matkę. Nasze wizyty w rodzinnym Dobroniu są zwykle krótkie i polegają na odwiedzeniu matki, babki, cmentarza i czasem, jeśli starczy czasu, losowo wybranej części rodziny. W drodze powrotnej zatrzymujemy się w Łodzi gdzie tym razem, w ramach szaleństwa noworocznego, śpimy w pięknych, starych, pofabrykanckich wnętrzach, nowocześnie zaaranżowanych ku wygodzie i chwale. Z Dobronia do Łodzi jest jakieś 30 km. Szybko docieramy na miejsce, ale żeby znaleźć wjazd okrążamy dwukrotnie obiekt usytuowany w śródmieściu. Łódzki „król bawełny” Izrael Poznański przejął w 1852 roku od swego ojca, firmę kupiecką i tworzy z niej prawdziwe włókiennicze imperium. Wraz z rosnącymi finansami i zapotrzebowaniem Poznański skupuje działki przy ulicach: Ogrodowej, Drewnowskiej, Zachodniej aż do okolic cmentarza. W ciągu kilku dekad powstaje tu niebywały kompleks fabryczny, który stał się dzielnicą z własną szkołą, szpitalem, sklepami. Jest już ciemno i w normalnych warunkach Kura już by spał. Ciekawy jest jednak pomieszczeń, w których spędzi noc. Nie mniej niż matka. Matka za Łodzią nie przepada i wcale nie uważa, żeby to było piękne miasto przez to, że ktoś wyremontował kilka budynków. Matka zrobiła sobie kiedyś kserokopię przedwojennego zdjęcia. Widok na wystające kominy tekstylnego miasta nazwanego – „Polish Manchester”. Hotel mieści się w budynku dawnej przędzalni. W podziemnym garażu niemiłosiernie ciasno, a może mamy za duży samochód? Eeeee raczej nie;) Droga do windy też nie taka oczywista. Matka boi się takich miejsc. Miejsc, gdzie nie wiadomo jak włączyć światło, żeby zaświeciło, albo jak uruchomić rezerwuar. Rano korzystamy z hotelowej restauracji. Pomieszczenie przestronne, gwarne,wypełnione już ludźmi. To hotel biznesowy, posiadający największą w regionie salę konferencyjną. Nie bierze pod uwagę rodzin z dziećmi. Nie ma sali zabaw i innych udogodnień, choć łóżeczko turystyczne się znalazło. Najważniejszy dla Kury jest basen mieszczący się na najwyższym piętrze. Jego akwariumowa konstrukcja wystaje przed lico ceglanej ściany. Tylko stal, szkło i błękita tafla wody niezmącona niczym. Jesteśmy sami. Biznesmeni wzięli swe aktówki i pobiegli na spotkania. Ciepło i pachnąco. Za taflami szkła zimowy łódzki krajobraz, ten na Manufakturę, ten na pędzące tramwaje, ten na dachy domów, wieże kościołów i ten na kominy. Nazwą hotele Andel’s nawiązują do centralnej dzielnicy Pragi – Andel – co po czesku oznacza – anioł. Trzeba nam zejść z chmur na ziemię i wraz z kończąca się dobą hotelową opuścić ten piękny obiekt, który choć tak mało przyjazny dzieciom zdobył serce matki. Hmmm może to lokalny patriotyzm? Obiekt dizajnerski to i zdjęcia dziwne Wnętrze recepcyjne Owale, owale, owale akwarium
Styczniowa Łódź "Polisch Manchester" Miasto: Łódź Miejsce: Hotel Andel's
czwartek, 08 września 2011
Torremolinos i plaża
Torremolinos i plaża Jesień za przysłowiowym pasem. Kura wrócił do przedszkola jako starszak magicznie przeskakując poziom średni. Wszyscy dostaliśmy już nowy katalog IKEA. Co niektórzy znają już nową ramówkę TVN. My z wielkim opóźnieniem kończymy wpis z naszej podróży po Andaluzji. Tymczasem retrospektywnie lądujemy w Torremolinos. Online, jeszcze z Grenady rezerwujemy jeden z dwóch wolnych pokoi w Apartamentos Bajondillos. Bliskość Malagi, oraz zagwarantowany transwer na lotnisko nie są bez znaczenia, jeśli lot przewidziany jest na 6 rano. „M” w Torremolinos już był. Uprzedza lojalnie, że ani malowniczo ani cicho. Klasyczny hiszpański plażowy moloch, czyli wysokie hotele oddzielone od plaży ulicą. Gorsze i lepsze restauracje, dyskoteki, automaty do gry i sklepy z wakacyjnymi bibelotami pierwszej pomocy: okulary od DG, ręczniki, balsamy z filtrem.. Po tygodniowej tułaczce wszyscy marzymy o odpoczynku, a matka o tym, żeby nie musiała ogarniać co rano wszystkich fantów do walizki i jeszcze o niczym nie zapomnieć. Przez pierwsze 4 dni pogoda nas nie rozpieszcza. Pada co jakiś czas. Zaopatrzeni w „deszczówki” rozkoszujemy się szumem wzburzonego morza. Kura szczęsliwy grzebie łopatą w piachu. W jeden z deszowych dni Kura z „M” opuszczają matki miłe towarzystwo i udają się do oddalonego o kilka kilometrów parku krokodyli. Wjazd osoby dorosłej: 13 euro. Ponieważ matka ma zasadę, że nie opisuje miejsc, których naocznie nie sprawdziła, napisze tylko tyle, że Kura wrócił podekscytowany i szczęśliwy. Trzymał na rękach krokodyla, który ważył niemal tyle, co on sam. Matka tym czasem relaksowala się popijając kawę w ulubionej knajpce rysując swoje polish azulejos. W Wielką Sobotę malujemy oczywiście pisanki, a w Wielkanocny poranek pakujemy je do placaka i zanosimy na plażę, gdzie spożywamy świąteczne śniadanie. Jajka na twardo ze świeżą bagietką posmarowaną masełkiem. Zapowiada się słoneczny dzień i tak już zostaje do końca naszego pobytu. Do końca naszego pobytu czas spędzamy na plaży, czas spędzamy spacerując po okolicy i stroniąc od zatłoczonych miejsc, czas spędzamy przy kawie i na pobliskim placu zabaw. Torremolinos nie jest jednak tym miejscem, z którego nie chce się wyjeżdżać choć spotkany „Ondriej” rodem z Pragi, utknął tu na trzy lata. Kura się niemal z nim zaprzyjaźnił. Ondriej pije dużo, nosi pomarańczowe spodnie, i w sezonie zajmuje się robieniem ogromnych baniek mydlanych. Otworzył szerko swe błękitne oczy, kiedy usłyszał język polski. W Krakowie też był i zdaje się, też robił olbrzymie bańki. Podsumowując: jeśli ktoś wybiera się do Andaluzji to niech spędzi więcej czasu w którymś z Peblos. Bardzo żałujemy, że byliśmy tak krótko. Tam jest prawdziwa Andaluzja. Niech szybko przeskoczy Sewillę, a dwa dni niech zostanie w Kordobie. Guadix można tylko obejrzeć, nie koniecznie zatrzymywać się na noc. Poświęcić przynajmniej dwa dni na Grenadę i jej skarby. Drogi są fantastyczne! My korzystaliśmy z bezpłatnych. Plaża w Torremolinos Śniadanie na plaży
Kura i krokodyle Miejski plac zabaw Ulubione rybki "M"
Niezastąpiony szal rodem z Maroka i przywieziony kamień Miejsce: Torremolinos, Andaluzja, Hiszpania
piątek, 22 lipca 2011
Alhambra Pokrzepieni wieczornym winem podejmujemy decyzję o przedłużeniu wynajmu samochodu. „Miła Pani” z hotelu pokazała nam gdzie są przyjazne plaże (czytaj: mało zatłoczone, bez zbędnej infrastruktury, na którą składają się w niezliczonej ilości automaty do gry, cymbergaje i dyskoteki) w sam raz na tygodniowy odpoczynek z dzieckiem i święta. Pamiętamy jednak, że urocza plaża w miejscowości o znacznej odległości od Malagi – to zero snu w dniu wylotu. Wylot mamy o 6 rano. Dwie h przed wylotem należy być na lotnisku - to 4 rano, dojazd z odległej miejscowości, zebranie gratów i Kury – to wszystko oznacza, że tej nocy oka nie zmrużymy. Wracamy do Grenady… Kura śpi po środku, a my nastawiamy budziki na wczesne ranne godziny. Grenada miała mieć swój czas we wcześniejszym terminie naszego hajłeja, jednak na czas planowanej wizyty nie było już biletów do Alhambry. Być w Grenadzie i nie zbaczyć Alhambry… już myśleliśmy, że tak będzie. Jedyne wolne miejsca na jutrzejszy dzień właśnie i to na 8 rano! „M” wychodzi, kiedy jeszcze jest ciemno. Leje. Matka się ogarnia, a o 7 wstaje Kura. Myjemy zęby, na śniadanie brak czasu. Ubrani w deszczówki wyruszamy. Kura w nosidle, bo matka stwierdza, że tak będzie szybciej. Zbiegamy uliczką w dół. Jeszcze trochę pada. Daszek w nosidle tak naprawdę niewiele daje, nogi mokną. „M” napisał wiadomość z informacją gdzie jest wejście, bo nasze dywagacje na ten temat, zerkanie do przewodnika nie przyniosły rozwiązania.
Kury zachęcać już nie trzeba. Zakodował w Kurzym łebku, że zwiedzanie to fontanny, rury i kratki ściekowe, czyli to, co naszego 3,5 latka najbardziej fascynuje. Wchodzący na teren od razu kierowani są do przechowalni bagażu. Zostają tu plecaki, duże torby, nosidła oraz wózki (!), którymi można niechcący rzecz jasna, uszkodzić misterną sztukaterię i azulejos (z takim procederem spotkaliśmy się już w Watykanie, przed wejściem do Bazyliki św. Piotra, musieliśmy z wózka wyciągnąć śpiącego Kurę) Człowiek wolny od bagażu jest niezmiernie szczęśliwy do czasu, kiedy nie ma co zrobić z kolejnymi warstwami ubrań albo z dzieckiem, które nie ma siły dalej iść. Niezastąpiona jest wówczas torba od aparatu. Co prawda Kury tam nie schowamy ale przynajmniej przewiesimy kurtki i bluzy. Zwiedzającym z dzieckiem radzimy nie rozwodzić się nad każdym architektonicznym szczegółem. Radzimy zamknąć przewodnik i wrażeniowo ogarnąć całość. Odnajdujemy wzrokiem nasz hostel. Wracamy zmęczeni i głodni. Przygotowujemy sobie pyszne śniadanie, choć już dawno po południu. Kura wcinając bagietkę nie może uwierzyć że był właśnie tam, gdzie powiewają wielkie chorągwie – na Wieży Wiatrów – dokładnie tam Izabela Kastylijska w 1492 roku wywiesiła swą flagę obwieszczając swe chrześcijańskie zwycięstwo. My jednak musimy się poddać. Okazuje się, że wynajęcie samochodu w okresie Semana Santa to o wiele większy koszt niż normalnie. Podejmujemy więc decyzję, że samochód oddajemy w przewidzianym terminie i szukamy hotelu na plażach w niewielkiej odległości od Malagi. Nasze marzenia o spokojnej plaży runęły. Pokrzepieni jednak wizją plażowania jesteśmy dobrej myśli. Alhambra - wieczorny widok z naszego patio Współczesna Grenada z Alhambry Niezwykłe dekoracje... Generalife Alcazaba Współczesna Grenada Miejsce: Alhambra, Grenada, Andaluzja, Hiszpania
piątek, 08 lipca 2011
Hajłej tu Hel
Hajłej tu Hel No i matka wpisu zdążyć nie zrobiła. Wiadomo, nad Alhambrą popracować trzeba... Kura w lipcu rozpocząl swoje pierwsze legalne wakacje. Przedszkolaki pięknie się z paniami pożegnały przedstawieniem. Mamom łezka się zakręciła, ojcom pierś napeczniała. Oto przed nami stoi starszak - Kura w związku z reformą ma do zaliczenia jeszcze tylko rok przedszkola. Smutno matce, bo patrzy i widzi, że w tym wieku, różnice między dzieckiem ze stycznia, a dzieckiem z grudnia to jedna wielka przepaść, a jak pokazało przedszkole wszystkie do jednego worka wrzucone i bezsensownym porównaniom poddawane. Kura zatem odpoczywa, a jutro rusza na kolejny hajłej - cel to Hel. Wracamy niebawem. Obiecujemy nadrobić zaległości i okrosić je pięknymi fotami;) |
Archiwum
O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Napisz do matki
Nasza zajezdnia
Podglądamy
Tagi
![]()
|