Off-road na trzech kołach. Podróże w wersji red. Miejsce na Ziemi - Kraków - ale nie tylko.
Kategorie: Wszystkie | cekin | redoffroad miejski | Za granicami | Za miastem
RSS
niedziela, 26 lutego 2012
Losowanie, losowanie;)

Losowanie, losowanie!

Odbyło się! Kura pochłonięty grą szmacianą piłką. Matki czerwony pazur okazalł się szczęśliwy dla: PIKININI!

Gratuluję! Proszę na priv o informacje adresowe;)

lookarna@autograf.pl

Miłego niedzilnego wieczoru;)

Candy

Candy

wtorek, 21 lutego 2012
Pa-lec pod bud-kę... czyli urodzinowe rozdawnictwo!

Pa-lec pod bud-kę... czyli urodzinowe rozdawnictwo!

Trzy lata... nam mijają...

Kura jest już dużym chłopczykiem... nie ma już wprawdzie czerwonego wózka, czerwonego laufrada zamienił na żółtego Puky... ale ciągle jesteśmy w duszy red;) Przepraszam za zaniedbania, przepraszam... ale wiele w zeszłym roku się wydarzyło! I jak w mordę strzelił -pasuje do matki cytat książki, którą czyta obecnie:

"Ludzie nie tylko wybierają role zgodne z ich wrodzonymi zdolnościami i cechami osobowości, ale również poszukują typu środowiska sprzyjającego ich naturalnym skłonnościom"

E.O. Wilson

Kto śledzi ten wie, że matka rysuje...śpiących rycerzy, księżniczki papierowe, patctwo na trzech nogach... a wszystko zaczęło się dzięki Kurze. On to nabazgrolił na kartce coś, co matka na niewielkiej przestrzeni szkicownika przekształciła w pasiastego prosiaka... Kura inspiruje cały czas ale i matka inspiruje Kurę;)

wszytskie rysunki, historyjki oraz źródła inspiracji do obejrzenia na:

http://www.lookarna.blogspot.com

 

W związku z urodzinami, podwójnymi, bo i Lookarna świętuje w lutym, zapraszam do zabawy w urodzinowe rozdawictwo.

Komu się spodoba czerwony Wilk - rozmiar 15x15, oprawiony w czarne passe-partout i antyramę 20x20 tego zapraszam do:

 pozostawienia komentarza

polubienia redoffroudu na FB 

P.s.  kto chce zwiększyć swoje szanse zapraszam na www.lookarna.blogspot.com bo tam też czai się Wilk!

Wilk ręką matki nakreślony;)

www.lookarna.blogspot.com

 

 

 

wtorek, 14 lutego 2012
Kładka Ojca Bernatka, czyli krakowski most miłości

Kładka Ojca Bernatka, czyli krakowski most miłości

W zeszły piątek matka była na wywiadówce. Porządnej, godzinnej rozmowie. Wysłuchała matka wiele ciepłych słów na temat Kury. Nie dość, że grzeczny, posłuszny, to jeszcze mądry i ładnie wysławiający się i logiczny o szerokim światopoglądzie. Rozwój emocjonalny – książkowy. Matka zbiera żniwo wielu wspólnych rodzinnych wypraw.
Książkowym zjawiskiem jest też chęć ożenku z matką, któremu Kura dał się rzecz jasna ponieść. Do tej pory Kura deklarował miłość i ożenek tylko matce własnej. Matka wcale nie mówi, że jest to niemożliwe, by nie stresować małego chłopczyka. Mały chłopczyk wydorośleje i sam dojdzie do poprawnych wniosków. Tym czasem, w nowym przedszkolnym roku pojawiła się konkurencja - Pani Ela. Matka związku nie pochwala, ale cóż… serce nie sługa.

14 lutego – niektórzy celebrują ten dzień w szczególnie romantyczny sposób. A u nas dziś wpis tematycznie ze stanem zakochania związany, bo my – ludzie mieszkający w Krakowie - swój „most miłości” mamy, który to most często wiosną Kura przemierza w kierunku Podgórza.

Modę na mosty rozpropagowała niewątpliwie książka dla młodzieży „Trzy metry nad niebem” - Federico Mocca. Mosty takowe posiadają wielkie miast tego świata: Rzym i jego stary most Mulwijski, Paryż, Florencja, Praga, Seul. Moda na mosty zawitała również do nas. Ma i Wrocław i Gdańsk i Warszawa, gdzie złomiarze miłosne kłódkowe wyznania mieli za nic, rozkłódkowując most do cna.
Krakowski most miłości, czyli kładka Bernatka jest nowym traktem pieszo - rowerowym przerzuconym przez Wisłę. Forma pięknego łuku wpisała się już w miejski krajobraz, ożywiając tę stronę miasta i spacerowo i turystycznie, dając większe szanse ciągle rodzącemu się życiu kulturalnemu Podgórza. Od początku budziła sporo kontrowersji. Nazwa bynajmniej nie jest efektem rymu, lecz celowym przypomnieniem postaci ojca Laetusa Bernatka, zakonnika konwentu Bonifratrów żyjącego na przełomie XIX i XX wieku. Zakonnik wsławił się tym, że podczas epidemii cholery i ospy, zorganizował w murach zakonnych szpital zakaźny, a potem stał się inicjatorem budowy szpitala Bonifratrów.  Imię zakonnika połączyło  więc dwie stare dzielnice Krakowa.

I tak to Kura na swoim laufradzie , bez szumu aut i tramwajów za plecami, może spokojnie z Kazimierza na Podgórze przejechać.  Długość kładki (130m) jest w przypadku Kury niewspółmierna do czasu, w jakim tę kładkę pokonać można. Kura bowiem, musi dotknąć absolutnie każdej kłódki, a kłódek na moście cale mnóstwo. Jedne wyszperane spośród domowych szpejów, od rdzy brązowe. Inne nowe, połyskujące w słoneczny dzień, specjalnie na tę okazję zakupione. Jedne łyse z dziurą po kluczu, wyrzuconym w mętne wody Wisły, drugie opatrzone napisami wymalowanymi na wszelkie sposoby flamastrami lub farbami. Inne jeszcze, te najbardziej zaangażowane, mają grawerunek imienny lub miosną sentencję. Są też kłódki, które ktoś bezskutecznie bardzo chciał usunąć. Być może wielkie uczucie właśnie się zakończyło, jak to często z wielkimi uczuciami w wieku nastoletnim bywa. Kura długo delektuje się kolorowymi kłódkami nie mając pojęcia ile mogą znaczyć...

Jeśli przejście takim mostem spowoduje zwolnienie kroku, uśmiech i pewnego rodzaju zadumę nad skomplikowaną sferą, jaką są uczucia, to owszem, jeśli temu ma służyć to jak najbardziej jesteśmy za, choć... od wieszania kłódki jesteśmy daleko;)
A dziś wszystkim celebrującym życzymy, żeby to święto nie było tylko pretekstem do przysłowiowych fochów z powodu nieotrzymania pudełka czekoladek;)

Kładka Ojca Bernatka

Kładka Ojca Bernatka, Kraków

Kładka Ojca Bernatka, Kraków

Kładka Ojca Bernatka, Kraków

Kładka Ojca Bernatka, Kraków

Miejsce: Kładka Ojca Bernatka

poniedziałek, 13 lutego 2012
Wawel Zaginiony, czyli dziecko w muzeum dla całkiem dorosłych!

Wawel Zaginiony, czyli dziecko w muzeum dla całkiem dorosłych.


Na stałą wawelską ekspozycję „Wawel Zaginiony”, nietrudno było namówić Kurę.
"Legendy Wawelskie" bardzo przypadły do Kurzego gustu. Kura czuje niedosyt. Dał się więc ponieść muzealnej fali i na tejże fali kupujemy bilety na interesującą, nawet czterolatka, ekspozycję.
Matka na wystawie była razy dwa, choć „nic dwa razy się nie zdarza”… Wiedziała zatem, jak zachęcić dziecko do obejrzenia muzeum dla całkiem dorosłego człowieka. Wystarczyło wspomnieć o krętych pomostach, porozwieszanych nad mrocznymi przestrzeniami roziskrzonymi punktowym światłem... Brzmi magicznie?

Przed wyjściem z  Centrum Promocji i Informacji, kupujemy bilety. Osoba dorosła – 7 zł, w sezonie cena wzrasta o złotówkę. Kura - jeszcze darmocha.

Szczelnie ubrani, ruszamy w kierunku budynku zamykającego od zachodniej strony dziedziniec królewski, tam gdzie latem znajduje się mało stylowa kawiarnia na wolnym powietrzu. 
Poniemiecki budynek z lat 40 XXwieku, wzniesiony na miejscu dawnych królewskich kuchni. Dziś świeżo po remoncie i zgodnie z obowiązującymi normami zbudowano piękny podjazd. Z łatwością wjedzie tu i niepełnosprawny i rodzic pchający wózek. Dalej ciężkie drzwi i jesteśmy w środku. Miła pani sprawdza datę na biletach, przedziera je i wraca do "Jolki". Zastanawiające jest to, że w naszych najważniejszych zabytkach muzealnych nikt nie prześwietla toreb. Nie ma szatni, a rozebrać się trzeba. Z betami Kury upchanymi do torby i własnymi pod pachą, idziemy zwiedzać, a matka modli się, żeby wypchaną do granic możliwości torbą, nie potrącić jakiegoś obiektu... i już matka wspomina historię słynnej greckiej wazy Francois pochodzącej z ok. 570 p.n.e, która zostaje rozbita na 638 kawałków przez strażnika zdenerwowanego napływającym tłumem...

Wózek lub duże nosidło musi zostać pod czujnym okiem pani od biletów. Pani informuje nas, że na terenie dziedzińca królewskiego jest bezpłatna przechowalnia bagażu. W muzeach na całym świecie, bagaże są skanowane, a wózki, duże torby, nosidła, muszą pozostać w przechowalni bagażu. Do Bazyliki Św. Piotra nie mogliśmy wjechać wózkiem… a Kurka tak słodko spał. W Alhambrze, która jest olbrzymim terenem, również musieliśmy pozostawić nosidło i zmęczonego Kurkę transportować od czasu do czasu na rękach.

W muzeum pusto.  Para obcokrajowców. Najpierw oglądamy makietę, pokazującą jak wyglądała zabudowa wzgórza w XVIII wieku. Kura zerka, ale jest zbyt mocno ukierunkowany na mosty. Wchodzimy do mrocznej sali. Nadwieszone chodniki prowadzą Kurze nóżki ku reliktom naszego chrześcijaństwa. Przez małe okienka wpada dzienne światło, nieśmiało oświetlające relikty najstarszej świątyni wawelskiej – Rotundę NMP. Pochodząca z ok. 1000 roku, wzniesiona na planie koła z przyległymi czterema absydami, rozglifionymi oknami, częściowo zrekonstruowana, zwana później Rotundą Św. Św. Feliksa i Adaukta, być może pełniła rolę kaplicy przy palatium książęcym. Oglądamy relikty ściany zachodniej, oraz zachowany pochówek szkieletowy, od którego Kura nie może oderwać swych błękitnych oczu. To pierwszy jego szkielet.
Pomysł z pomostami rewelacyjny. Są na tyle szerokie, że osoba na wózku z łatwością zwiedzi tę część muzeum. Pomosty prowadzą nas dalej, ku pomieszczeniom dawnej wozowni i małej kuchni. Ekspozycję Wawel Zaginiony otworzono w 1975 roku. Pełni ona rolę swoistego rezerwatu. W gablotach mieści zabytki znalezione podczas prowadzonych tu prac archeologicznych. Na szczęście gabloty umieszczone są w bezpiecznej odległości od pomostów. Stłuczenie torbą nie wchodzi w grę. Matka pokazuje Kurze, naczynia, monety, obuwie, ozdoby. Zainteresowanie skorupami rzecz jasna – marne;) Pomosty tak cieszą Kurę, że całość okrążamy cztery razy. Przechodzimy jeszcze przez salę, gdzie podziwiamy już w tempie ekspresowym nadproża, kapitele oraz ozdobne kafle. Kura ma dość i chce wędrować na dziedziniec zamkowy, gdzie jako raczkujący niemowlak, siedział na rozgrzanych letnim słońcem płytach. Dziś zimno. Resztki śniegu. Topniejący lód. Z rzygaczy leje się woda. Echo niesie dziecięcy śmiech. Pogoda się załamuje. Matka jednak musi nieść Kurę, który nie lubi, kiedy wielkie płatki śniegu siadają mu na nosie.

Wawel Zaginiony

Makieta XVIII - wiecznej zabudowy wzgórza

Wawel Zaginiony, Kraków

Nadwieszone chodniki

Wawel Zaginiony, Kraków

Kura i rotunda

Wawel Zaginiony, Kraków

Ozdobny kafel

Wawel Zaginiony, Kraków

Dziedziniec arkadowy zimą

Wawel, dziedziniec arkadowy

Miejsce; Wawel

piątek, 27 stycznia 2012
Wystawa „Legendy Wawelskie”, czyli Kura i kultura.

Wystawa „Legendy Wawelskie”, czyli Kura i kultura.

Kura chorował bite dwa tygodnie. Trzeci tydzień postanowiliśmy spędzić w domu, celem dochodzenia do siebie i nabrania nieco odporności. Zgodnie jak nigdy, Kura przystaje na propozycję matki, aby uczcić zakończenie tygodnia wycieczką na Wawel i obejrzenie pokonkursowej wystawy ilustracji do wawelskich legend.
Kura zna dwie legendy związane z Krakowem: o Smoku Wawelskim (lepiej) i o Panu Twardowskim (gorzej). I choć Kura w Smoczej jamie już był (TU), to smoka się przez chwilę bał. Teraz rysuje go wyposażając w wielkie zębiska i wiadro siarki.

Podekscytowanie wycieczką jest ogromne zarówno u Kury jak i u matki, co swobodę i wolność poczuła w nozdrzach. Tak! Na Wawel nam trzeba. Liznąć nieco kultury i kulturowego dziedzictwa.
Aby wyjść z domu matka  nie musi powtarzać 100 razy „ubieraj się”. Kura w podskokach biegnie na ukochany tramwaj nr 8 zapowiadając z rozbrajającą szczerością, że matka nie będzie musiała go nieść, bo on - Kura, ma "duuuuuzo siły".

Zza chmur wygląda słonce. Ściany zamku jakoś tak pięknie wyglądają. Wdrapujemy się łagodnym podejściem od strony skrzyżowań ulic: Stradom, św. Gertrudy i Bernardyńskiej. Mijamy Bramę Bernardyńską, za którą zaraz skręcamy w prawo, aby nowo udostępnionym wejściem przy Baszcie Sandomierskiej, osiągnąć 228 m n.p.m wapiennego wzgórza.
Stajemy przy ceglanych ścianach gmachu dawnego szpitala, który po rok 1991 pełnił rolę reprezentacyjnych apartamentów Rady Ministrów, a następnie Kancelarii Prezydenckiej. Dziś mury oddano użytkowi publicznemu umieszczając w nich Centrum Promocji i Informacji, rozbudowywanego przez rok za 2,2 mln.

Oczom naszym ukazują się jasne i przestronne wnętrza gdzie: informacja turystyczna i kasy biletowe, sklepiki z pamiątkami i biuro rezerwacji i zwiedzania, kawiarnia i poczta. W lśniącej posadzce odbija się iluminacja i my. W piątkowy poranek mało zwiedzających. Nikogo nie ma przy jedynym pracującym okienku kasowym. Grzecznie pytamy o wystawę „Legendy Wawelskie” celem nabycia biletu. Wystawa jest bezpłatna i mieści się na piętrze.
Korzystamy z toalety, w której znajdujemy przewijak dla niemowląt. Czysto i pięknie. Toaleta dla niepełnosprawnych, jak donosi strona główna znajduje się w południowej części budynku obok Kawiarni pod Basztą Aby obejrzeć wystawę trzeba się wdrapać na pierwsze piętro. Windy brak niestety. Niepełnosprawne dziecko chcące obejrzeć ilustratorskie dzieła, będzie zawiedzione.
W szatni na górze zostawiamy okrycia wierzchnie. Wystawa pokonkursowa zajęła trzy pomieszczenia, z których każde wyłożono, ku uciesze najmłodszych, inną w kolorze wykładziną. Po obejrzeniu (w miarę uważnie) pierwszej sali, Kura chce biegać i wałkonić się po poduchach i smoku co pękł, ale go na nowo poskładać można, bo jest miękki i puzzlowaty. Kiedy Kura zajmuje się przeciąganiem owcy w stronę smoka, matka uważnie ogląda 61 pięknych prac, powieszonych na wysokości oczu małego widza. Różnorodne w technice, barwne lub monochromatyczne, bajkowe, graficzne, klasyczne, współczesne. Matka podziwia warsztat uznanych już ilustratorów oraz tych, ktorzy dopiero się uczą.  Matce wystawa prac bardzo się podobała, Kurze też, ale z innych względów. Kura mógł biegać po kolorowej wykładzinie, dokarmiać owcą smoka i usiąść na miękkim tronie. Konkurencji w zabawie niemal żadnej. Zwiedzających mało. Wystawę można zwiedzać codziennie od 10- 15. Trwa od 5 listopada, a przedłużono ją do 29 lutego. Wstęp bezpłatny.

Polecamy bardzo. Wystawa, gdzie można się turlać i pobawić, może być jednym z pierwszych spotkań malucha z muzeum i jego regułami. Nieoficjalny styl i kolory na pewno zachęcą malucha do innych propozycji tego typu. Kura bardzo chętnie zgadza się na odwiedzenie tego dnia wystawy stałej „Wawel Zagiony

Styczniowy Wawel

Wawel, katedra

Wnętrza wystawowe Centrum Promocji i Informacji na Wawelu

Centrum Promocji i Informacji na Wawelu, wystawa "Legendy Wawelskie"

Kilka przepięknych ilustracji

Jedna ze zwycięzkich ilustracji  Piotra Sochy

Centrum Promocji i Informacji na Wawelu, wystawa "Legendy Wawelskie"

Ilustracja Joanny Wieruszewskiej

Centrum Promocji i Informacji na Wawelu, wystawa "Legendy Wawelskie"

Edyta Burliga - Estela

Centrum Promocji i Informacji na Wawelu, wystawa "Legendy Wawelskie"

Maria Ekier

Centrum Promocji i Informacji na Wawelu, wystawa "Legendy Wawelskie"

Miejsce: Centrum Propmocji i Informacji na Wawelu

Cel: wystawa pokonkurskowa "Legendy Wawelskie"

 

 

poniedziałek, 23 stycznia 2012
Cafe Bajarka i księgarnia "Dialog"

Cafe  Bajarka i księgarnia "Dialog"

Drugiego stycznia 2012 roku Kura idzie do przedszkola, trzeciego stycznia Kura nie idzie do przedszkola i pójdzie dopiero dziś. Tak to Kura wkroczył w nowy rok. Pochorował się jak zwykle, kiedy za „M” i jego plecakiem, zamknęły się drzwi. I oto matka przez dwa tygodnie rozmawia tylko z czterolatkiem, nie licząc krótkich sprawozdań telefonicznych oraz jednej, wieczornej, zaopatrzeniowej wizyty „W”.
Dwa tygodnie spędziliśmy tylko razem! Nie wychodząc z domu. 24 godziny na dobę. 60 metrów kwadratowych. Uziemieni. I sprawdziło się powiedzenie, które matka słyszała wielokrotnie od swojego dawnego współpracownika, doświadczonego handlowca Pana „L”najważniejsze żeby się okopać! Amen!

Żyjemy i kochamy się nadal;)
Są takie rzeczy, bez których byłoby trudno. Przecież dorosła osoba nie może w nieskończoność bawić się zabawkami, oglądać Toy Story i czytać dziecięcej literatury.

Absolutne i niezastąpione od drugiego Kurzego roku życia - klocki LEGO!
Kredki, papier, nożyczki i plastelina!
You tube!
Wspomniana literatura dziecięca! Bo cóż lepiej utuli gorączkującego smyka jak nie kolana i ciepły głos matki;)

Matka niejednokrotnie zastanawiała się nad wyborem książeczek dla małego Kurki. Bo żeby edukacyjne i ładne, mądre i trwałe, zmywalne i jadalne. Niewątpliwie doskonałym źródłem zaopatrzenia w literaturę mądrą i pięknie zilustrowaną, stał się sklepik „Figi” dziś „Famigi (nasze opisy TU i TU) i to waśnie tu kupiliśmy książeczkę „Jest tam kto” (Anna Clara Tidhholm) dzięki której Kura mając 20 miesięcy zaskoczył matkę na spacerze nazywając (jeszcze bełkotliwie) kolory zaparkowanych samochodów. Nieśmiertelna pozycja „Gdzie jest tort”(The Tjong-Khing),wałkowana miesiącami całymi – i gdzież ta książka z nami nie była, jadąc w parze z drewnianą kuchenną łyżką.

Dziś źródłem wiedzy o współczesnej literaturze dziecięcej, (bo warto wyjść poza literaturę znaną z własnych lat dziecięctwa), są matki ulubione tematyczne blogi z recenzjami:

http://czytanki-przytulanki.blogspot.com/
http://zaczytani.blox.pl/html
http://poleczkazksiazkamibeel2.blox.pl/html

oraz rzecz jasna księgarnie, bo dobrze książkę przed zakupem poobracać jednak w dłoniach.
I kiedy przechodząc kiedyś przez Plac Inwalidów w kierunku Rynku, natknęliśmy się na szyld, ze znanym nam z sieci logotypem – internetowej księgarni,  postanowiliśmy, nie bacząc na uciekający nam tramwaj, wstąpić do Cafe Bajarka

Na początek schody. Brak podjazdu. Wózek można zostawić za drzwiami wejściowymi do kamienicy i udawać, że go wcale nie widać i udawać, że wózek jest do kradzieży przedmiotem słabo nadającym się. Matka tak udawała, kiedy wchodziła do mieszczącego się w tej samej kamienicy, sklepu z ubrankami „Jaś i Małgosia”.
Korytarz prowadzi do słabo oznakowanych drzwi. Otwieramy je i z półmroku klatki schodowej docieramy do rozświetlonego żarówkami korytarza, a potem kolejnych schodów, tym razem w dół. Jesteśmy w księgarni „Dialog” Księgarnia zaopatrzona w przeróżne wydawnictwa, mniej lub bardziej ambitne. Oprócz książek dla dzieci są tu i poradniki. Pani miła i sympatyczna opowiada o nowościach – ładnie zilustrowanych książkach autorów hiszpańskich. Oprowadza nas po rodzącej się dopiero wtedy Cafe Bajarce, która w założeniach miała być połączeniem księgarni, kawiarni, miejscem zabaw i warsztatów dla dzieci w wieku przedszkolnym.
Pomieszczenia, w których odbywać się mają zajęcia, oraz planowane półkolonie letnie, są przestronne, ale nie robią oszałamiającego wrażenia. Kilka krzesełek stoliki, drabinka przy ścianie, miękkie duże klocki, kilka zabawek ustawionych na parapecie. Chciałoby się czegoś więcej, troszkę polotu dizajnerskiego… Miejmy nadzieję, że przez ten rok Cafe Bajarka rozwinęła mocno skrzydła. W końcu dizajn nie jest tak ważny, jak przyjazna i twórcza atmosfera. Że dzieje się tu dużo, tak właśnie, jak ze strony internetowej wywnioskować można!


Czterolatek może mieć ulubioną książkę i jest nią „PanamaJanoscha. Matka przywiozła dla Kury z podłódzkiej wsi, swoją ukochaną książkę z dzieciństwa, autorstwa Astrid Lindgren „Bracacia Lwie Serce”. Smutna to książka, ale jakże piękna. Matka czeka, aż Kura odpowiedni wiek osiągnie, żeby mu ją ze specjalną dedykacją podarować.

Plac Inwalidów

Cafe Bajarka, Kraków

Księgarnia "Dialog"

Księgarnia Dialog, Cafe Bajarka, Kraków

sale zabaw twórczych w Cafe Bajarka

Cafe Bajarka, Kraków

Cafe Bajarka, Kraków

Miejsce: Cafe Bajarka

sobota, 14 stycznia 2012
Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa przy ulicy Kopernika czyli Kura, Xawery i zmodernizowany historyzm.

Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa przy ulicy Kopernika, czyli Kura, biały Jezus spod wiaduktu, Xawery i zmodernizowany historyzm.

Matka rano za okno spojrzała. Ziemia pokryta białym puchem. Świat jakby złagodniał. Na ślepej uliczce pusto. Do samotnie stojącego biurowca nikt nie przyjechał. Sobota. Od czasu do czasu ktoś z psem przejdzie i rzuci patykiem. Matka wczoraj wieczorem napisała zjadliwy tekst, ale dziś… dziś nie czuje złości, tylko smutek. Smuci się matka nad losem małych innowierców, małych ludzi wychowywanych na ateistów w szacunku do innych kultur. Mały człowiek zostaje na poziomie przedszkolnym wtłoczony w machinę nietolerancji i wielkich zdziwionych oczu.

 

We wrześniu Kura rozpoczął drugi rok przedszkolny. Po pierwszym tygodniu uczęszczania wyśpiewuje piosenkę o piesku, co się budzi, wita słonko i biegnie do swego pana. W połowie września odbyło się spotkanie z rodzicami. No i okazało się, że od tego przedszkolnego roku obowiązuje Kurę  - w myśl ustawy - uczęszczanie na lekcje religii w wymiarze dwóch godzin tygodniowo. Wspomnę tylko, że w kraju należącym do Unii Europejskiej, te same zasady nie dotyczą edukacji języka angielskiego!
Matkę olśniło. Piosenka nie jest o piesku, co biegnie do swego pana, tylko jest piosenką o Panu – tym Panu! Matka dostała do podpisania deklarację, że tak, zgadza się na uczęszczanie dziecka na religię. Kiedy zapytała, jaką ma alternatywę, bo choć matka w Boga wierzy, to z antyklerykalną postawą się obnosi. W odpowiedzi matka zobaczyła parę zdziwionych oczu i usłyszała slowa: dziecku będzie przykro, bo będzie siedziało w oddzielnym pomieszczeniu. Ups. I jak tu nie wierzyć w dyskryminację?  Ooo jak bardzo chciałaby usłyszeć tak proste zdanie: ZROBIMY WSZYSTKO ŻEBY DZIECKU NIE BYŁO PRZYKRO…

Matka opowiada Kurze o arce Noego, opowiada o Bożym Narodzeniu, o Jonaszu, który jak Tomcio Paluch trafił do rybiego brzuszyska bo wie, że bez znajomości Pisma Świętego (również i mitów greckich) nie ma zrozumienia wielu dzieł sztuki i literatury.
Matka spotyka się z katechetką w celu rozmowy i upewnienia się, że nie będzie straszyć czterolatka piekłem i jego ogniem. W koncu różnych Bozia ma lokatorów. I tak to nieochrzczony Kura, wraz z dwójką innych dzieci, nie mając innej alternatywy, na religię uczęszcza.

Matka chciała zaznajomić Kurę z obrzędem mszy. W tym celu, wieki temu, wybrała się na dziecięcą mszę, do kaplicy przy kościele Najświętszego Serca Pana Jezusa, na ulicy Kopernika. Opis zajścia tutaj:

http://redoffroad.blox.pl/2009/04/Prosze-ksiedza-To-nie-smok-To-krokodyl-z-Ikei.html


Ileż to razy matka po nocy wracała ulicą Kopernika, do wynajmowanego pokoiku na ulicy Łazarza. Pracowała wtedy w knajpce, która mieściła się w podworcu kamienicy Szarej… ale to oddzielna historia;) I matka patrzyła na ciężką sylwetkę kościoła jezuitów, zaprojektowaną na początku XX wieku, przez krakowskiego architekta Franciszka Mączyńskiego.  Jedna z najwyższych wież w Krakowie (68 metrów) posępnie odcinała się od granatowego nieba.

Kwiecień. Wiosna w pełni.  Przechadzamy się ulicą Kopernika ku szpitalom, gdzie odwiedzamy babcię "A". Pod wiaduktem graffiti – biały Jezus i napis „pójdźcie do mnie wszyscy”. Czemu nie. W dzień ceglana budowla nie wydaje się tak zwalista. Autor projektu czerpał z architektury i romańskiej i gotyckiej i barokowej (zmodernizowany historyzm).  Wchodzimy do środka, choć Kurze nie jest łatwo zrezygnować z wiosennego słońca. W tym celu pokonujemy kilka schodów, bez podjazdu. Nad naszymi głowami mozaika portalu przedstawiająca "Przebicie boku Chrystusa". Powyżej posępne i zwaliste rzeźby, tak charakterystyczne dla ich projektanta – Xawerego Dunikowskiego. Potężny centralny Chrystus i grupy boczne Mnisi i Rodzina, jakby szukająca pocieszenia w rozpostartych ramionach Chrystusa. Jakiż to ciekawy artysta rzeźbiarz był. Z jednej strony niezwykle utalentowany, obsypywany nagrodami, porównywany do Rodena, z drugiej zaś stony, awanturnik o nieciekawej posturze. Artysta rzeźbiarz postrzeliwszy śmiertelnie  innego artystę - malarza, w prawdzie uniewinniony, ale potrafiący kompletować sobie wrogów, wyjezdża w końcu dla oczyszczenia atmoswry zasmakować innych światów. W czasach wojny trafia na pięć długich lat do obozu koncentracyjnego. Dwa lata leczy się poobozowo, a potem daje wtłoczyć w socjalistyczną machinę. Matka o Dunikowskim czytała w podstawówce, chłonąc podręcznik od plastyki. Podobały się matce czarno - białe reprodukcje rzeźb, przedstawiających brzemienne kobiety, tak krytykowane w swoich czasch.

Matka zadziera głowę w niepokoju, czy wielki Chrystus nie spadnie.
Wchodzimy do przedsionka pod wieżą, gdzie wita nas Święty Krzysztof. W kruchcie duża scena figuralna przedstawiając przebicie boku Chrystusa,  zapowiadająca bogactwo dekoracji.
Wnętrze trójnawowe, sklepienie z żelbetu, wykonano tu po raz pierwszy w Krakowie. Pokrywa je wielobarwna polichromia o secesyjnym zacięciu. Posadzki na modłę starochrześcijańskich kościołów z klarownym podziałem.
50 metrów długości Kura przemierza dziarsko i wkracza w mozaikowy świat. Patrzy dookoła i nie potrafi skupić wzroku. Matka też tak ma. Po pierwsze wie, że Kura zażąda za chwilę odwrotu, więc trzeba szybko ogarnać wzrokiem co się da, po drugie, ze względu na mnogość dekoracji.
Nad ołtarzem głównym, wsparta na kolumnach koncha, pokryta mozaiką kapiącą od testamentowych symboli. W przestrzeniach nad kolumnami oddzielającymi nawy, również mozaiki - przedstawiają hołd składany Jezusowi przez świętych, błogosławionych oraz naród. Matka tłumaczy co to konfesjonał, bo to dla Kury najbardziej intrygujący element, do którego ten bardzo chce się dostać. I już matka wspomina, jak to sama, siedząc w nawie bocznej swojego kościoła parafialnego na podłódzkiej wsi, wlepiała wzrok w jasne drewno konfesjonału. I matka nie wie, jak jej własnej matce udało się poskromić w kościele dwoje dzieci tak, że grzecznie siedziały na swoich miejscach. Co niedzielna masza o 11. Trzy kilometry pokonane rowerem, równo i gęsiego. Potem czesanie grzywek żółtym grzebykiem przed wejściem w progi świątyni. Jak bardzo matka nie lubiła tego uścisku za brodę, celem podtrzymania głowy. I mówi się, że swoim dzieciom trzeba wpoić, to co samemu się otrzymało...
Małym ludziom wpoić trzeba wiarę w człowieka, ciekawość kultur i szacunek do różnych religii tego świata amen. Wychodzimy.

"Pójdźcie do mnie wszyscy", czyli bialy Jezus spod wiaduktu

graffiti pod wiaduktem przy ul. Kopernika, Kraków

Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa i jego wieża 

Kościół Najświetszego Serca Pana Jezusa przy ul Kopernika, Kraków

Rzeźby projektu Xawerego Dunikowskiego

Xawery Dunikowski, kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa, Kraków

Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa, Kraków ul. Kopernika

sklepienie z piękną polichromią

Kościół Naświętszego Serca Jezusa, Kraków ul. Kopernika

Miejsce: Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa, Kraków ul. Kopernika

środa, 11 stycznia 2012
Dolina Będkowska

Dolina Będkowska

Matka wychowana na wsi, przy węglowym piecu wie jak jest. Na wsi w pobliskich lasach można było spotkać zużyte meble, lodówki i telewizory. Ludność pod osłoną nocy wywoziła wszystkie śmieci, które nie nadawały się do spalenia w piecach. Do dziś nikt nie myśli o ekologii, w wymiarze chociażby sortowania śmieci. Do dziś w piecach pali się wszystko to, co do spalenia się nadaje, pozwalając oszczędzić opał. Minęło lat 35. Matka mieszka w pięknym mieście, nad którym niczym zimowa czapa spoczywa smog. Pierwsze chłody sprawiły, że ludność odpaliła piece i ku oszczędności pali co popadnie. Raz po raz pojawiają się o komunikaty o zbyt wysokim stężeniu zanieczyszczeń. Spacer z dzieckiem nawet do najmodniejszej i najpiękniejszej dziecięcej krainy niewskazany. Trzeba z miasta uciekać, dzieci wywozić i nawet krótka aktywność za miastem zrobi nam lepiej, niż aktywność w mieście.

W minionym roku rodzic często wywozi Kurę z miasta. Najczęściej do Doliny Będkowskiej,  należącej do szergu dolinek wyżyny Olkuskiej, wchodzącej w skład tzw dolinek podkrakowskich, czyli malowniczych jarów, dolin upstrzonych szumiącymi strumykami, bramami skalnymi i ostańcami. Brzmi cudownie.

Będkowska jest najdłuższą z dolinek. Około 8 km trasy spacerowej, atrakcyjnej o każdej porze roku. Oddalona o kilkanaście kilometrów od Krakowa, po naszej stronie miasta. Odkąd oddano rondo Ofiar Katania przejazd nie zajmuje więcej niż 20 minut. Atrakcyjna nie tylko dla amatorów wspinaczki. Atrakcyjna dla pchania wózka z maluchem, bo ruch kołowy ograniczony do mieszkańców nielicznych domostw  oraz ich gości. Przy czym część trasy offroadowa, a część asfaltowa, więc wózek miejski tzw. parasolka może mieć trudności. Atrakcyjna dla starszych, biegających dzieci, bo cóż może stanowić lepszą zabawę od kawałka kija znalezionego w lesie, czy liści rzucanych do potoku. Atrakcyjna dla nosideł. Jest gdzie odpocząć po drodze, bo i gospodarstwo ze stawami rybnymi i Brandysówka z domowym ciastem.

Pierwszy nasz spacer ku Dolinie Będkowskiej uskuteczniamy w kwietniu. Obieramy trasę na Olkusz, okło 15 km dalej skręt w lewo na Bębło i Będkowice. Parkujemy przy drodze. Mroźno. Trochę śniegu. Kura obowiązkowo na roweku biegowym, któremu kamieniste drogi nie straszne. Szutrową drogą, powoli schodzimy w dół ku Czarcim Wrotom – skalnej bramie. Tworzą ją dwa ostańce usytuowane po obu stronach drogi. Na szczycie jednego z nich samotna sosna. Dalej w dół, jakieś 200 metrów i Kura dojeżdża do dna doliny.

Obieramy kierunek do Brandysówki – gospodarstwa agroturystycznego. Wzdłuż całej trasy towarzyszy nam potok Będkówka, który najbardziej sprawdzi się latem. Kura będzie grzebał patykiem, usiłował przejść po kamieniach na drugą stronę, oraz rzucał liście po jednej stronie mostu i patrzył czy wypływają z drugiej. Chłopaczysko!

Wzrok odpoczywa. Po kolei mijamy najbardziej znane skały: najwyższą na terenie Jury – Sokolicę -  70 metrów wysokości.  Na jej szczycie odnaleziono ślady prastarego grodziska. Skała udostępniona dla wspinaczy.  Raj wspinaczkowy to też popularna Dupa Słonia, gdzie jesienią mogliśmy obserwować wspinającego się bez uprzęży zażylonego człowieczka oraz grupę uczących się, uzbrojonych po zęby we wszystkie dostępne na rynku akcesoria wspinaczkowe. Kiedy rodzic zadziera głowę ku górze, Kura grzebie  w wygasłym palenisku. Można sobie wyobrazić jak wyglada. Do Dupy Słonia trzeba przejść przez potok przerzuconą kładką. Zdarza się, że czasem kładki brak;) Po drugiej stronie kolejny ostaniec samotnie stercząca – Iglica (25 m)
Tuż za Dupą Słonia, potok Będkówka przeistacza się w największy wodospad na Jurze – Szum, który szumi i wabi takich chłopców jak Kura. Sprawdzać jak wraz z nurtem wody spadają patyki i liście i… Kura. Stąd już blisko do Brandysówki – gospodarstwa agroturystycznego, gdzie można przyjechać na kilka dni, lub tak jak Kura, na kilka godzin. Fusiasta kawa podana w cienkim szkle, ciasto domowej roboty, lody na patyku. Wnętrza Brandysówki tchną starocią. Toalety domowej roboty. Na zewnątrz kran z wodą i lustrem odbijającym błękit nieba. Grillowisko, dwa duże psiury, przed którymi Kura umyka. Rozwalony stół do dziecięcego snookera i dwa kije odarte z kory. Piękne, nie przeszkadzające. Nikt tu nie wymaga nowoczesnego dizajnu i pięknie podanych muffinek z puchatą latte.
W nowym budynku kilka pokoi do wynajęcia. Po drugiej stronie drogi pole namiotowe, grillowisko, kilka stołów i morze zielonej trawy. Idealne miejsce na piknik, co też czynimy z lubością. Plastikowe pojemniki mieściły już i ciasto i naleśniki i pałeczki kurczaka przygotowane dzień wcześniej. Moczenie nóg w potoku  - obowiązkowe!

Druga opcja dojazdu, to droga na Zabierzów, skręt w prawo za nowo powstałymi centrami handlowymi, kierunek na Brzezie i szukamy znaku prowadzącego do Będkowskiej. Droga wije się i w górę i w dół. Z tej strony blisko do kolejnego gospodarstwa, ze stawami rybnymi. Amatorów łowienia ryb tu nie brakuje. Latem wystawiają brzuchy w kierunku słońca. Ich kobiety i dzieci leżą nieopodal na kocach tworząc zwarte grupy znajomych. Kura siedzi na brzegu z patykiem i w skupieniu łowi swą wielką rybę wiedząc, że rodzic zamówił frytki.
Oprócz frytek można zjeść tu świeże ryby. Matka skusiła się raz na pierogi z rybą i uważa, że smakują osobliwie.
Późna jesienią, kiedy opad liści zakończony, ostańce widać wyraźniej. Chmry przetaczają się szybko, szybko też zachodzi słońce. Spacery krótsze. Kura najpierw nie chce się wdrapywać ku górze, a potem, kiedy wpada w liście po szyję, nie chce z nich wyjść. Radość i piski straszą ptaki, co nie odleciały do ciepłych krajów… Teraz czekamy na śnieg!

Podsumowując: na wieść o wyprawie do Będkowskiej, Kura trze z zachwytu piętkami. Oznacza to, że nawet mieszczuch ma coś tu do zrobienia. Zaledwie 20 kilometrów od Krakowa oddycha się innym powietrzem, a fusiasta kawa z cienkiego szkła,smakuje  jakoś lepiej od mieskiej puchatej latte;)

Dolina Będkowska w kwietniu

 Dolina Będkowska

Ku Czarcim Wrotom

Dolina Będkowska - Czarcie Wrota

Dolina Będkowska

Dupa Słonia

Dolina Będkowska - Dupa Słonia

Iglica

Dolina Będkowska - Iglica

Wodospad Szum

Dolina Będkowska - wodospad Szum

Sokolica latem

Dolina Będkowska - Sokolica

Dekoracja Brandysówki - stary sprzęt wspinaczkowy

 Dolina Będkowska - Brandysówka

Pole namiotowe koło Brandysówki

Dolina Będkowska - Brandysówka

Lato w pełni

Dolina Będkowska

 Dolina Będkowska

Miłośnik łowienia ryb

Dolina Będkowska

jesień w dolinie

Dolina Bedkowska

 Miejsce: Dolina Będkowska

niedziela, 08 stycznia 2012
WOŚP dla naszych dzieci

WOŚP dla naszych dzieci

Kura od paru dni choruje. Jego duże błękitne oczyska wyglądają dziś jak dwie dziurki wysikane w śniegu. Zwykle jest rozgadanym i energicznym chłopcem. Matka ma szczęście… jej czterolatek może biegać po Krakowie!

Po raz drugi, matka wraz z Kurą chciałaby wesprzeć po swojemu Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy ofiarując swoją ilustrację „Ryba z wiatrakiem”. Moze się komuś spodoba;)

 Zapraszam wszystkich zaglądaczy na naszą allegrową aukcję:

 http://aukcje.wosp.org.pl/show_item.php?item=596143

 Całość dochodu trafi na konto WOŚP.

Ilustracja "Ryba z wiatrakiem"

Praca do obejrzenia na:

 www.lookarna.blogspot.com

piątek, 06 stycznia 2012
Kura w Szczyrku – hotel Elbrus

Kura w Szczyrku – hotel Elbrus

Tegoroczna jesień i zima jest wyjątkowo łaskawa. Jeśli myślami wracamy do poprzedniej, to słabo pamiętamy, pamiętamy natomiast zimy naszego dzieciństwa…
Matka pamięta taką jendną. Były wtedy ferie. Piękny dzień i matki nos przyklejony do zimnej szyby. Szyja szczelnie opatulona pomarańczowym szalikiem – świnka. „S” lepi bałwana. Prawie kończy. Ma różowe policzki. Matka wie, że zaraz przyjdzie, bo rękawiczki wydziergane przez babcię „Z” choć podwójnie założone zaraz przemokną. Były to czasy, kiedy nie było nieprzemakalnych, wiatroszczelnych i mrozoszczelnych rękawic, były to czasy zim mroźnych i śniżnych. Zimy lat 80;)

Lutowy zeszłoroczny weekend spędzamy w Szczyrku. Mroźno. Zdjęcia przypominają, że śniegu jak na lekarstwo. Jedziemy większą ekipą, jednak my, jako jedyni zabieramy ze sobą dziecko. Żyjemy więc własnym życiem, kierując się zegarem biologicznym i wewnętrznymi potrzebami Kury.

Szczyrk jest małym miasteczkiem, malowniczo położony o korzeniach pasterskich sięgających wieku XV, kiedy to datuje się pierwsze wzmianki o miejscowości. Nazwa pochodzi od onomatopeicznego „szczyrkania”. Dla jednych  od „szczyrkania” dzwonków wiązanych u szyi zwierząt, dla innych od „szczyrkania  narzędzi uderzających o kamienistą ziemię podczas jej uprawiania, dla jeszcze innych od „szczyrkania” wody rzeźko spadającej z górskich potoków.
Rozwój turystyczny miasteczka ma swoje korzenie w rozwoju przemysłowym dokonującym się po pierwszej wojnie. Bogaci fabrykanci z Bielska budują tu pierwsze pensjonaty doceniając walory krajobrazowe i sprzyjający mikroklimat. Powoli ludność zamienia swe małe gospodarstwa na pensjonaty, karczmy, sklepiki, kawiarnie. Powstają wyciągi i coraz to większe obiekty hotelowe. Do takiego obiektu, całkiem dużego i całkiem nowego właśnie się wybieramy.
Do Szczyrku przyjeżdżamy już po zmroku. Hotel Elbrus rozświetlony, widoczny z daleka, zajął wzniesienie – nazwa zobowiązuje;)
Obszerny hol, recepcja i bar. Kura najbardziej zainteresowany windą, my barem. Pokój ładni duży. Kura pozyskuje łóżeczko, choć w związku ze stale zwiększającą się masą ciałka, ma w nim mało miejsca. Obok łóżka Kura od razu konstruuje z zabranych zabawek rondo obsikując tym samym swój teren.
Kura podekscytowany. Jak jest w pokoju to chce do holu, jak jest w holu to chce do pokoju. Hotel okazał się miejscem lubianym przez rodziny z dziećmi. Gwarno na korytarzach, za ścianą buczy mały sąsiad. Rankiem, podczas śniadania okazuje się, że dzieci jest więcej, niż nam się na oko wydawało. Restauracja wyposażona w foteliki do karmienia w sporej ilości. Kura rozsmakował się w cynamonowych płatkach, które to płatki obowiązkowo po dziś dzień konsumuje z mlekiem przed wyjściem do przedszkola. Matka zaopatruje się w kawę i wędruje do sali zabaw. Duże przestronne pomieszczenie, które w założeniach nie miało być salą zabaw a raczej salką konferencyjną. Na potrzebę chwili wstawiono kilka stolików z IKEA. Sporo zabawek w bezładzie położonych na podłodze, to wystarcza, żeby Kura zniknął na dłuższą chwilę a matka spokojnie dopiła najgorszą kawę… jaką piła. Tak najgorszą, że od tamtej pory matka nie pija kawy rozpuszczalnej.
Po zabawach uskuteczniamy spacer po okolicy. Schodzimy do ulicy Beskidzkiej, wzdłuż której sklepy i sklepiki z kolorowymi strojami do snowboardu, knajpki i restauracje. Pusto.
Spacer po okolicy kończymy na małym placyku zabaw usytuowanym tuż przy ulicy. Ulica może mało uczęszczana, ale ogrodzenie by się jednak przydało. Kura zadowolony z karuzeli, która mu wystarcza do szczęścia.

W oczekiwaniu na ekipę, która wyruszyła na stok, korzystamy z basenu. Czysto, ciepło, przyjemnie i głośno, za sprawą rzecz jasna przeszczęśliwych dzieci. Dmuchanych rękawków, kółek i makaronów zatrzęsienie. Basen mały, nie do robienia 500 długości. Raczej do pilnowania dziecka, które samo chce na makaronie robić te 500 długości. Obok sauny, z których można bezkarnie korzystać. Wieczorem cóż… jedno z nas na posterunku. Drugie w holu z resztą ekipy. Drugie to tym razem matka;)
Podsumowując: hotel Elbrus zaskoczył nas ilością rodzin z dziećmi. Sala zabaw i basen wskazują na zainteresowanie takim klientem, choć w założeniach pierwotnych tak bardzo tego nie widać.

Minionej zimy może szczególnie nie pamiętamy. Wraz z pójściem Kury do przedszkola skończyły się nasze długie spacery po mieście i odwiedzanie przeróżnych miejsc mniej lub bardziej dzieciom przyjaznych żeby zagospodarować dziecku, a może przede wszystkim sobie monotonny dzień.
Z minionej zimy pozostało upodobanie Kury do płatków cynamonowych i brak upodobania matki do kawy rozpuszczalnej.

Hotel Elbrus, Szczyrk

Hotel Elbrus, Szczyrk

Zza okien sali zabaw

Hotel Elbrus, Szczyrk

sala zabaw

Hotel Elbrus, Szczyrk

Okoliczny plac zabaw

Szczyrk

Miejsce: Szczyrk, Hotel Elbrus

 

 

środa, 04 stycznia 2012
Hotel "Zamek na Skale"

Hotel "Zamek na Skale"

Niespodziankaaaaaa

No i tak teraz jest. Mało czasu, mało, żeby notkę sensowną i klarowną sklecić, choć naobiecywała matka, że zaniedbań nie będzie. Dziękuję za wszystkie odwiedziny, czyli wiarę! Tym czasem mijają miesiące jeden po drugim… Nastał Nowy Rok… dla matki rok twórczy, Rok Wilka;)Cóż musicie mi wybaczyć. Świat ruszył z kopyta, a wraz z nim moje wilki, śpiący rycerze i księżniczki. Teraz trzeba zaprowadzić ład i znaleźć złoty środek, żeby na wszystko czasu starczyło… drodzy czytelnicy zajrzyjcie na www.lookarna.blogspot.com  a niebawem „Galeria pod chmurką” do polubienia na FB. Pierwsze krople do oczysk zakupione, i jak gdyby nigdy nic, dodaję zatem wpis…

Luty. Kura zostaje wyekspediowany do babci. Rodzice pakują w odtwarzacz ulubioną płytę z muzyką i ruszają na pierwszy, samotny czytaj – bezdzietny - hajłej. Dziwne to uczucie. Kura do tej pory wszędzie jeździł z nami… Wyrzut sumienia znika jednak za pierwszym zakrętem (no… może jednak drugim) i wraz z pierwszym taktem ( no… może jednak drugim) rodzic jedzie eksplorować hotel: Zamek na Skale, a następnego dnia Kopalnię złota w Złotym Stoku.

Droga pokrętna i cała w leśnej mgle. Las, las i las.  Nie jest ciemno – jest CIMNO! Łatwo trafić nie będzie. Trzebieszowice to jedna z najstarszych miejscowości odnotowanych za Ziemi Kłodzkiej. Położona na szlaku zwanym Drogą Solną, który łączył Śląsk z Pragą poprzez Kłodzko i Lądek.
Urwisty brzeg rzeki Białej Lądeckiej okazał się idealny do wzniesienia tu zamku o charakterze obronnym.

Mijamy bramę. W niej miga nieśmiało oświetlony budynek. Może to mgła jednak tę nieśmiałość potroiła. Mówiąc „zamek” każdy ma na myśli co najmniej założenie typu Krzyżtopór. Ten obiekt jest jednak malutkim zameczkiem, a do dziś z tej budowli pozostały nieliczne ślady w najniższych, piwnicznych partiach. Kolejne wieki przyniosły upadek i a w dobie renesansu zamek ożył na nowo pozyskując wewnętrzny dziedziniec, wokół którego zgrupowano pomieszczenia o różnorakim przeznaczeniu.

Przez wieki zmieniali się i właściciele i kształt budynku, który wraz ze zmieniającą się modą, musiał sprostać oczekiwaniom nowych zarządców. Największe znaczenie w historii zamku miały rody von Reichenbachów , Wallisowie – ród mający francuskie korzenie, dzięki którym zamek pozyskał stajnie, oranżerię oraz wieżę. Leżący nieopodal najstarszego uzdrowiska w Polsce -Lądka Zdroju, które to uzdrowisko słynęło w ówczesnej Europie ze swych leczniczych właściwości - możliwości – stał się główną atrakcją w regionie, godną odwiedzin, podziwiań i westchnień.
W roku 1764 do Lądka trafia król pruski Ferdynand II. Aby uświetnić jego pobyt mocno przetarte wyposażenie przyrodoleczniczego obiektu, zastąpiono wypożyczając sprzęty z Zamku na Skale.
W 1813 r do  Lądka Zdroju przybywa król pruski Wilhelm III, wraz z rodziną i świtą. Niebawem dołącza car rosyjski Aleksander. W Trzebiaszowicach zostają wyprawione urodziny króla, co świadczy o wysokim prestiżu zamku.
Piękne okolice można było podziwiać z dobudowanej przez hrabiowską rodzinę Chamare-Harbuval – wieży. To im zawdzięczamy również, boazeryjne szaleństwo w stylu secesji, neorenesansu i wiedeńskiego baroku. W XIX wieku dziedziniec pokryto szklanym dachem. Pełni on dziś rolę recepcyjnego holu hotelowego.

Zwiedzamy obiekt tuż przed mającym się odbyć wielkim walentynkowym balem. Hol, czyli dziedziniec przeistacza się w piękną salę balową. Oglądamy pwnice, które służą dziś ku organizacjom wszelkiego rodzaju imprez, oglądamy salę konferencyjną, w której kiedy nic się nie dzieje zorganizowano kącik zabaw dla dzieci. Kącik to szumna nazwa. Rozpostarty dywan, poduszki, kilka kręgli i klocków. Dla starszych trambambula, dla jeszcze starszych rowey do treningów. Zimnica niestety. Punkt jednak za inicjatywę, a może i pewnego rodzaju wymóg społeczny.

 Okoliczny park piękny i zadbany. Spacerujemy mroźnym porankem myśląc o minionych czasach, kiedy to zamek tętnił życiem. Dziś trzeba go utrzymać i nie jest to łatwe, bo czym zwabić potencjalnych klientów hotelu.
Ogród w sezonie letnim przystosowany do imprez plenerowych za pomocą grillowiska. Wielki plus za plac zabaw, który całkiem solidnie wyposażono w kombajn ze zjeżdżalniami, mostami i huśtawkami.
Basen hotelowy niewielki, ale jakże przyjemny. Bez potomstwa łatwo odpocząć, ale leżąc na leżaku matki i ojce snują wizje… co by tu Kura wyprawiał… Kura skończył cztery lata. Zaskakująco dużo rzeczy pamięta i żal, że nie będzie mógł oglądając zdjęcia powspominać, jak to było w „Zamku na Skale”

Nie wspomni też wizyty w kopalni złota w Złotym Stoku. To dopiero zetknięcie ze światem, w którym czas toczy się jakby inaczej. Mijamy podupadłe wsie. Podupadłe, ale jakże piękne tereny. Folwarczne zabudowania aż się proszą o renowację i ponowne zasiedlenie… tylko co tu na tych ziemiach robić? Mijamy kapliczki przydrożne, rozbielone słońcem i śniegiem. Mijamy ludzi i wioskowe psy nienależące tak naprawdę do nikogo. W Złotym Stoku idziemy zwiedzić kopalnią złota. Wchodzimy do biura. Czekamy na kobietę rzeźką, która swą męską kwadratową szczęką, bez cienia makijażu opowie o tunelach ręcznie kopanych w taki sposób, jakby rozprawiała o najpiękniejszym pierścionku zaręczynowym. To cud pasji i zacięcia. I już straszy „M”, który ma tu  przywieźć za miesiąc kilka osób, trasą, którą będą musieli przebyć brodząc i podtapiając się. Trasą od której cytuję: „d… się marszczy”. I podobno się marszczy! My przemierzamy fragmenty korytarzy dostępne dla wszystkich. Kurze by się nie spodobało. Zimno, mokro, ciemno, choć wagonik kopalniany niewątpliwie przysoniłby ciemne i mokre strony.
Podsumowując kopalnię: z dziećmi można, najlepiej starszymi. Obuwie najlepiej typu kalosz. Strój bynajmniej niewyjściowy. Nosidło owszem. Trzeba jednak uważać. O potknięcie nie trudno.
Droga powrotna wiedzie nas przez Paczków, gdzie odwiedzamy znajomych „M”. Zjadamy pyszny obiad i ożywiamy „stare karabiny” sprzed czasów, kiedy naszego Kury ani "nas" jeszcze w planach nie było!

Zamek na Skale

Zamek na Skale Trzebiaszowice

Zamek na Skale Trzebiaszowice

dziedziniec - hol

Zamek na Skale Trzebiaszowice

sala konferencyja z kącikiem dla dzieci

Zamek na Skale Trzebiaszowice

Kopalnia złota w Złotym Stoku

Kopalnia złota w Złotym Stoku

Kopalnia złota w Złotym Stoku

Kopalnia złota w Złotym Stoku

Kopalnia dla matek z dziećmi i dla niepełnosprawnych na pewno nie do zdobycia

Kopalnia złota w Złotym Stoku

Miejsce: Zamek na Skale, kopalnia zlota w Złotym Stoku

poniedziałek, 12 września 2011
Hotel Andel's w Łodzi, czyli Kura i dizajn

Hotel Andel's Łódź, czyli Kura i dizajn

W związku z ogromnymi zaległościami, matka proponuje maraton po trzech zeszłorocznie odwiedzonych, z różnych powodów, hotelach. Matka pragnie jeszcze nadmienić, że żaden z proponowanych tu artykułów nigdy nie był, nie jest i nie będzie artykułem sponsorowanym. Jest to blog, który matka pisze pasjami. Wszystkie miejsca, które matka opisuje, są miejscami odwiedzonymi osobiście, osobiście sfotografowanymi i obiektywnie opisanymi. Matka nikogo nie faworyzuje, a nawet matce się czasem zdaje, że jest upierdliwa jak mało kto i wymaga Bóg wie czego od miejsc, które przecież nie są dla dzieci wyłącznie.

Tak więc zaczynam od hotelu Andel's w Łodzi.

Styczeń. Tuż po nowym roku matka zapragnęła odwiedzić własną matkę. Nasze wizyty w rodzinnym Dobroniu są zwykle krótkie i polegają na odwiedzeniu matki, babki, cmentarza i czasem, jeśli starczy czasu, losowo wybranej części rodziny. W drodze powrotnej zatrzymujemy się w Łodzi gdzie tym razem, w ramach szaleństwa noworocznego, śpimy w pięknych, starych, pofabrykanckich wnętrzach, nowocześnie zaaranżowanych ku wygodzie i chwale.
Kura jest trochę upierdliwy, nudzi się pobytem u rodziny i stroi fochy podczas obiadokolacji. Łatwo go wywabić, obiecując poranną kąpiel w basenie.

Z Dobronia do Łodzi jest jakieś 30 km. Szybko docieramy na miejsce, ale żeby znaleźć wjazd okrążamy dwukrotnie obiekt usytuowany w śródmieściu. Łódzki „król bawełny” Izrael Poznański przejął w 1852 roku od swego ojca, firmę kupiecką i tworzy z niej prawdziwe włókiennicze imperium. Wraz z rosnącymi finansami i zapotrzebowaniem Poznański skupuje działki przy ulicach: Ogrodowej, Drewnowskiej, Zachodniej aż do okolic cmentarza. W ciągu kilku dekad powstaje tu niebywały kompleks fabryczny, który stał się dzielnicą z własną szkołą, szpitalem, sklepami.

Jest już ciemno i w normalnych warunkach Kura już by spał. Ciekawy jest jednak pomieszczeń, w których spędzi noc. Nie mniej niż matka. Matka za Łodzią nie przepada i wcale nie uważa, żeby to było piękne miasto przez to, że ktoś wyremontował kilka budynków. Matka zrobiła sobie kiedyś kserokopię przedwojennego zdjęcia. Widok na wystające kominy tekstylnego miasta nazwanego – „Polish Manchester”.

Hotel mieści się w budynku dawnej przędzalni. W podziemnym garażu niemiłosiernie ciasno, a może mamy za duży samochód? Eeeee raczej nie;) Droga do windy też nie taka oczywista. Matka boi się takich miejsc. Miejsc, gdzie nie wiadomo jak włączyć światło, żeby zaświeciło, albo jak uruchomić rezerwuar.
Winda niezwykle delikatna i wyciszona zawozi nas na parter, gdzie w rozświetlonym recepcyjnym wnętrzu dokonujemy załogowania. Kura bardzo chce wrócić do windy. Nie będzie go łatwo uśpić. Jest przebodźcowiony jak niemowlak.
Podłoga lśni. Halowe pomieszczenie podzielone kolumnadami na nawy. Ceglany strop. Wszystko to zdradza dawne przemysłowe przeznaczenie budynku, który tak dizajnersko przysposobił londyński duet: Jestico + Whiles. Dizajn to jednak skromny, polegający głównie na kolorze i formie podkreślonej kolorem.
Na ścianie czarnobiałe graffiti przedstawiające kilka butów – będące jednocześnie drogowskazem do klatki schodowej. Upragnioną przez Kurę windą wjeżdżamy na piętro i odnajdujemy pokój. Owalne otwory na korytarzu zmieniają kolory. Są na każdym piętrze i można przez nie patrzeć w dół i w górę. Kura też chce. Kura chce wszystko. W pokoju o wąskim korytarzu (matka pomyślała wtedy, że gdybyśmy mieli wózek, trzeba by go było zostawić na zewnątrz) nieco się wycisza. Dostaje łóżeczko turystyczne. Najbardziej interesuje go podświetlona wnęka gdzie może udawać windę. Odmawia pójścia spać. Odpuszczamy normalną porę snu. Trudno. Matka postanawia przygotować Kurze kąpiel z pianą. No i pojawia się zagwozdka. Jak zamknąć otwór wanny? Po dłuższej chwili się udaje. Matka jest o jedno hotelowe doświadczenie do przodu. Kura wykąpany nadal nie może zasnąć. Modelujemy światłem pomieszczenie tak, żeby było jak najbardziej przyjazne. Udaje się, ale tej nocy Kura śpi niespokojne. Nic dziwnego. Kura przeżywa dizajn;)

Rano korzystamy z hotelowej restauracji. Pomieszczenie przestronne, gwarne,wypełnione już ludźmi. To hotel biznesowy, posiadający największą w regionie salę konferencyjną. Nie bierze pod uwagę rodzin z dziećmi. Nie ma sali zabaw i innych udogodnień, choć łóżeczko turystyczne się znalazło. Najważniejszy dla Kury jest basen mieszczący się na najwyższym piętrze. Jego akwariumowa konstrukcja wystaje przed lico ceglanej ściany. Tylko stal, szkło i błękita tafla wody niezmącona niczym. Jesteśmy sami. Biznesmeni wzięli swe aktówki i pobiegli na spotkania. Ciepło i pachnąco. Za taflami szkła zimowy łódzki krajobraz, ten na Manufakturę, ten na pędzące tramwaje, ten na dachy domów, wieże kościołów i ten na kominy.

Nazwą hotele Andel’s nawiązują do centralnej dzielnicy Pragi – Andel – co po czesku oznacza – anioł. Trzeba nam zejść z chmur na ziemię i wraz z kończąca się dobą hotelową opuścić ten piękny obiekt, który choć tak mało przyjazny dzieciom zdobył serce matki. Hmmm może to lokalny patriotyzm?

Obiekt dizajnerski to i zdjęcia dziwne

Wnętrze recepcyjne

Hotel Andel's w Łodzi

Owale, owale, owale

Hotel Andel's w Łodzi

Hotel Andel's w Łodzi

akwarium

Hotel Andel's w Łodzi

 

Hotel Andel's w Łodzi

Styczniowa Łódź 

Hotel Andel's w Łodzi

Hotel Andel's w Łodzi

"Polisch Manchester"

Łódź

Miasto: Łódź

Miejsce: Hotel Andel's 

czwartek, 08 września 2011
Torremolinos i plaża

Torremolinos i plaża

Jesień za przysłowiowym pasem. Kura wrócił do przedszkola jako starszak magicznie przeskakując poziom średni. Wszyscy dostaliśmy już nowy katalog IKEA. Co niektórzy znają już nową ramówkę TVN. My z wielkim opóźnieniem kończymy wpis z naszej podróży po Andaluzji.
Z tego to miejsca pragnę przeprosić wszystkich czytelników. Wiele się w życiu matki zmieniło. Zapragnęła pójść swoją drogą i robić to, co sprawia jej największą radość. Rzuciła się matka w twórczy wir i otworzyła swoją pierwszą galerią „ pod chmurką”. Teraz pilnie nadstawia ucho, aby znaleźć odpowiednie lokum na krakowskim Kazimierzu. Trzymajcie kciuki!

Tymczasem retrospektywnie lądujemy w Torremolinos. Online, jeszcze z Grenady rezerwujemy jeden z dwóch wolnych pokoi w Apartamentos Bajondillos. Bliskość Malagi, oraz zagwarantowany transwer na lotnisko nie są bez znaczenia, jeśli lot przewidziany jest na 6 rano. „M” w Torremolinos już był. Uprzedza lojalnie, że ani malowniczo ani cicho. Klasyczny hiszpański plażowy moloch, czyli wysokie hotele oddzielone od plaży ulicą. Gorsze i lepsze restauracje, dyskoteki, automaty do gry i sklepy z wakacyjnymi bibelotami pierwszej pomocy: okulary od DG, ręczniki, balsamy z filtrem.. Po tygodniowej tułaczce wszyscy marzymy o odpoczynku, a matka o tym, żeby nie musiała ogarniać co rano wszystkich fantów do walizki i jeszcze o niczym nie zapomnieć.
Tak więc welcome Torremolinos.
Z Grenady to jakieś 2 h jazdy – 137 km. Odnajdujemy hotel i od razu zadamawiamy się w wynajętm pokoju. Z okien widać kołyszącą się na wietrze palmę, kawałek morza oraz automaty dla dzieci. Kura z nosem przyklejonym do balustrady obserwuje jeżdżący dookoła pociąg. Już wiemy, ze czeka nas codzienna wycieczka do tego raju. Pokój wyposażony jest w mały aneks kuchenny, co znacznie ułatwia nam funkcjonowanie. Największą atrakcją jednak okazuje się hotelowa pralnia. Po tygodniowej tułaczce niewiele czystych rzeczy już pozostało. Za 4 euro robimy więc wielkie pachnące pranie! Z odkrytego basenu nie korzystamy. Wolimy szum fal.

Przez pierwsze 4 dni pogoda nas nie rozpieszcza. Pada co jakiś czas. Zaopatrzeni w „deszczówki” rozkoszujemy się szumem wzburzonego morza. Kura szczęsliwy grzebie łopatą w piachu. W jeden z deszowych dni Kura z „M” opuszczają matki miłe towarzystwo i udają się do oddalonego o kilka kilometrów parku krokodyli. Wjazd osoby dorosłej: 13 euro. Ponieważ matka ma zasadę, że nie opisuje miejsc, których naocznie nie sprawdziła, napisze tylko tyle, że Kura wrócił podekscytowany i szczęśliwy. Trzymał na rękach krokodyla, który ważył niemal tyle, co on sam. Matka tym czasem relaksowala się popijając kawę w ulubionej knajpce rysując swoje polish azulejos.

W Wielką Sobotę malujemy oczywiście pisanki, a w Wielkanocny poranek pakujemy je do placaka i zanosimy na plażę, gdzie spożywamy świąteczne śniadanie. Jajka na twardo ze świeżą bagietką posmarowaną masełkiem. Zapowiada się słoneczny dzień i tak już zostaje do końca naszego pobytu. Do końca naszego pobytu czas spędzamy na plaży, czas spędzamy spacerując po okolicy i stroniąc od zatłoczonych miejsc, czas spędzamy przy kawie i na pobliskim placu zabaw. Torremolinos nie jest jednak tym miejscem, z którego nie chce się wyjeżdżać choć spotkany „Ondriej” rodem z Pragi, utknął tu na trzy lata. Kura się niemal z nim zaprzyjaźnił. Ondriej pije dużo, nosi pomarańczowe spodnie, i w sezonie zajmuje się robieniem ogromnych baniek mydlanych. Otworzył szerko swe błękitne oczy, kiedy usłyszał język polski. W Krakowie też był i zdaje się, też robił olbrzymie bańki.
Wieczór przed planowanym wyjazdem. Kura podekscytowany powrotem do domu odmawia pójścia spać. Racjonalne argumenty nie docierają, ale w końcu zmęczony zasypia. My kończymy pakowanie wiedząc, że o trzeciej trzeba wstać. Hotel zapewnia transfer na oddalone o 16 km lotnisko, trzeba tylko zgłosić swą gotowość na dwa dni przed wyjazdem. Kura wstaje bardzo dzielnie. Widać jak tęskni za domem, za parkiem Wyspiańskiego i rowerkiem. Grzecznie i posłusznie czeka na autobus, grzecznie i posłusznie czeka na samolot, grzecznie i posłusznie zjada to, co przygotowała matka, grzecznie i posłusznie czeka na walizki i nie zasypia ani na chwilę.

Podsumowując: jeśli ktoś wybiera się do Andaluzji to niech spędzi więcej czasu w którymś z Peblos. Bardzo żałujemy, że byliśmy tak krótko. Tam jest prawdziwa Andaluzja. Niech szybko przeskoczy Sewillę, a dwa dni niech zostanie w Kordobie. Guadix można tylko obejrzeć, nie koniecznie zatrzymywać się na noc. Poświęcić przynajmniej dwa dni na Grenadę i jej skarby. Drogi są fantastyczne! My korzystaliśmy z bezpłatnych.
Naszej podróży nie wyobrażamy sobie bez dwóch rzeczy: nosidła pożyczonego od państwa „D” bardzo, bardzo dziękujemy! Oraz szala, który skutecznie zastąpił osłonkę przeciwsłoneczną, której w wypożyczonym samochodzie nie było. Przywieźliśmy masę wspomnień, kilkaset zdjęć oraz znalezione na plaży kamienie: Kura w kształcie litery „P” a matka w kształcie serca.

Plaża w Torremolinos

Torremolinos

Torremolinos

Śniadanie na plaży

Torremolinos

Kura i krokodyle

Torremolinos

Torremolinos

Miejski plac zabaw

Torremolinos

Ulubione rybki "M"

Torremolinos

Niezastąpiony szal rodem z Maroka i przywieziony kamień

Miejsce: Torremolinos, Andaluzja, Hiszpania

 

piątek, 22 lipca 2011

Alhambra

Pokrzepieni wieczornym winem podejmujemy decyzję o przedłużeniu wynajmu samochodu. „Miła Pani” z hotelu pokazała nam gdzie są przyjazne plaże (czytaj: mało zatłoczone, bez zbędnej infrastruktury, na którą składają się w niezliczonej ilości automaty do gry, cymbergaje i dyskoteki) w sam raz na tygodniowy odpoczynek z dzieckiem i święta. Pamiętamy jednak, że urocza plaża w miejscowości o znacznej odległości od Malagi – to zero snu w dniu wylotu. Wylot mamy o 6 rano. Dwie h przed wylotem należy być na lotnisku - to 4 rano, dojazd z odległej miejscowości, zebranie gratów i Kury – to wszystko oznacza, że tej nocy oka nie zmrużymy.

Wracamy do Grenady

Kura śpi po środku, a my nastawiamy budziki na wczesne ranne godziny.

Grenada miała mieć swój czas we wcześniejszym terminie naszego hajłeja, jednak na czas planowanej wizyty nie było już biletów do Alhambry. Być w Grenadzie i nie zbaczyć Alhambry… już myśleliśmy, że tak będzie. Jedyne wolne miejsca na jutrzejszy dzień właśnie i to na 8 rano!
Bilety można zabukować on – line. Nie da się ich jednak wydrukować. Na stronie radzą, aby przyjść na godzinę przed planowanym wejściem i wydrukować sobie bilet w specjalnym kiosku, który znajduje się nieopodal kas. Bilety można kupić również na miejscu, ale oznacza to stanie w gigantycznej kolejce, co w przypadku posiadania potomstwa u nogi oznacza spalenie w blokach na starcie;)

„M” wychodzi, kiedy jeszcze jest ciemno. Leje. Matka się ogarnia, a o 7 wstaje Kura. Myjemy zęby, na śniadanie brak czasu. Ubrani w deszczówki wyruszamy. Kura w nosidle, bo matka stwierdza, że tak będzie szybciej. Zbiegamy uliczką w dół. Jeszcze trochę pada. Daszek w nosidle tak naprawdę niewiele daje, nogi mokną. „M” napisał wiadomość z informacją gdzie jest wejście, bo nasze dywagacje na ten temat, zerkanie do przewodnika nie przyniosły rozwiązania.
Matka przechodzi przez most i zaczyna morderczą poranną wspinaczkę. Kocie łby i stromo. Ślisko od deszczu. W połowie drogi płuca matki są jakieś trzy metry przed nią samą. Zaczyna brakować czasu. Umówiliśmy się za kwadrans 8 koło kas – gdziekolwiek one są. Kura siedzi i smęci, że mu chłodno. Matka natomiast rozpina kolejne warstwy. To nie jest ciepły poranek, a ledwie wybudzony, unieruchomiony mały Kurka bardziej odczuwa chłód. Wdrapujemy się na górę i stajemy przy kasach. Jak wzrokiem sięgnąć kłębi się tłum ozdobnie ustawiony w ślimaka. Matce pada komórka. „M” nie ma. Chodzimy w koło wyglądając znajomej sylwetki. Kręcimy się tak bez celu 10 minut. Matka zaczyna wieszać psy i jest przekonana, że dziś Alhambra jest dla nas nieosiągalna. Nagle olśnienie. Znajoma fryzura miga z daleka. „M” wciąż stoi w nieco mniejszej kolejce, aby wydrukować nieszczęsne bilety.  „M” również wiesza przysłowiowe psy, bo kiosk został otworzony z prawie godzinnym opóźnieniem. Kura zmarznięty zostaje dodatkowo owinięty szalikiem matki i taplając się w dopiero co powstałych kałużach wygląda jak głodne rumuńskie dziecko. Wafle ryżowe ratują nam życie. Kwadrans po 8 stajemy się szczęśliwymi posiadaczami biletów. Mimo poślizgu dostajemy się za bramy, tej na pozór zwykłej twierdzy, której mury nie zwiastują ani przepychu dekoracji, ani pięknych ogrodów niczym z baśni tysiąca i jednej nocy.


Strategiczne położenie „Czerwonego zamku” (arabska nazwa Qualat al – Hamra), na najwyższym w okolicy wzgórzu sprawiło, że w ciągu 250 lat powstawało miasto - pałac zwane Alhambrą, które finalnie zajęło obszar 720x220 metrów. Po kolei Nasrydzcy władcy ulepszali i upiększali założenie obwarowując je murami i wieżami. 14 Euro przenosi nas w świat poukładany, pachnący pomarańczami i szumiący fontannami. Kura wciąż darmocha. Chaotycznie zagłębiamy się więc w zakamarki ściągając poszczególne warstwy ubrań. Słońce wyjrzało zza chmur na dobre i zaczynamy się cieszyć z tych porannych godzin. Powietrze krystalicznie czyste. Jeszcze niewielu turystów dostało się do środka (Japończycy już jednak są) Nasze bilety obejmują całość założenia - najstarszą część – Alcazabę (zamek), zespoły budynków pochodzących z XIII i XIV wieku będącymi książęcą siedzibą Nasrydów, oraz rozciągające się od północnej strony ogrody - Generalife.

Kury zachęcać już nie trzeba. Zakodował w Kurzym łebku, że zwiedzanie to fontanny, rury i kratki ściekowe, czyli to, co naszego 3,5 latka najbardziej fascynuje.

Wchodzący na teren od razu kierowani są do przechowalni bagażu. Zostają tu plecaki, duże torby, nosidła oraz wózki (!), którymi można niechcący rzecz jasna, uszkodzić misterną sztukaterię i azulejos (z takim procederem spotkaliśmy się już w Watykanie, przed wejściem do Bazyliki św. Piotra, musieliśmy z wózka wyciągnąć śpiącego Kurę) Człowiek wolny od bagażu jest niezmiernie szczęśliwy do czasu, kiedy nie ma co zrobić z kolejnymi warstwami ubrań albo z dzieckiem, które nie ma siły dalej iść. Niezastąpiona jest wówczas torba od aparatu. Co prawda Kury tam nie schowamy ale przynajmniej przewiesimy kurtki i bluzy.

Zwiedzającym z dzieckiem radzimy nie rozwodzić się nad każdym architektonicznym szczegółem. Radzimy zamknąć przewodnik i wrażeniowo ogarnąć całość.
Chaotycznie biegamy po wszystkich pomieszczeniach raz po raz zatrzymując rozbrykanego Kurę. Mijamy piękne bramy z podkowiastymi łukami, niezwykle ozdobne pomieszczenia, które zwiastują kolejne, jeszcze bardziej ozdobne. Mijamy patia szumiące fontannami, patia spokojne odbijające w swych sadzawkach nieziemskie fasady budynków. Chaotyczne bieganie wynika z koncepcji architektonicznej Alhambry. Zwiedza się ją inaczej niż typowe europejskie zabytki. Nie ma tu jednej osi, sal w ciągu pomieszczeń skupionych wokół dziedzińców, wyraźnie oznaczonych sal reprezentacyjnych. W Alhambrze wszystkie pomieszczenia są traktowane z jednakowym rozmachem dekoracyjnym i brak tu jakiegokolwiek znaku, że oto znajdujemy się w najważniejszym pomieszczeniu całego założenia. Drogi prowadzą ciągle do licznych pomieszczeń, z których kolejne pary otworów drzwiowych prowadzą do następnych dziedzińców i komnat i tak bez końca… Meuar (sala audiencyjna), dziedzińczyk, południowa ściana Cuarto Dorado (Złotej Komnaty) tak niezwykła w swej dekoracyjności, pokryta pięknym azulejos i filigranową sztukaterią w odcieniu złota. Prostokątny Dziedziniec Mirtowy, którego ozdobna fasada odbija się w spokojnej tafli sadzawki. Sala Posłów z pięknymi alkowami, Dziedziec Lwów bez Lwów, bo te przeniesiono do innej sali i poddano renowacji i z tej renowacji wyświetlane są filmy i zdjęcia na wielkich monitorach, dla których ujarzmiono alkowy pomieszczenia. W naszych źrenicach odbijają się tysiące metrów kwadratowych bajecznie ozdobionych ścian pomieszczeń, których nazw nie jesteśmy już w stanie zapamiętać. Przed nami wycieczka Japończyków, a tuż za nimi górne zbocze Alhambry z ogrodami - Generalife. Słońce już wysoko. Kałuże po deszczu znikają. Mgliste, świeże powietrze wzmaga ogólne zadowolenie z porannego zwiedzania. Kura zachwycony niezwykłą ilością sadzawek. Matka boi się tylko, że biedaczyna zgubi się wśród równo przystrzyżonych żywopłotów. Pomarańcze, ukwiecone dziedzińce, labirynty zieleni prowadzą nas do ostatniego punktu – Alcazaby. Kura resztkami sił wdrapuje się na Wieżę Wiatru, z której rozpościera się widok na odsłonięte fundamenty koszar i zbrojowni oraz na Grenadę.

Odnajdujemy wzrokiem nasz hostel. Wracamy zmęczeni i głodni. Przygotowujemy sobie pyszne śniadanie, choć już dawno po południu. Kura wcinając bagietkę nie może uwierzyć że był właśnie tam, gdzie powiewają wielkie chorągwie – na Wieży Wiatrów – dokładnie tam Izabela Kastylijska w 1492 roku wywiesiła swą flagę obwieszczając swe chrześcijańskie zwycięstwo.

My jednak musimy się poddać. Okazuje się, że wynajęcie samochodu w okresie Semana Santa to o wiele większy koszt niż normalnie. Podejmujemy więc decyzję, że samochód oddajemy w przewidzianym terminie i szukamy hotelu na plażach w niewielkiej odległości od Malagi. Nasze marzenia o spokojnej plaży runęły. Pokrzepieni jednak wizją plażowania jesteśmy dobrej myśli.
Po południu żegnamy się z piękną Grenadą i ruszamy szukać plaży ku niewysłowionej radości Kury.

Alhambra - wieczorny widok z naszego patio

Alhambra, Grenada, Hiszpania

Współczesna Grenada z Alhambry

Alhambra, Grenada, Hiszpania

Niezwykłe dekoracje...

Alhambra, Grenada, Hiszpania

Alhambra, Grenada, Hiszpania

Alhambra, Grenada, Hiszpania

Alhambra, Grenada, Hiszpania

Alhambra, Grenada, Hiszpania

Alhambra, Grenada, Hiszpania

Generalife

Alhambra, Grenada, Hiszpania

Alhambra, Grenada, Hiszpania

Alhambra, Grenada, Hiszpania

Alhambra, Grenada, Hiszpania

Alhambra, Grenada, Hiszpania

Alhambra, Grenada, Hiszpania

Alhambra, Grenada, Hiszpania

Alcazaba

Alhambra, Grenada, Hiszpania

Współczesna Grenada

Alhambra, Grenada, Hiszpania

Miejsce: Alhambra, Grenada, Andaluzja, Hiszpania

 

 

 

piątek, 08 lipca 2011
Hajłej tu Hel

Hajłej tu Hel

No i matka wpisu zdążyć nie zrobiła. Wiadomo, nad Alhambrą popracować trzeba...

Kura w lipcu rozpocząl swoje pierwsze legalne wakacje. Przedszkolaki pięknie się z paniami pożegnały przedstawieniem. Mamom łezka się zakręciła, ojcom pierś napeczniała. Oto przed nami stoi starszak - Kura w związku z reformą ma do zaliczenia jeszcze tylko rok przedszkola. Smutno matce, bo patrzy i widzi, że w tym wieku, różnice między dzieckiem ze stycznia, a dzieckiem z grudnia to jedna wielka przepaść, a jak pokazało przedszkole wszystkie do jednego worka  wrzucone i bezsensownym porównaniom poddawane. Kura zatem odpoczywa, a jutro rusza na kolejny hajłej - cel to Hel. Wracamy niebawem. Obiecujemy nadrobić zaległości i okrosić je pięknymi fotami;)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12
O autorze